Przeglądasz archiwum Listopad, 2009 .
Wyświetlam 1 - 2 z 2 notek

Głupia sprawa

  • Napisane 12 listopada 2009 o 16:06

Czy to pech, czy po prostu głupia sprawa?
W pewnym stopniu można to uznać za brzydki żart ze strony losu, czyli pech, że w ostatnią niedzielę mego 69 – lecia miałam bardzo bliskie spotkanie z tzw. kanarem vel kontrolerem biletów w środkach komunikacji i to w sytuacji niekorzystnej dla mnie.
Akurat w „tę ostatnią niedzielę” i do tego na ostatnim przystanku mej podróży tramwajem „P” ( tak od niedawna oznakowany został tramwaj między Łodzią a Pabianicami, bo dawniej to była linia 41 ).
Do tego był to mój pierwszy raz nieskasowania biletu na odcinku tego jednego przystanku po przekroczeniu strefy łódzkiej.
I ten nieskasowany bilet za 1,20 zł stał się powodem wypisania mi bardzo niechlubnego pisemka, wzywającego mnie do „wniesienia dodatkowej opłaty” w kwocie, bagatelka, 100 zł…!!
Ten zbieg okoliczności nosi pewne znamiona pecha, bo w przeciwnym razie miałabym po prostu fart, po prostu by mi się upiekło, jak wielokrotnie wielu innym pasażerom „na gapę”.
Od następnej niedzieli będę już mogła bezkarnie jeździć bez biletów i żaden kanar mi niestraszny będzie, pod warunkiem posiadania przy sobie dowodu osobistego – o, właśnie, bo też czasem zapominam go z sobą zabrać…
Niewątpliwie, to raczej głupia sprawa i przeze mnie spowodowana.
Nie będę się nigdzie odwoływać, bo przecież to ja popełniłam ewidentnie wykroczenie i muszę ponieść karę, choć wydaje mi się ona zbyt dotkliwa – jak na moją kieszeń.
Mam ponadto fatalne samopoczucie, bo ta, powiedzmy, nauczka, mnie już niczego nie nauczy na przyszłość ( jeśli w ogóle innych uczy? ), bo to w moim przypadku jedynie bezsensowny wydatek, bez znaczenia dla przyszłości osoby zwolnionej z płacenia za przejazdy.
Chcę także wyjaśnić, że nie odbyłam całej tej ostatniej podróży na gapę, bo na takie wyczyny mam nawet za słabe nerwy i nie jestem zwolenniczką takiego postępowania w ogólności.
W rzeczonym tramwaju „P” nabywa się w automacie drukowany bilet na cały teren Pabianic i na takowym jechałam około pół godziny, właśnie do rogatek miasta i początku strefy łodzkiej.
Jeszcze tylko jeden przystanek i ów tramwaj kończy swój bieg, poczem zawraca, a pasażerowie przenoszą się do prawdziwie łódzkich pojazdów, ewentualnie odchodzą pieszo do pobliskich miejsc.
Już wkrótce ( miejmy nadzieję ) tym najbliższym miejscem będzie sklep IKEA, od dawna w budowie i nadal końca nie widać.
I to jest właśnie ten szkopuł, że trzeba szybciutko kasować drugi, teraz już łódzki bilet, choć nadal się jest w tym samym tramwaju, który zbliża się do mety i zaraz go opuścimy.
I ten przystanek jest podobno bardzo często kontrolowany, a mandaty wypisywane są już na zewnątrz, bo to bardzo krótki przystanek, a gapowiczów bywa sporo czasami.
W tę niedzielę też nie byłam odosobnioną jednostką, ale czy to mnie może pocieszyć albo usprawiedliwić?
Prawdę mówiąc, sama tak do końca nie wiem, dlaczego właściwie nie skasowałam tego drugiego biletu, mając go w portmonetce?
Nie zawsze pabianiczanie mają w zapasie te łódzkie bilety, wcześniej kupione w kiosku na okoliczność ewentualnej podróży ( do niedawna można to było czynić tylko w Łodzi, ale obecnie prowadzą ich sprzedaż wybrane punkty w naszym mieście ).
Ich cena zależy od spodziewanego czasu jazdy i to powoduje niekiedy komplikacje na trasie.
W momencie przekroczenia granicy między naszymi miastami można także wystukać sobie łódzki bilet ze wspomnianego automatu, zamontowanego w naszym podmiejskim tramwaju.
Ale zachodzi obawa, że można nie zdążyć, bo ten automat lubi się zacinać, nie wydając ani biletu, ani pieniędzy.
Miałam już kiedyś taką nerwową sytuację, gdy bezradnie miotałam się przy tej głupiej maszynie, więc wolę mieć w rezerwie kilka biletów półgodzinnych.
Tak się rozpisuję, bo to są niewątpliwe niedogodności pabianiczan jeżdżących tramwajem do Łodzi, a dokładniej ledwie na skraj tego wielkiego miasta i często jeszcze większa część podróży przed nimi po przesiadce przed Ikeą.
Przecież i tak będą kasować bilety, przesiadając się do kolejnego tramwaju…
Czy zatem nie skasowałam tego biletu w geście podświadomego protestu przeciwko owym utrudnieniom oraz rozklekotanym, starym rupieciom podstawianym na tę trasę przez łódzkie MPK… ??
Takim rupieciem właśnie jechałam w tę niedzielę i po prostu nie opłaciłam wstępu na kawałek ziemi łódzkiej, taki malutki przecież ten kawałek, no, skrawek…
Nie mogę się wykręcać nieuwagą, przeoczeniem, choć i coś takiego może się pasażerowi zdarzyć w zamyśleniu, roztargnieniu, ale kontrolera trudno byłoby przekonać takim argumentem, jak sądzę … i nie próbowałam.
Dyskusja z kanarem nie wchodzi w zasadzie w rachubę i liczą się jedynie gołe fakty, bez okoliczności łagodzących.
Poza tym, naprawdę, zaskoczyła mnie jego nagła obecność i po prostu zrobiło mi się niemiło i głupio…
A to się urządziłam !!!
Moja niedzielna podróż do Łodzi związana była z niedawnymi urodzinami przyjaciółki, która mnie zaprosiła do siebie na uczczenie tej okazji ( Ona już od kilku dni nie musiała kupować biletów! ), więc ten incydent z mandatem nie był na pewno najlepszym preludium przed imprezą.
Tak się zawzięłam jednak, aby wyprzeć go ze swej psychiki na to jedno popołudnie i w ogóle o nim nie opowiadać.
Dotąd się dziwię, że mi się to udało przy mojej nadmiernej wręcz szczerości i otwartości.
Myślę, że było mi tak głupio, iż wolałam o tym zapomnieć choćby na jakiś czas.
Ale już na drugi dzień zwierzyłam się kilku bliskim ludziom, bo mi ten sekret zaczął ciążyć.
Uiściłam także, nie zwlekając z terminem, karną opłatę na rzecz MPK – Łódź, za pomocą przelewu elektronicznego, co bardzo lubię robić ( oczywiście przelewy , a nie opłaty karne ).
Doczytałam się na mandacie, że w przypadku szybkiej spłaty kwotę zmniejsza się o 30 %, czyli moja kara wyniosła równe 70 zł – jak obszył, w sam raz na moje 70-te urodziny…
Czyż to nie zadziwiające zrządzenie losu?
Fajny prezent na rocznicę, ale nie dla mnie, niestety, a dla MPK.
A może przyczyniłam się w ten sposób do poprawienia zaniedbanego stanu pojazdów na trasie do Pabianic, co Nielot odczuwa na własnej skórze.
Nie ukrywam, że mnie ta głupia sprawa nieco kosztowała – psychicznie i materialnie, ale już powoli przechodzi do przeszłości – a czas leczy rany…
Mam nadzieję, że do końca tygodnia nie przytrafi mi się jakaś niemiła przygoda.
Odpukać…

Jak to w listopadzie

  • Napisane 5 listopada 2009 o 23:27

No, tak – od mej ostatniej notki okulistycznej minęły już 2 tygodnie, a nawet skończył się październik i zaczął listopad, mający opinię najbardziej niemiłego miesiąca w roku.
Aczkolwiek na zbiegu obu miesięcy wyjątkowo poprawiły się warunki atmosferyczne i to do tego stopnia, że przez kilka dni i nocy można było oglądać i słońce, i księżyc – do tego w pełni.
Wprawdzie zimno i gwałtowny opad listowia, które w tym roku bardzo długo utrzymywało się na drzewach i krzewach i nawet wiele w kolorze zielonym ( np.topole koło mego bloku ).
Ale teraz polecą, do ostatniego listka, bo to już ten miesiąc.
Także ja – wyjątkowo – wycofałam się z corocznego tradycyjnego obchodu grobów w listopadowe święta, bo tak jakoś czułam się nie najlepiej.
Tym razem scedowałam obowiązek na Córkę, która miała pewne obawy, że nie trafi do niektórych grobów beze mnie.
Ale Ona ma dobrą orientację w terenie, więc dała sobie radę, a ja mogłam spokojnie przygotować obiad dla nas.
Na szczęście, ta moja niedyspozycja to nie żadna grypa, którą codziennie straszą nas w mediach, ani nawet nie przeziębienie czy inna obłożna choroba.
Nie mniej mam na stanie trochę przewlekłych schorzeń, które czasem dają się bardziej odczuć, a i na psychikę niezbyt dobrze działają, jak i obecna pora roku.
Czyli właściwie nie dzieje się u mnie nic naprawdę bardzo złego, ale żyje mi się jakoś z trudem i zmuszam się, aby wstać spod pościeli i wciągnąć się w kolejny dzień, dzień – jak co dzień…
Co wcale też nie znaczy, że narzekam na nudę codzienności i chciałabym jakichś atrakcyjnych wydarzeń – wizyt, wyjść, wyjazdów itp.
Dopiero wtedy miałabym prawdziwy powód do narzekania i nerwów z typu – „ja nie mam co na siebie włożyć”… lub, czym uraczyć ewentualnych gości.
Może to wina tego 70 – lecia, które tuż, tuż i wraz z nastaniem listopada odczułam już jego ciężar na plecach?
Dziś właśnie przesłałam uroczysty e-mail szkolnej przyjaciółce Elżbiecie z tejże okazji, a dwa dni temu z tegoż powodu dzwoniłam do innej jubilatki.
Ta ostatnia raczej bardzo negatywnie nastawiona do liczby 70, a może dlatego, że małżonek ma dopiero 69 wiosen?
Też mi wielka różnica, prawda?
Za tydzień ( mniej więcej ) to ja będę przyjmować gratulacje i życzenia, a także wizyty z okazji … i oby mi tylko wtedy zdrowie nie sprawiło niemiłego psikusa.
I niech ten listopad nie będzie taki, jak w znanym wierszu L.Staffa – „Deszcz jesienny” ( za moich czasów trzeba go było znać na pamięć ).
„O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny. Dżdżu krople padają i tłuką w me okno. Jęk szklany… płacz szklany… a szyby w mgle mokną.”
( brrrr )


  • RSS