Przeglądasz archiwum Sierpień, 2010 .
Wyświetlam 1 - 4 z 4 notek

Aneks do ostatniej notki

  • Napisane 23 sierpnia 2010 o 17:44

Vcera byla nedele – po czesku, a tak mi się pomyślało, bo właśnie odkryłam na yutubie wideoklip z humorystyczną wersją tej czeskiej piosenki w wykonaniu Eli Zającówny, Witolda Paszta i Krzysia Tyńca, oczywiście, dziś już historycznego.
Jak to często bywa, wpadłam nań przypadkiem, poszukując uporczywie rosyjskiego romansu pt. – „Nie ujezżaj ty moj gołubczik” i też znalazłam jedynie jego parodię w wykonaniu Hanny Śleszyńskiej i Piotra Gąsowskiego ( wtedy pary na estradzie i w życiu ) jako fragment popularnego kiedyś programu cyklicznego w TVP, chyba pod nazwą – „Biesiada bez granic” lub podobnie.
Jestem nieco rozczarowana, bo tę piękną piosenkę słyszałam niegdyś przez radio i wydaje mi się, że to śpiewała słynna Żanna Biczewskaja, a może obecnie wykonuje ją Olena Leonenko swoim urokliwym głosem, a tu nic tylko ta wersja kabaretowa, aczkolwiek zabawna i głosy też nie najgorsze. Jako entuzjastka kabaretu Olgi Lipińskiej bardzo doceniam talent aktorski i głos Hanki Śleszyńskiej, ale bardzo chciałam usłyszeć rzewną wersję tego romansu.
Pocieszyły mnie jednak inne pieśni w wykonaniu Żanny B. oraz prawdziwe perełki z repertuaru Mieczysława Święcickiego, gwiazdy Piwnicy pod Baranami, dziś już starszego pana, ale niezmiennie fantastycznego wykonawcy starych romansów Aleksandra Wertyńskiego.
I to jest istotny aneks do notki o wczorajszej niedzieli, którą spędziłam w dużej mierze na świeżych wspomnieniach z minionej soboty w połączeniu z oglądaniem wielu nowych zdjęć z wakacji moich krakowiaków ( wprowadzonych przez syna do mego komputera w czasie sobotnich odwiedzin po drodze znad naszego morza ) oraz na wspomnieniach z dawnych lat przy pomocy wideoklipów z Yutube.
Wypadek z wycieraczką to drobny, też nieco kabaretowy incydent, choć wolałabym, aby był jednorazowy.

Życie to kalejdoskop czyli notka nietypowa

  • Napisane 23 sierpnia 2010 o 17:36

Czy to warto pisać o takich sprawach?
Według mojej Córki, tak właśnie trzeba pisać o tym, co niesie codzienne życie, a nie stawiać przed sobą tematy godne napisania wypracowania, co właśnie cechuje moje podejście do blogowania.
A może powinnam spróbować tworzyć taki codziennik?
No, może nie tak dzień po dniu, bo nie mogę sobie narzucać jakiegoś przymusowego trybu.
Zatem próbuję uchwycić dzisiejszy dzień, zanim nastanie jutrzejszy z nowymi sprawami i zdarzeniami ( zawsze przecież jakieś są ).
Po przespaniu niedzielnego przedpołudnia ( jak zwykle przy włączonym radiu, bo niby słucham… ), co nie było dziwne po wczorajszych emocjach… ( przy okazji opowiem ) i późnym zaśnięciu ( to drugie też jak zazwyczaj ) otwieram po raz pierwszy drzwi na korytarz, aby coś wynieść do zsypu, a tu niespodzianka na wycieraczce…
I dobrze, że spostrzegłam, nim postawiłam nogę, bo tuż przy samym progu coś – jakby nieduża kupa vel musztardowe w kolorze gówienko…
Ktoś mi narobił pod drzwiami ?!
Ale raczej wyglądało to na dzieło albo dziecka, albo zwierzątka ( jedno dziecko odnotowuję wśród współlokatorów, ale jakoś nie posądzałabym, natomiast psów ni kotów na razie nie było ) i wymagało sprzątnięcia, czyli nieco zabiegów oraz starych gazet, a także wyniesienia wycieraczki, najlepiej do pomieszczenia z zsypem, gdzie przecież i tak się wybierałam.
Tu pozwolę sobie na dygresję o pomieszczeniu zsypowym na każdym piętrze w moim wieżowcu, bo nigdzie nie spotkałam takiego dużego i do tego z balkonem jak w niektórych pokojach, głównie w tzw. salonach.
Ja często otwieram drzwi na ten balkon w celu wietrzenia, a gdy na długo tak zostawiam, chętnie tam wprowadzają się gołębie, więc muszę pamiętać o zamykaniu, bo mielibyśmy tam niechybnie gołębnik.
Tym razem na balkonie wylądowała moja wycieraczka i może spodziewany deszcz ją wypierze, jeśli gołębie jej nie zagospodarują po swojemu ?
Po jakimś czasie nastąpiło wyjaśnienie tej niemiłej niespodzianki spod mych drzwi.
Chyba, bo nie dostałam odpowiedzi od maleńkiego kociego dziecka, którego głos wywabił mnie na ten nasz długi korytarz ( 9 mieszkań – istny hotel, jak pomyślałam, wprowadzając się tutaj przed laty ).
Delikwenta zastałam pod drzwiami najnowszej sąsiadki, właśnie matki 2-letniej dziewczynki, przy miseczce z jakimś pokarmem i prawie ukrytego pod wózkiem dziecięcym.
Podszedł na moje „kici, kici” i zobaczyłam, jakie to chucherko!
Za drzwiami sąsiadki cisza i nie dobijałam się z obawy obudzenia dziecka z ewentualnej popołudniowej drzemki ( delikatna ze mnie osoba, a wycieraczka stara i nawet przyda mi się nowa ).
W kolejnych godzinach dnia zniknął kotek oraz miseczka, a sąsiadka też chyba gdzieś poszła, w końcu piękna letnia niedziela i ja także odbyłam przedwieczorny spacer.
Przed blokiem spotkałam sąsiadkę z przeciwka, która zagadnęła mnie ciekawie, czy mi ktoś ukradł wycieraczkę?
Skoro już spostrzegła ten brak, została obrazowo przeze mnie poinformowana o incydencie i teraz będziemy razem obserwować dalszy bieg wydarzeń z kotkiem, jeśli naprawdę i na dłużej zagościł na naszym piętrze.
W wieczornej rozmowie telefonicznej opowiedziałam również obrazowo mojej Córce o wydarzeniu dzisiejszego dnia, co Ona, oczywiście, uznała za fakt niewątpliwie zasługujący na blogową notkę i że dość już tych moich poważnych wypracowań, które musi publikować za mnie ( nadal mam jakieś dziwne sęki w tej materii, o co Ona obwinia system Windows 7, a nie ma czasu sprawdzić tego na mym komputerze).
Jeszcze raz zadaję sobie pytanie – czy wypada w ogóle pisać o czymś takim?
Ale niech tam, napisałam o tym, co przyniósł dzisiejszy dzień, bo to nawet trochę komiczne wydarzenie, a życie to istny kalejdoskop i bywa różnie – poważnie, smutno, wesoło, głupio…

Wspomnienie o Bogatyni

  • Napisane 13 sierpnia 2010 o 11:45

Jestem wstrząśnięta tragicznym losem Bogatyni, która przestała już istnieć w swej dotychczasowej postaci, a przecież jej charakterystyczny obraz dość mocno utwalił się w mej pamięci wraz ze wspomnieniami moich pobytów w tym niedużym miasteczku na koniuszku kraju.
„Koniec podróży – dalej już tylko diabeł mówi dobranoc” – takie słowa usłyszałam od dowcipnego konduktora z pociągu, którym po raz pierwszy przybyłam na stację kolejową w Bogatyni w lipcu 1981 r.
Ta stacyjka juz dawno nie funkcjonuje, a tory zarosły chwastem.
Teraz można tam dojechać np. autobusem ze Zgorzelca, co sama sprawdziłam podczas ostatniej swej wizyty tamże w 1991 r.
Pierwszy pobyt pamiętam najbardziej, a już dwa późniejsze trochę mi się zlewają w szczegółach, bo też to już odległe czasy, sprzed prawie 20-stu lat.
W sumie trzykrotnie odwiedziłam mojego brata, który wyniósł się tam 32 lata temu, gdy mając także 32 lata, rozpoczynał nowy etap swego życia – z daleka od miejsca urodzenia, najbliższej rodziny, w tym żony i córki, ale za to z nową życiową partnerką.
Pisząc o tym, uświadamiam sobie, jakie to były burzliwe, intensywne w wydarzenia lata, w moim życiu, mej rodziny, a także i kraju.
Na pewno te wszystkie okoliczności sprawiły, że moje pierwsze spotkanie z Bogatynią, absolutnie mi nieznanym miejscem oraz niepodobnym do żadnego innego, tak mocno odcisnęło się w pamięci.
Wtedy jechała tam nas spora grupka pionierów – moi, dość już sędziwi rodzice oraz ja z 9-letnim synkiem (na zabranie obojga dzieci nie miałam jednak odwagi, choć wybór nie był łatwy, więc zdecydowało pierworództwo,… chyba).
Wielogodzinna, trudna podróż mocno zaludnionym pociągiem do Wrocławia, a tam przesiadka do człapiącego powoli pociągu do celu naszej wycieczki.
Do tego upał, jak to często około 22-go lipca, a którego finałem była potężna burza z ulewą, prawie na nasze powitanie.
Mój brat mieszkał tam wtedy pod kapitalnym adresem, dokładnie na wprost stacji, widocznej przez okna mieszkania i odległej o rzut beretem, a więc wygodnie dla podróży i nieco dalej od centrum miasteczka.
Było to mieszkanie tymczasowe, w budynku należącym do fabryki włókienniczej, gdzie zatrudniony był brat wraz z partnerką, bo jeszcze nie żoną, ale już matką ich dwójki dzieci, które przez ten czas urodziły się w Bogatyni.
Młodsze z nich, synek, właśnie niedawno urodzony, w lutym 1981.
Córeczka, akurat rozkoszna dwulatka, urzeczona była moim 9-latkiem ku jego niezadowoleniu, co było chwilami trochę kłopotliwe.
Jak myśmy znieśli to zagęszczenie dorosłych i dzieci na przestrzeni 2-izbowego mieszkania?
Ale to były na szczęście duże, wysokie pokoje w porządnej kamienicy, w dobrym stanie (pamiętam eleganckie, drewniane, trochę skrzypiące, szerokie schody) zachowanej po poprzednim niemieckim właścicielu.
W głębi za nią znajdowały się budynki zakładów bawełnianych, wtedy w momencie szczytowego rozkwitu, a dziś już od lat w upadku, jak cała ta gałąź przemysłowa w kraju.
Brat się przeprowadził do Bogatyni jako pracownik pabianickiej „Bawełny” (najbogatszej w naszym mieście – kiedyś) ze sporą nadzieją na szybki dostęp do mieszkania w nowym blokowym budownictwie spółdzielni zakładowej, co się faktycznie wkrótce sprawdziło.
I od lat do dziś mieszka w M-4 w nowej dzielnicy, wysoko położonej nad starą Bogatynią, co w zaistniałej sytuacji powodziowej miało szczególnie pozytywne znaczenie.
Z tego powodu o bezpieczeństwo mej rodziny mogłam być spokojna i bezpośrednio mieszkańcom tego rejonu nic nie zagraża oprócz codziennych problemów z wodą, prądem, zaopatrzeniem,itp.
Materialnie nie doznali uszczerbku, ale psychicznie bardzo odczuwają ten niespodziewany kataklizm z dnia 7.sierpnia, a niedalekie od nich miejsca spustoszenia napawają grozą, graniczącą z niedowierzaniem w ogrom zniszczenia i ludzkiej niedoli.
W tę feralną sobotę oraz w niedzielę niemożliwe było nawiązanie kontaktu między nami i nimi, bo padły ich rozładowane komórki, ginął zasięg, ale już teraz odbyliśmy kilka rozmów i poznałam ich przeżycia i wrażenia.
I tak od adresu mego brata niespodzianie przeniosłam się do teraźniejszości, a nie o tym chcę przecież napisać, więc, zgodnie z tematem, wracam do wspomnień i owego roku 1981, kiedy to poznawałam nową rodzinę mego brata oraz miejsce ich zamieszkania.
Uwaga moich rodziców skupiła się głównie na rodzinie, nowych wnukach szczególnie, a mnie i syna pochłonęło poznawanie miasteczka, najpierw z bratem w roli przewodnika, a wkrótce samodzielnie, co nie było trudne z powodu niedużej powierzchni tej najstarszej, zabytkowej części Bogatyni z jej charakterystyczną zabudową.

I w moim mieście przetrwało także trochę dawnych tzw. domów tkaczy, ale tutaj było ich bardzo dużo i to nieco innych, typowych dla tutejszego stylu łużyckiego i podobno istniejących od XIX a nawet od XVIII w.
Mój synek był nimi zafascynowany i wyżywał się jako fotograf przy pomocy swego pierwszego aparatu.
Czasem ustawiał mnie na tle różnych ciekawych miejsc, także na mostkach i groblach Miedzianki, potoku, który meandrował między uliczkami.
Niezmiernie żałuję, że te zdjęcia gdzieś się nam zapodziały, choć ich jakość nie była najlepsza…
Jak wspomniałam wcześniej, w pierwszych godzinach naszego pobytu miała miejsce silna burza z ulewą, a potem deszczem przez chyba cały następny dzień, więc wody w Miedziance przybyło na tyle, że w niektórych miejscach słychać było jej szum.
W czasie suszy podobno ledwie pokrywa dno głębokiego murowanego kanału, zbudowanego jeszcze w czasach, gdy te tereny były poza naszą granicą.
W tym roku żywioł wody rozsadził to obramowanie, co jest szokiem dla ludzi, którzy prawie całe życie spędzili w pobliżu Miedzianki, nie odczuwając lęku – podobno?
Wtedy w 1981 r. deszczu też spadło tyle, że zmuszona byłam memu dziecku zakupić kalosze w miejscowym domu towarowym (dość okazały budynek w stylu alzackim, jeśli dobrze pamiętam), blisko mostu na potoku, gdzie trochę głośniejszy szum dał się słyszeć.
Dzieci lubią brodzić po kałużach, a synek miał tylko sandałki, a i nowe kaloszki też się potem przydały i do tego przypominały wycieczkę.
Najciekawszym miejscem była dla nas, oczywiście dla Małego przede wszystkim, kopalnia odkrywkowa węgla brunatnego, oglądana z wysokiego nasypu.
Dla mnie też to niezapomniany widok – trochę jak ze snu…, a dla Bogatyni i okolic najważniejsze miejsce wraz z elektrownią Turów, podstawa egzystencji mieszkańców, głównie także po upadku włókiennictwa.
W kopalni trwa obecnie osuszanie powierzchni i na szczęście nikt tam nie zginął na skutek zalania tego miejsca najniżej położonego.
Mój brat już dawno stał się pracownikiem tego kombinatu i temu też zawdzięcza swą emeryturę, znacznie większą od mojej, choć nie pracował tam jako górnik, ale konserwator maszyn, osiągnąwszy niezbędne kwalifikacje.
Z okien jego obecnego mieszkania na trzecim piętrze bloku roztacza się widok na ten kompleks energetyczny, który w nocy robi wrażenie oświetlonego miasta.
Też był to dla mnie niezapomniany obraz, lecz mój syn już tego nie doznał, bo nigdy więcej w Bogatyni nie był.
Ale po tamtej wycieczce napisał najlepsze w klasie sprawozdanie z wakacji i ciekawe, co jeszcze pamięta po latach.
Muszę go o to zapytać po jego powrocie z tegorocznych wakacji, w czasie których nie jest za bardzo zorientowany w sytuacji kraju.
Ze smutkiem oglądam zdjęcia zrujnowanej Bogatyni w tv i w internecie, przywołując z pamięci jej dawno nie widziane oblicze.
Dawno tam nie byłam i nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek będę, a na pewno nie prędko…

Skarga

  • Napisane 12 sierpnia 2010 o 18:12

Napisałam nową notkę i od kilku minut próbuję ją zamieścić przez wklejenie. Bez rezultatu, bo za każdym razem ukazuje ukazuje się w postaci pierwszego zdania i fragmentu ze środka tekstu, więc ją kasuję i od nowa próbuję…. ale klops. Teraz piszę bezpośrednio i zobaczę, jak się tym razem wydrukuje. Ale przecież nie napiszę tak całej długiej notki, tym bardziej, że już ją mam w notatniku – zaznaczyłam, skopiowałam, wklejam, czyli tak jak trzeba, więc nie rozumiem, co jest. Nielot w pracy, więc znikąd pomocy. Trudno, muszę poczekać do wieczora i nie wpadać w złość….ha……


  • RSS