Przeglądasz archiwum Październik, 2009 .
Wyświetlam 1 - 2 z 2 notek

Z wizytą u okulisty

  • Napisane 22 października 2009 o 14:12

Na dzień 19 października wyznaczono mi w przychodni wizytę u okulisty, a tenże termin uzyskałam na początku czerwca, więc pieczołowicie zaznaczyłam w kalendarzu, aby nie zapomnieć przez tak długi okres.
Był to już drugi termin w tym roku, gdyż pierwszy, uzyskany w styczniu na 26 maja, przepadł mi z powodu pobytu w Krakowie.
I tak to właśnie „szybko i łatwo” można sobie skontrolować narząd wzroku, bo o to mi chodziło, a nie z powodu jakichś dolegliwości ocznych.
Mam nadzieję, że gdy coś się złego dzieje z okiem, to nie każą nam czekać tak długo, prawie pół roku?
Albo może jednak trzeba wtedy do prywatnego gabinetu zapukać ?
Wolałabym nie sprawdzać tego na sobie …i odpukać!
Mimo braku jakićhś niepokojących symptomów w oczach miałam duszę na ramieniu przed tym sprawdzianem i fachową oceną.
Głównie z powodu istnego wysypu zaćmy, a nawet, co gorsza, jaskry wśród znajomych.
Wciąż się od kogoś dowiaduję, że jest przed lub po zabiegu na zaćmę, a to zagraża mu jaskra.
W mojej rodzinie, jak dotąd, żadnego jeszcze takiego faktu nie było, ale…
Poza tym wiedziałam, że czeka mnie spotkanie z nową lekarką, bo znany mi już poprzednio okulista zmienił miejsce pracy.
Chodzi o to, że jestem dość rzadkim okazem pacjenta ze zdiagnozowanym znamieniem barwnikowym na dnie lewego oka, co zazwyczaj tak zdumiewa lekarza przy pierwszym kontakcie i zerknięciu w moją kartę, że czasami odwraca jego uwagę od faktycznego obecnego stanu mego wzroku oraz niepotrzebnie przeciąga wizytę.
Z drugiej strony ten cholerny pieprzyk może stać się powodem wielkiego paskudztwa, ale o tym szaaaa, bo odkryto go już 7 lat temu i tak sobie siedzi bez zmian… odpukać, oczywiście…
Na samym wstępie, nim doszło do meritum, z wielkim zdziwieniem dowiedziałam się, że moja ostatnia wizyta w tym gabinecie miała miejsce w grudniu 2007 r., czyli można mi zarzucić opieszałość w profilaktyce.
Natomiast JA żyłam dotąd w przeświadczeniu, że moje pożegnalne spotkanie z poprzednim okulistą, dr. G.odbyło się pod koniec 2008 r.!!
Czyli cały ROK 2008 jakby wyparował z mej pamięci, zlał się z rokiem poprzednim, czy co ?
No, to nieźle jestem roztargniona, jeśli taki jest powód tej luki w pamięci…?
Ale przecież przybyłam do tego gabinetu w sprawie oczu, a nie głowy – więc wracam do meritum.
Ostatecznie wizyta przebiegła w sposób bardzo zadowalający mnie jako pacjentkę – fachowo, rzeczowo, skrupulatnie, bez wydziwiania i straszenia mnie owym lewym okiem.
Szczegółowo, przy pomocy różnych przyrządów ( w tym jeden nieznany mi dotąd – z podmuchem w oko, aż głowa odruchowo odskakuje, chyba do badania ciśnienia w oczach? ) i z rutynowym odczytem na planszy.
Nie obyło się jednak bez nielubianego przeze mnie zakraplania szczypiącego płynu, rozszerzającego źrenice, po którym długo źle widzę, a nawet miewam zawroty głowy i nie obyło się bez wezwania przez komórkę ( dobrze, że nie zapomniałam jej zabrać ) Nielota na drogę do domu.
Cóż, nie zdążyłam przed wizytą do bankomatu i nie miałam środków na wezwanie taxi, a do domu trochę daleko.
Jak to trzeba wszystko przewidzieć, ale na szczęście pomoc nadeszła i jeszcze było komu zrelacjonować przebieg wizyty oraz podzielić się na gorąco zadowoleniem z pomyślnej diagnozy.
Jeśli tylko nie włączy się przypadkiem negatywna nieufność w trafność diagnozy tej pani okulistki, to mogę spać spokojnie.
Na razie żadna zaćma ani jaskra mi nie grozi, okulary bez potrzeby zmiany i ten pieprzyk feralny nie wzbudził większego zainteresowania ( chyba jednak najbardziej o to się obawiam i siedzi to w mej podświadomości ? ).
W związku z powyższym zalecono mi następne rutynowe spotkanie dopiero za rok.
Co jeszcze bardzo ważne – okulistka nie widziała przeciwwskazań w posługiwaniu się komputerem ( celowo zapytałam ), oczywiście w rozsądny sposób i zalecała nawilżanie oczu sztucznymi łzami – z apteki, własnymi raczej niespecjalnie, a byłoby jednak taniej.

Epilog do poprzedniej notki

  • Napisane 16 października 2009 o 20:25

Tyle się dzieje wokół – w przyrodzie, w polityce i w ogole, a ja w kółko przy jednym temacie.
Zatem donoszę, że w końcu spakowałam i odniosłam jednego ( tzn. już drugiego ) liveboxa i przyniosłam innego, czyli zaryzykowałam.
W efekcie znów się pozbawiłam dostępu do Netu, bo ten kolejny za nic nie chciał się zakumplować z komputerem i przez kilka dni bawiłam się tylko funkcjami samego kompa, głównie pasjansami i odtwarzaniem muzyki.
Mogłam jeszcze przecież pisać, ale jakoś nie miałam ochoty – pewnie z powodu zmartwienia, że to ustrojstwo nie chciało zadziałać.
Ale niejaki Wąż, czyli nasz podręczny Mistrz techniki komputerowej ( talent samorodny i poparty wieloletnim doświadczeniem serwisanta ) znalazł czas dla strapionej teściowej ( byłej, ale zawszeć ).
Czasu zabrało mu to więcej niż trochę, aby wprowadzić jakieś niezbędne zmiany w systemie mego kompa ( a jakie, to juz tylko jemu wiadomo ), poprzekładać i połączyć różne kabelki, ale efekt zostal osiągnięty.
A ta żmudna dłubanina w zaciszu mej dziupli miała miejsce w dniu niespodziewanego ataku zimy na nasz kraj i to zwycięstwo Węża nad oporną materią znacznie poprawiło nasze złe samopoczucie, zwarzone niekorzystną aurą.
I na pewno ten dzień zapamiętam tym bardziej – czyli 15. 10, akurat w imieniny Jadwigi, o czym wtedy właśnie zapomniałam.
Spóżnione życzenia znajomej solenizantce złożyłam zatem o dzień spóźniona, oczywiście tylko telefonicznie.
Rzeczona Jadwiga wyznała, że w ciągu 55 przeżytych lat nigdy nie miała TAKIEJ pogody w imieniny, a więc i moje opóźnienie przyjęła z większa tolerancją, niż by to miało miejsce kiedy indziej.
I a propos telefonu – tym razem telefonia internetowa została odzyskana, a przecież o to właśnie chodziło od początku tego całego zamieszania.
Już powiadomiłam o tym z radością swych darmowych rozmówców, mimo to Syn nadal podtrzymuje swą ofertę nowego kompa w prezencie dla matki – staruszki.
No, i świetnie, ale w obecnej sytuacji nie musi się już tak spieszyć w tej sprawie i spokojnie rozejrzeć się po rynku komputerowym.
Mój nastrój poprawił się zdecydowanie, czego dowodem jest niniejsza, szybko napisana notka – niezbyt może interesująca dla odbiorców, ale wreszcie zamykająca ten temat.
Mam nadzieję bowiem, że to już koniec, a przynajmniej na pewien czas ( aby nie zapeszyć! ) …
 


  • RSS