Przeglądasz wszystkie posty oznaczone tagiem 'podroze'.
Wyświetlam 1 - 2 z 2 notek

To i owo , czyli groch z kapustą

  • Napisane 5 czerwca 2009 o 00:53

Dziś, wiadomo, 4.czerwca i gdybym przypadkiem nie wiedziała ( czasem mi się to zdarza, choć nawet mam kalendarz ), przypomniałyby mi wszystkie media .Zresztą już od pewnego czasu ta
20. rocznica dominuje nad innymi tematami. Joanna Szczepkowska też dziś króluje i na pewno przejdzie do historii jako autorka emocjonalnego obwieszczenia końca pewnej epoki w życiu naszego kraju.
Nie będę rozwijać tej tematyki, ale przede wszystkim dziś dotarł do mej świadomości fakt, że
Joanna Szczepkowska była wtedy dokładnie w obecnym wieku mojej córki – miała 36 lat,
czyli moja córka miała lat 16 i była w II klasie liceum. Tyle lat już za nami, tyle wydarzeń wokół i w naszym życiu rodzinnym…
A tymczasem moja córka może dziś zamoczyła stopy w Atlantyku ( ? ), na co na pewno nie można by sobie pozwolić w Bałtyku, bo brrr… i sądzę, że ma tam cieplej, podczas gdy ja tu marznę i od tygodnia zmagam się z infekcją, chyba wirusową ( ? ), czyli kaszlę, i to jak, oraz wycieram nos. Ale – nic to, w końcu mi chyba przejdzie, a może się i ociepli, bo aż mi trudno uwierzyć, że przed 25. maja przeżywałam w Krakowie wręcz afrykański upał – 30 stopni C.
Też nie byłam zachwycona tym żarem, gdy snułam się z mym wnuczkiem po okolicznych placykach zabaw, wypatrując dla siebie jakiejś ławki w cieniu. Czyli człowiek sam już nie wie, czego chce? Nie, no, oczywiście, że wiem – chcę pogody i temperatury powietrza w sam raz, jak to kiedyś bywało wiosną, czy nawet latem, a ten rok wyjątkowo obfituje w dziwną , dynamiczną i niekorzystną aurę. Ale nie będę narzekać na pogodę ani na nic innego, bo gdybym zaczęła,
to pewno nie mogłabym w ogóle zakończyć, a za bardzo nie chce mi się pisać.
A wracając do niespodziewanych wywczasów mej córki, to wczoraj około południa otrzymałam ostatni sms z Okęcia, że właśnie trwa odprawa i wkrótce odlot. Tak więc mam nadzieję, że szczęśliwie dolecieli do tej Teneryfy i od dziś będą ją poznawać, aby zdać mi potem dokładną relację, co bardzo lubię w wykonaniu mojej córki. Moje dzieci, oboje, wykazywały bardzo duże zainteresowanie turystyką, chodziły na raidy, jeździły na wycieczki, czytały książki podróżnicze, przodowały w szkolnej geografii. W przypadku syna zakończyło się to I miejscem w ogólnopolskiej Olimpiadzie z geografii, co z kolei dało mu możnosć podjęcia studiów bez egzaminu na wybranej uczelni – i tak to mój syn został geografem z zamiłowania, a przy okazji krakowiakiem, bo się zasiedział na UJ na dobre, a może i na złe….,bo wiadomo, nie ma róży bez kolców.
A moja notka dziś to trochę groch z kapustą, od córki do syna mnie zarzuciło, może dlatego, że jeszcze nie tak dawno się z nim przez tydzień widywałam. Właściwie tylko widywałam, to odpowiednie określenie, bo był tak zajęty zawodowo, że nie było mowy o żadnych pogaduchach z wyjątkiem niedzieli, gdy odwoził mnie z powrotem i trochę u mnie posiedział.
A chyba jakieś siedem lat temu wysłuchiwałam barwnych relacji, okraszonych slajdami, w wykonaniu mego syna po pobycie ich rodzinnej trójki na Maderze. Moja 7 – letnia wnuczka odbyła wtedy swój pierwszy, tak daleki, lot samolotem i kąpała sie w Atlantyku, podziwiając wysokie fale oceanu. Mam w albumie jej przepiękne zdjęcie z tymi falami, a na półce w kuchni
zieloną butelkę z napisem : VINHO MADEIRA ( nota bene !9 % alc.).
I tak to się moje potomki rozbijają po morzach i oceanach, a ja zbieram chętnie ich wrażenia, zdjęcia… a nawet butelki.

W roli Babci…

  • Napisane 16 maja 2009 o 18:05

Dziś mam nieco nerwowy nastrój, bo jestem w przededniu podróży na „gościnne występy” w Krakowie.
Tak nazywam moje pobyty w domu Syna, związane z pełnioną tam rolą babci w sytuacjach, gdy głównie w tym charakterze bywam tam potrzebna.
Nie tak dawno byłam w Krakowie z własnej potrzeby i to nie z potrzeby serca, ale z innych przyczyn zdrowotnych, mianowicie konsultacji z tamtejszym ortopedą, znanym w kraju ze stosowania pewnej metody korekcji stóp.
Oczywiście, przy okazji pobyłam kilka dni na łonie rodziny jako gość, choć nie powiem, odruchowo włączając się w domowe codzienne czynności i poświecając uwagę wnuczkom.
Natomiast obecny tygodniowy pobyt wynika z pilnego zapotrzebowania na mnie jako babcię wnuczka – przedszkolaka, nad którym przypadnie mi po kilka godzin opieki dziennie, a może i więcej, jeśli zdrowie nie pozwoli mu być w przedszkolu.
W tymże tygodniu nastąpi niefortunne spiętrzenie w podziale obowiązków domowych i służbowych Syna oraz Synowej, a dorywcza opiekunka też zawiodła, więc może jednak matka pomoże?
Prawdę mówiąc, przez ostatnich kilka lat mało miewałam tych „występów gościnnych”, które częściej zdarzały mi się dawniej, od momentu, gdy 14 lat temu przyszła na świat moja wnuczka, urodzona krakowianka, a jej młodzi rodzice, oddaleni od swych rodzin, wzywali nas czasami do pomocy.
Głównie mnie, gdyż najwcześniej przestałam pracować z powodu przejścia na rentę.
I to moja dowcipna Córka nazwała tak te wyjazdy, ponieważ jechałam „grać Babcię” i zawsze miałam spory stres z tej przyczyny, co także ma związek ze złym znoszeniem samotnych podróży.
Ale trudno, póki jeszcze jestem, kolokwialnie – na chodzie, odmówić nie wypada ( czego się nie robi dla dzieci! ), tak więc jutro po południu wsiądę na dworcu Łódź Kaliska do pociągu nach Krakau.
Pocieszające jest, że za tydzień bedę stamtąd wracać w synowskim samochodzie, a więc szybciej i w miłym towarzystwie.
Niestety, jutro byłoby to niemożliwe, ponieważ Syn aktualnie na wyjeździe służbowym w Sudetach; i tak to bywa, że nie zawsze może matkę przewozić tam i z powrotem.
Zresztą to wożenie stało się możliwe od kilku lat, gdy moi krakowiacy zdobyli się na samochód, a ile się przedtem najeździłam pociągami, a wreszcie autobusem linii Polski Express, co mi bardziej odpowiadało, pomijając chorobę lokomocyjną ( właśnie zawieszono kursy, niestety ).
Może nie wypada się przyznawać, ale nie przepadam za odgrywaniem Babci, choć przecież lubię swoje wnuki i miło mi je zobaczyć, ale prawdopodobnie męczy mnie uczucie odpowiedzialności związane z opieką nad, jednak nie własnymi, dziećmi.
Nie należę także do kobiet rozpływających się w zachwytach nad dziećmi w ogólności; w zasadzie – im starsze, tym lepiej, łatwiej się porozumieć.
No, nie – małe dzieci są urocze, czasem jak obrazek, ale właśnie do pooglądania, chwilowej zabawy, rozczulające, ale… jakie nieprzewidywalne.
Mój wnuczek dobiega już do piątego roku życia, więc nie jest już zachwycającym, ale niełatwym bobaskiem, za to bardzo rezolutnym, mądrym chłopczykiem, ale chyba nieco rozpuszczonym i wymagającym uwagi…
Oj, oj – chyba jakoś to będzie przez ten tydzień ?!!
Rola babci przede mną… i do dzieła!


  • RSS