Przeglądasz archiwum Wrzesień, 2009 .
Wyświetlam 1 - 4 z 4 notek

Nie miała baba kłopotu, została … internautką

  • Napisane 30 września 2009 o 02:05

Dla dobra własnego zdrowia psychicznego nie powinnam właściwie pisać o tym,
czym się od tygodnia denerwuję, popijając niezbyt smaczną herbatkę z melissy dla
uspokojenia ( nie przepadam za naparami z ziółek, ale czasem trzeba ).
Powinnam zmienić temat, ale właśnie nie mogę się od niego całkiem oddalić, choć już nieco
nabieram dystansu po upływie tygodnia.
Zatem przedstawię powód swego zdenerwowania szerszemu gronu, bo moi bliscy
mają orientację w tym temacie i jakoś mnie wspierają w miarę możliwości.
Otóż 2 lata temu, prawie dokładnie, postanowiłam zmniejszyć, zbyt duże jak dla mnie,
wydatki internetowo- telefoniczne poprzez zastosowanie nowoczesnego modemu
pod nazwą Livebox, powiązanego z Neostradą TP. W tej kwestii doskonale zrozumieją
mnie użytkownicy spod znaku tzw.tepsy, zaś inni może tylko troszeczkę albo wcale .
No i trudno, ale rozwijam dalej …Pomysł zastosowania liveboxa był dla mnie
naprawdę opłacalny i dobrze się sprawdzał przez te dwa lata. Z posiadaczami tegoż modemu
i opartej na nim telefonii internetowej mogłam bezpłatnie przegadywać nawet dnie i noce.
A należała do nich moja krakowska rodzinka i to było dla nas bardzo ważne, choć przecież tylko ja mam masę czasu i ochoty na telefoniczne pogaduszki, zaś moje krakowiaki raczej
niewiele.
Jedynie 10 zł ( brutto ) do miesięcznego rachunku za wypożyczanie modemu ( albo bramki , inaczej ) od tepsy, a zawsze też można zrezygnować i oddać bez ceregieli.
Livebox ma jeszcze inne zastosowania przy komputerach, ale mnie chodziło o telefon internetowy typu VOIP, w czym stosuje się normalny aparat analogowy, inaczej niż np.
w systemie SKIPE ( mikrofon, słuchawki ). Zresztą od systemu skipe zawieszał się mój kiepski
komputer z odzysku.
Gwoli dalej idącej ideii oszczędzania wystąpiłam do tepsy o zawieszenie czasowe abonamentu , bo linię telefoniczną musowo utrzymywać dla potrzeb Neostrady ( 21 zł, zamiast abonamentu za 50 zł ).W razie awarii telefonii internetowej czy braku prądu mam przecież jeszcze komórkę
i to Orange, a tylko z nich można się dodzwonić do voipa neostrady – z innych, niestety, nie.
Gdy się jest klientem tepsy, naprawdę warto mieć umowę z Orange, boć to rodzina.
Koszty faktycznie zmalały, a kiedy ostatnio bardzo zmniejszyły się moje potrzeby dzwonienia do znajomych ( latem łatwiej o kontakt bezpośredni ), miesięczny rachunek o niewiele przekraczał stówkę zł.
Pięknie było, ale się skończyło około połowy września, gdy mój telefon zaczął fiksować aż zamilkł zupełnie. Na skutek mej interwencji pojawili się w mych progach dwaj technicy z tepsy,
sprawdzili wszelkie podłączenia, stan aparatu, zewnętrzne łącze i podejrzenie padło na livebox.
W związku z tym doniesiono mi pudełko z nowym modemem wraz z oporządzeniem, a zabrano
poprzedni, sprządziwszy stosowne protokoły.Przy pomocy mądrzejszych ode mnie w technice
komputerowej nowe urządzenie zostało zainstalowane i skonfigurowane z systemem.
Konkretnie w tej roli wystąpili Nielot i Gawron, a ponieważ były kłopoty, wspomagani przez
obsługę techniczną tepsy na infolinii – 0 800 102 102 ( na moje szczęście bezpłatnej również dla komórek Orange).Udało się połączenie nowego liveboxa z internetem, ale nadal bez telefonu…
a przecież o to właśnie chodziło !! Wymieniony numer infolinii towarzyszył memu życiu przez okrągły tydzień i być może poznałam ” na ucho”większość tzw. doradców na skutek codziennych kontaktów z nimi. W każdej rozmowie na komendę wykonywałam kolejne czynności : odłączenie modemu od prądu, ponowne włączenie do prądu, restartowanie przy pomocy pstryczka pod spodem, obserwacja zapalania się diod i ponownego rejestrowania się do Neostrady przez wpisywanie swych tajnych danych – użytkownik i hasło ( wiadomo – 7 dużych i małych literek i cyferek, które już teraz znam na pamięć ). A te szyfry nie zawsze były przyjmowane, choć wpisane idealnie i tu moje nerwy puszczały, i wyrywały mi się brzydkie wyrazy, ale to już drobiazg, bo telefon nadal się nam nie konfigurował. Każdy kontakt kończył się obietnicą doradcy, że to nastąpi po kolejnych, powiedzmy 24 godzinach i dioda telefoniczna na pewno się zapali, a telefon przestanie być głuchy i niemy.I tak się cierpliwie bujałam prawie przez tydzień , już sama, bo Nielot odleciał na grecką wyspę, a Gawron wreszcie przystąpił do upragnionej pracy.
Ponieważ nerwy naprawdę mi puściły, naurągałam w końcu na indolencję i „zasrany” SYSTEM
ostatniemu doradcy z owej infolinii, co zaowocowało wnioskiem na kolejną wymianę ustrojstwa, czyli liveboxa, bo to może jakiś trefny egzemplarz….?? !
Tym razem sama mam spakować owego i odnieść do miejscowego biura obsługi klienta TP
w celu pozyskania następnego egzemplarza, powołując się na numer sprawy z infolinii.
No, cóż – mogę jeszcze raz spróbować, podjąć ryzyko, bo żadnej pewności i gwarancji na pozytywny efekt NIKT nie ma….
Mogę też się wypiąć na tę usługę i po prostu oddać, a nie wymieniać, ale jednak mi szkoda, bo przecież miałam z tego korzyść przez 2 lata. Decyzja należy do mnie oraz także do mego syna.
Z zamiejscowym synem porozumiewamy się teraz tylko przez komórki i to głównie on dzwoni, ponosząc większe koszty, więc radzi, aby jeszcze zaryzykować tę wymianę.
W całej tej denerwującej historii pojawił się jeden optymistyczny akcent – obietnica prezentu
w postaci LAPTOPA od mych krakowiaków przy okazji mej poważnej rocznicy narodzin.
Syn bowiem skłonny jest podejrzewać o złą wolę , czyli o niekompatybilność, mój kiepski komputer i jego starodawny system Windows 98 i że to może być przyczyna ostatniego utrapienia, które tu tak szczegółowo opisałam.
Musiałam tak szczegółowo, aby w pełni uzasadnić swoje zapowiedziane zdenerwowanie, które narastało do potęgi przez ten tydzień.
Wymiany jeszcze nie dokonałam, bo przynajmniej mam chociaż dostęp do internetu, a także odwiesiłam linię abonencką i od 1.X wraca mój zwykły telefon stacjonarny.
A co dalej … pożyjemy, zobaczymy?
Na razie wracam do równowagi i zwlekam z pakowaniem liveboxa do pudełka…

Strapienia internautki

  • Napisane 22 września 2009 o 15:16

Krótko się tylko zwierzę, że od kilku dni borykam się z trudnościami w dostępie do Netu.
Wczoraj już było jakby w porządku, a dziś znów przeprawa z doradcami Błękitnej Linii TP
oraz z infolinią obsługi technicznej. Zobaczymy, czy mi się uda napisać i zamieścić tę krótką
notkę, w której informuję znajomych blogowych, dlaczego mnie nie było?  Może to już koniec
mych kłopotów? Zobaczymy….i proszę czekać na mój powrót….

Znad kartek kalendarza cz.2

  • Napisane 13 września 2009 o 19:49

Jak wspomniałam w poprzedniej notce, zamierzałam zająć się analizą kalendarza na drugie półrocze i właśnie napotoczył się ten dzień 1.września z całą tą tegoroczną pompą i paradą, w którą dałam się wciągnąć przez ten szum medialny.
W związku z tym napisałam zupełnie niezamierzone wypracowanie w rodzaju „akademii ku czci”, zapewne w dużej mierze pod wpływem telewizyjnej transmisji z gali na Westerplatte.
W końcu rok rocznie mam tyle samo lat co II wojna i na ogół się z tym nie obnoszę, a nawet, od jakiegoś czasu, wprost przeciwnie.
Ale tym razem jakoś powaga tej 70.rocznicy skłoniła mnie do przyznania się do swojego wieku przy tej okazji.
I skoro już doszło do objawienia tej okrutnej prawdy, nie będę musiała lawirować przy wymienianiu dnia mych urodzin, pisząc o II połowie roku.
To tyle na wstępie i wracam do przeglądania kalendarza oraz do właściwej notki na ten temat, który zakończyłam na lipcu i pochopnie zapowiedziałam brak szczególnych okoliczności na sierpień i wrzesień.
A przecież w dniu 20. sierpnia przypada rocznica ślubu mojego syna i w tym roku mija już 15 lat od tamtego wydarzenia.
Wiele się wydarzyło i zmieniło w życiu naszej rodziny przez ten czas, ale związek małżeński syna szczęśliwie trwa do tej pory i jest dla mnie powodem do radości.
Czasami boję się za bardzo wyrażać tę radość, aby nie zapeszyć…
Tegoroczną rocznicę świętowali syn z synową, jak zazwyczaj zresztą, na rodzinnych wywczasach nad Bałtykiem, skąd prawie codziennie składali mi telefoniczne relacje.
W drodze powrotnej zboczyli nieco z trasy samochodowej i zrobili mi niespodziankę swoją wizytą.
Tak więc mogłam zobaczyć całą czwórkę moich ” krakowiaków ” – ładnie opalonych, wypoczętych i zadowolonych z wakacji, które faktycznie miały się ku końcowi, bo to była już ostatnia sobota sierpnia.
A we wrześniu, poza jego pierwszym historycznym dniem, są przecież urodziny jednej z najmłodszych osób w rodzinnym kręgu, co jeszcze niezbyt mocno zakodowało się w mej pamięci.
W dniu 7. września urodziła się wnuczka mego brata, córeczka mej starszej bratanicy i wydaje mi się, że to dopiero co, a tu już minęły 4 lata i Martynka ma już dziewczyńskie warkoczyki.
I tak się składa, że w październiku bieżącego roku mama Martynki, czyli moja starsza bratanica – chrześnica skończy już… 40 lat, co jest dla mnie wprost trudne do przyjęcia, prawie jak mój własny wiek.
Znam ją przecież od urodzenia, gdy pojawiła się na świecie jeszcze przed moimi dziećmi i przez wiele lat bywała częstą towarzyszką wspólnych zabaw z nimi.
Trzeba przyznać, że moja bratanica nie wygląda na te swoje lata – taki dar natury plus sposób ubierania się, co cechuje wiele współczesnych kobiet w tzw. średnim wieku ( niestety, tak się zwykło określać ).
Ale cóż, czas płynie i 25.października pójdę jej składać urodzinowe życzenia łącznie z, zaległymi od maja, imieninowymi ( Magdaleny ), bo wtedy w spotkaniu przeszkodziły choroby.
W pierwszej jeszcze części tego miesiąca powinnam, choćby telefonicznie, pozdrowić solenizantki o imionach kiedyś bardzo, a dziś mało popularnych – Teresa i Jadwiga.
Dotąd mam dwie znajome o tych imionach, ale od dzieciństwa spotykałam naprawdę wiele Teresek i niejedną Jadzię, które często też nazywane były Dziunia lub Jagoda.
Począwszy od urodzin bratanicy Magdy, rozpocznie się dla mnie najbardziej obfity okres urodzin wszystkich bliskich i znajomych spod Skorpiona, a jest ich sporo – łącznie ze mną.
Kiedyś napisałam całą notkę na ten temat i może będę tu coś powtarzać, ale w tym właśnie obecnym roku te osoby spod Skorpiona to prawie wszyscy szanowni Jubilaci, bo stuknie nam to straszne 70 lat ( poza tą listą – mój brat Karol z 4.11.1946 i koleżanka z miejsca pracy, Elżbieta – ur. 5.11.1955 )
Solenizantka i jubilatka w jednym to inna Elżbieta z dn. 5.11 – przyjaciółka od liceum, kiedyś „najpiękniejsza w klasie, bez dwóch zdań” – otwiera ten poczet czcigodnych jubilatów jesiennych, a w nim kolejno: Krystyna, Maria – czyli ja oraz Barbara.
I tak wygląda kalendarz na listopad ze Skorpionem, ale i z grudniowego Strzelca i Koziorożca też się znajdą rówieśnice, a mianowicie – druga Basia ur. 15.12 oraz Janka – ur.31.12.1939 !!
Postawiłam wykrzykniki przy dacie jej urodzin, bo jest, można przyznać, dość niezwykła – chociaż każdego dnia ktoś się rodzi, ale … żeby akurat na koniec roku!
Gdyby o dzień później, koleżanka Janeczka byłaby o rok od nas młodsza…( ? )
Dziesięć lat temu, ze wspomnianymi powyżej moimi rówieśnicami ( prawie wszystkimi ) wpadłyśmy na pomysł, aby w Sylwestra tamtego roku urządzić u jednej z nas wspólne obchody naszych urodzin, czyli wtedy – 60 lat.
W pełni babska impreza odbyła się w moim mieszkaniu, bo byłam już wtedy sama i niedługo miałam się stamtąd wyprowadzić.
Miałyśmy trochę obaw przed umiejętnym otwarciem szampana, aby zawartość butelki nie znalazła się na suficie przedpokoju, bo tam była otwierana – dla bezpieczeństwa.
Do dziś się z tego śmiejemy i miło wspominamy nasz bal sylwestrowy, ale czy powtórzymy to w bieżącym roku?
Na razie nie zapadła jeszcze pewna decyzja, ale sugestie są, więc może?
No i jakoś uporałam się z tym niełatwym dla mnie tematem mej tegorocznej rocznicy urodzin, bo ta liczba naprawdę wyjątkowo mi się nie podoba i mam obawy, że może zdeprymować niektórych czytelników mego bloga.
Ale to już trudno, bo kiedyś ten mój wiek i tak jakoś by się wyłonił, więc nie ma co dłużej owijać w bawełnę.
W realu, co prawda, maskuję się, na ile mogę, bo aż tak poważnie i czcigodnie nie wyglądam – według mnie i mojego lustra, szczególnie.
A w swym wnętrzu nadal nie czuję tego brzemienia lat, jak na pewno wielu ludzi, którzy chętnie obcują z młodszymi pokoleniami i są otwarci na współczesność.
Tak kończę wreszcie swe rozważania nad tegorocznym kalendarzem i życzę sobie przeglądania jeszcze wielu kolejnych kalendarzy, pełnych solenizantów i jubilatów.

” A lato było piękne tego roku …”

  • Napisane 4 września 2009 o 23:55

” Kiedy się wypełniły dni i przyszło zginąć latem

prosto do nieba czwórkami szli żołnierze z Westerplatte.

A lato było piękne tego roku…. ”

Ten cytat od lat przychodzi mi na myśl około 1 września, a szczególnie wtedy,

gdy na styku sierpnia i września trwa jeszcze ciepła słoneczna pogoda. Często zastanawiam się także, co mogła przeżywać moja Matka, wtedy 29 – letnia, która

była w 7. miesiącu ciąży, gdy z błękitnego nieba spadły bomby na jej miasto…?

Na moje szczęście, poniekąd, była na tyle zdrową i silną kobietą, że nie urodziłam

się jako wcześniak, ale w właściwym terminie, dopiero około połowy listopada.

Wiem także, że nie zabrakło jej ze zgryzoty, mleka do wykarmienia swego dziecka w tych ,

niewątpliwie, ciężkich czasach. Ale jest bardzo prawdopodobne, że do mojej psychiki

przedostało się sporo jej lęków i atmosfery zagrożenia, choć, najogólniej, moja najbliższa

rodzina wyszła cała z tej wieloletniej tragicznej sytuacji dziejowej.

I tak to przypadła mi w udziale przynależność do pokolenia rówieśników II wojny, którego

własne urodziny zawsze jakoś, chciał, czy nie chciał, kojarzą się z tym wydarzeniem i jego kolejnymi rocznicami. I te rocznice mają dla nas na pewno bardziej subiektywny wydźwięk, niż dla innych. Ale tak na prawdę o początku wojny, o roku 1939, a i o latach 40 – tych nie wiem nic lub bardzo niewiele na podstawie autopsji, bo to przecież wczesne

dzieciństwo, spędzone zresztą w miejscu dość zacisznym i w miarę bezpiecznym. I całą wiedzę o tamtych latach mogłam poznać dopiero później z relacji starszych oraz z literatury i filmów. W mojej własnej pamięci pozostały jednak na zawsze moje doznania

i przeżycia wewnętrzne ze stycznia 1945 r. związane z działaniami wojennymi przy wyzwalaniu mojego rejonu zamieszkania, które ogromnie wzmacniają całą tą teoretyczną wiedzę o zjawisku wojny, a przynajmniej takiej wojny, jak ta sprzed 70. lat.

Żaden film nie wywołałby chyba takiego wrażenia słuchowego, jak odgłosy nadlatujących ciężkich samolotów, spadających bomb i dziwnie świszczących pocisków armatnich usłyszanych bezpośrednio przez 5 – letnie dziecko. Bo moja osobista wiedza na ten temat

sprowadza się właściwie tylko do tych wrażeń słuchowych i mglistego wspomnienia wielkiego strachu ze świadomości zagrożenia. Z wrażeń wzrokowych został mi też jedynie nieostry obraz całkowicie lub częściowo zniszczonych domów, których w moim mieście

było niewiele.

Miałam napisać kolejną notkę o przeglądaniu kartek kalendarza na drugie półrocze i zatrzymałam się na dłużej nad tą kartką, przy tej dacie, o której tak dużo się mówiło

i pisało w tych dniach, a echa jeszcze nadal pobrzmiewają.

To niech ta notka pozostanie już w tej postaci, jako mój własny udział w tegorocznych obchodach 70.rocznicy, a ciąg dalszy rozważań nad kalendarzem podejmę innym razem.

Nie będę się wdawać w żadne polityczne dywagacje w tej notce, choć przyznam, że w naszym kraju ostatnio coraz trudniej umknąć przed politykowaniem, a także przed uczuciem niesmaku z tej sfery życia.

Powtórzę raczej za poetą : ” a lato było piękne tego roku” , a także – „a na ziemi tego roku było tyle wrzosu na bukiety „.

I niech płoną znicze pamięci na Westerplatte…


  • RSS