Przeglądasz wszystkie posty oznaczone tagiem 'refleksje'.
Wyświetlam 1 notkę

Jaki ten tytuł? Może – moje upodobania?

  • Napisane 31 marca 2009 o 01:13

Czytam i czytam rozliczne blogi, komentuję, czasami zbyt rozwlekle, więc może powinnam wreszcie własna notkę sklecić, choćby pod wpływem tematów napotykanych ostatnio wśród autorek.
I właśnie pod tymże wpływem nabrałam pewnej ochoty do przedstawienia swego podejscia do rozmowy z ludźmi, a także do urządzenia do tego celu służącego, czyli telefonu.
Po pierwsze – jestem niewątpliwie istotą bardzo rozmowną, co poczytuję sobie za zaletę, bo, chyba, jeszcze nie gadułą, co już może uchodzić za wadę.
Do tego potrafię być cierpliwym, czyli pożądanym słuchaczem dla rozmówcy, ale lubię też włączać się w trakcie, coś dopowiedzieć od siebie, o coś dopytać i zdarza się, że niektórym to przeszkadza, że wtedy gubią wątek.
Znam nawet takich, którzy się wyrażnie irytują wtedy, że im niby przerywam i z kolei mnie taki rozmówca nie pasuje.
Bo ja pilnie słucham, ale reaguję żywo i daję dowód swego zainteresowania, czasami podpowiadam adekwatne słowo, którego akurat zabrakło, a i może tym samym podtrzymuję swoją uwagę.
No, ale widać nie wszyscy to odpowiednio pojmują, a może rzeczywiście gubią ten swój wątek, więc staram się troche bardziej pilnować, ale to już raczej nawykowe i pewno się jeszcze z czasem pogłębia.
Pomijając ten szczegół, nadal lubię rozmowy i to, podobno, moja cecha od dzieciństwa (to wiem od starszych od siebie, np. bliska kuzynka, która pamięta mnie jako nieźle nawijającą dwulatkę).
Może sprawiła to łatwość wyraźnej mowy od dziecka, która cechuje także moje dzieci i wnuki – też rozmowne istoty, choć na pewno w różnym stopniu, o czym i inne względy, głównie psychiczne, decydują.
I oczywiście, nie zawsze i nie z każdym chce mi się rozmawiać, bo czasem to tylko koniecznosć, a bywa, że i niemiła lub wywołuje nieprzyjemne odczucie straty czasu, albo znużenie.
Właśnie, a propos znużenia, zastanowiła mnie kiedyś wypowiedź mej synowej (osoby raczej małomównej na tle naszej rodziny), która powiedziała, że wręcz z zazdrością słucha naszego ożywionego dialogu (matki i syna), bo to dla niej jest na ogół męczące.
No, i może tak być, nawet ręce mogą zaboleć, jeśli się używa przy tym wzmożonej gestykulacji…(jakiś żydowski dowcip na ten temat istnieje, zdaje mi się).
Obecnie, łapię się sama na podobnym odczuciu, a może to sugestywny wpływ synowej?
Chyba to jednak spowodowane jest moją coraz większą męczliwością ogólną tudzież nieco zużytym własnym aparatem głosowym, jak i oddechowym.
Stąd poniekąd lepiej, że mieszkam teraz sama, bo moja rozmowność z wiekiem wcale nie maleje i niechybnie byłaby powodem mojego zmęczenia oraz domowników, którzy do tego oganialiby się ode mnie jak od brzęczącej muchy.
Poza tym im mniej się gada, tym więcej można zrobić, choć ode mnie życie już nie wymaga wielu czynów, w zasadzie mogę nic nie robić lub zrobić coś kiedy indziej… jutro, pojutrze.
Nie przeczę, lubię rozmawiać, ale także lubię rozmyślać – jakby rozmawiać z sobą i nauczyłam się już żyć sama z sobą, przebywać w domu i nie uganiać się za ludźmi, a nawet ich świadomie unikać, bo już odczuwam zmęczenie w kontaktach z ludźmi.
Ale jeszcze nie gadam do siebie głośno i mizantropia też mi chyba nie grozi, bo mam pewną grupkę bliskich i znajomych, z którymi mam ochotę się widzieć od czasu do czasu lub choćby słyszeć i tu zbliża się okazja do rozwinięcia drugiego motywu mej wypowiedzi… a mianowicie: TELEFON — JA i telefon.
Po drugie – lubię telefony, jestem wprost wielbicielką tego fantastycznego wynalazku do komunikacji głosowej.
Jestem pod wrażeniem ogromnego postępu, jaki obserwuję nawet w samym wyglądzie tego ustrojstwa od chwili, gdy się z nim zetknęłam w dzieciństwie, jakoś tak pod koniec lat 40-tych.
W szkole już chyba był telefon, ale stamtąd go nie pamiętam, za to nawet mogłam dotknąć tego aparatu – masywnego, czarnego z dużą obrotową tarczą – w domu jednej koleżanki z klasy.
Można go było tylko dotykać, nie daj Boże dzwonić, bo i gdzie, bo to były jeszcze rozmowy za pośrednictwem centrali.
Może tylko bezpośrednio do MO, w której to ojciec koleżanki był kimś ważnym i stąd ten telefon.
Dowcipy pod przypadkowo wybrane numery to jeszcze nie te czasy, chyba dopiero w latach licealnych w domach zamożniejszych koleżanek z rodzicami na wyższych stanowiskach.
Aparaty się zmieniały zewnętrznie i wewnętrznie, ale ich dostępność nie łatwa dla zwykłych zjadaczy chleba w naszym kraju, a mnie się wciąż marzył własny telefon, nie dawały satysfakcji rozmowy na poczcie, choć pierwsze budki telefoniczne to już było coś…
Niezrozumiałe to dziś sprawy dla moich wnuczków (jak i wiele innych realiów z młodości babci), że tak trudno było stać się abonentem telefonicznym.
Zaiste prawdziwy ” mroczny przedmiot pożądania”, choć aparaty nie były już tylko czarne, ale w różnych kolorach, z tarczą lub z klawiaturą, większe, mniejsze i w ogóle rozmaite.
WRESZCIE dostęp do telefonu w miejscu pracy, ale i tak do własnego domu nie nie można było zadzwonić, bo u rodziców nigdy się nie pojawił – potem im nawet nie zależało, a nigdy nie zależało tak jak mnie.
I wielu ludzi dotąd nie lubi rozmawiać przez telefon, a ja się zakochałam od pierwszego spojrzenia na zwykły, czarny, ciężki aparat – nie jakiś piękny, zabytkowy, jak na filmach czy w muzeach.
Ale przecież nie chciałam się napawać widokiem, ale używać tego fascynującego urządzenia, w którym słyszy się czyjś głos, nawet… kogoś nieznajomego.
Dość patetycznie się tu wypowiedziałam, ale chcę właśnie podkreślić to, że miewamy jakieś emocjonalne nastawienie do pewnych przedmiotów i widzimy w nich coś więcej niż inni.
I nawet do tak użytkowych jak aparat telefoniczny, maszyna do pisania lub do szycia czy ostatnio komputer. Niektórzy nawet nadają im imiona własne i czemu nie?
W końcu w moim własnym, ale dopiero drugim mieszkaniu, już jako żona i matka dzieciom doczekałam się telefonu stacjonarnego i nie musiałam biegać po znajomych, sąsiadach itp., aby pilnie zadzwonić do pracy, że nie przyjdę lub się spóźnię.
Wreszcie z pracy mogłam dzwonić do domu, czyli pełen kontakt i duża radocha, ale trzeba było się naczekać – i pewnie większa radość, jak się dłużej czegoś pragnie…
I to jeszcze nie wszystko, co bym mogła i chciała opowiedzieć o telefonicznych sprawach z mego życiorysu, ale już nie mam siły do pisania i do myślenia, co i jak piszę.
Jak zwykle wypracowanie – żmudne, nudne i „psu na budę”, ale trochę sobie popracowałam umysłowo i niewiele pogadałam telefonicznie.
Jutro to sobie odbiję… albo pojutrze.


  • RSS