Przeglądasz archiwum Sierpień, 2009 .
Wyświetlam 1 - 4 z 4 notek

Tramwaj, czyli dylemat Hamleta

  • Napisane 27 sierpnia 2009 o 12:32

Jakiś czas temu do wiedzy całego kraju dotarła sprawa zagrożenia szpitala w moim mieście, który popadł w wielkie zadłużenie i jego los wciąż nie jest pewny.
A całkiem niedawno do ogólnopolskiej świadomości doszło jeszcze jedno zmartwienie mojego miasta – „być albo nie być” naszej jedynej linii tramwajowej.
Cała Polska miała możność poznać aktualnego prezydenta Pabianic, na którego głowę, oprócz problemów szpitala, zwaliła się jeszcze niełatwa sprawa utrzymania lub nie tramwaju – jako środka komunikacji miejskiej i międzymiastowej.
Wiadomo, że przede wszystkim chodzi o pieniądze i na tym tle istnieją główne nieporozumienia między władzami miejskimi Pabianic i Łodzi oraz sprzeczność interesów.
Podobno do końca września ma zapasć ostateczna decyzja i nasz, wewnętrznie rozdarty, prezydent Dychto wsłuchiwać ma się teraz w opinie mieszkańców miasta na temat istnienia tramwaju.
W związku z powyższym włączyłam się w swoisty plebiscyt, ogłoszony w lokalnej gazecie i w internecie, a polegający na wrzuceniu do skrzynki korespondecji z prezydentem kartki następującej treści : TRAMWAJ – TAK lub, ewentualnie – TRAMWAJ – NIE.
Jako zwolenniczka naszego historycznego, tradycyjnego pojazdu, jakim jest dla mnie tramwaj, niezwłocznie podążyłam pod budynek ratuszowy i do bardzo eleganckiej, srebrzystej skrzynki, zawieszonej na jego ścianie wrzuciłam aż 10 kartek z głosem na – TAK.
Może powinnam była więcej wrzucić tych kartek z poparciem w imieniu wszystkich znajomych też popierających, ale mieszkających dalej od rzeczonej skrzynki?
W większości bowiem słyszę głosy poparcia dla utrzymania tramwaju i takie opinie zamieszczone są także na stronie internetowej lokalnego MZK, w tym głosy rożnych ekspertów, podkreślające choćby ekologiczność tramwaju w porównaniu z autobusami.
To przecież tak oczywisty czynnik, że nie trzeba być aż ekspertem, ale jaka będzie postawa społeczności naszego miasta, czy aktywnie włączy się w ten plebiscyt i czy władza miejska na prawdę rzetelnie i lojalnie wykorzysta społeczne poparcie dla tramwaju ( bo chyba takowe będzie…) ??
Jak na razie wisi nad linią tramwajową i całym miastem, przez którego całą długość ta linia przebiega, iście Hamletowski dylemat – „być albo nie być „…?

Aneks do poprzedniej

  • Napisane 16 sierpnia 2009 o 21:51

Zanim, być może, powstanie druga część notki – „Znad kartek kalendarza” – zamieszczam tylko pewne niezbędne uzupełnienie do niej.
Otóż, pominęłam w niej kilka osób z tego pierwszego półrocza – a to jedną z mych zaledwie dwu sióstr ciotecznych ( urodziny i imieniny w lutym ), a to wieloletnią koleżankę z dawnego miejsca zamieszkania ( urodziny w marcu ).
Z siostrą cioteczną od dawna nie utrzymujemy innych kontaktów poza nielicznymi esemesami czy krótkimi rozmówkami przez komórkę, ale w kalendarzu ma wszakże swoje miejsce.
O wieloletniej koleżance, Ilonie, nie wolno zapominać w dniu 12. marca, bo wiele jej zawdzięczam, a także bywałam kiedyś uczestnikiem jej hucznych urodzinowych imprez.
Jedna z tych nielicznych, uznających tylko Geburstag, ale już bez imprez od kilku lat.
Ilona, kobieta samotna z wyboru, z racji swych niezwykłych zdolności do tzw. męskich robót, majsterkowania, reperowania, remontowania, przysłużyła się wielu swym koleżankom w trudnych sytuacjach życiowych, szczególnie przy braku męskiej ręki.
Dwie przeprowadzki w mym życiu odbyły się przy jej nieocenionej pomocy, a żadna z niej Herod-baba, a nawet niezbyt duża kobieta, aczkolwiek krzepka i silna.
Naprawdę, raczej niezwykła osoba, nie znam takiej drugiej i nie tylko ja tak sądzę.
Więc, tym bardziej, nie powinno braknąć dla niej miejsca w tym sprawozdaniu z pierwszego półrocza.
Jeszcze jedna pominięta postać to jubilatka z czerwca, a solenizantka z lipca.
O jej lipcowych imieninach faktycznie nie pamiętam, bo poznałam ją przed laty jako Gabrysię i tak ją, wraz z innymi znajomymi, nazywam.
Ale w dokumentach ma na imię Elżbieta i taka jest prawda, więc imienin w dniu Gabrieli, oczywiście, nie obchodzi.
Nigdy tych zobowiązań wobec siebie nie miałyśmy, ale jej data urodzenia na zawsze zapadła w mą pamięć, bo pokrywa się z danymi mojego męża.
Poznałam ją właśnie dzięki niemu jako znajomą z pociągu, z którą odbywali jakiś czas wspólne dojazdy do pracy w sąsiednim mieście.
Zgodność dnia, miesiąca i roku, a nawet podobno godziny narodzin ( oprócz miejsca ), co do której dopatrzyli się w rozmowie, zaowocowała bliższą znajomością naszych rodzin, trwającą do tej pory.
Zresztą, Gabrysia, po jakimś czasie, podjęła pracę w naszym mieście i dzięki temu zyskałam znajomą kosmetyczkę na resztę życia, co miało dla mnie duże znaczenie.
Obecnie mamy z sobą jeszcze jeden wspolny punkt, a mianowicie synów, którzy po studiach osiedli w Krakowie.
W dniu jej urodzin, czyli pamiętnego 16. czerwca, dzwoniłam do niej, tym bardziej, że to w tym roku okrągła rocznica – 70 lat.
Ale odwiedzić nie mogłam z powodu jej pobytu w Krakowie i uczyniłam to kilka dni temu, już po napisaniu notki.
Ciekawostką, będącą plonem tej wizyty, jest pewien dar, który ja otrzymałam i to całkiem bezinteresownie.
A właściwie to nie dla mnie, lecz dla mego Nielota, podarowana została beżowa, włochata małpa dość pokaźnych rozmiarów, bo to chyba jest goryl – jak sądzę?
Małpiszon pochodzi z lumpeksu, skąd Gabrysia naniosła już mnóstwo wypchanych zwierząt do zabawy dla swego ukochanego jamnika Klaudiusza.
Ten jej Klaudek to czystej rasy piękny rudy jamnik, naprawdę, bardzo sympatyczny i grzeczny pies, na punkcie którego jego pani ma niezłego pierdolca ( że się wyrażę! ).
W czasie mojej wizyty Klaudek pieczołowicie obrabiał na dywanie większego od niego – kolorowego słonia, którego przywlókł na wstępie do przedpokoju na moje powitanie.
Włochaty goryl, jako nowy nabytek, siedział na szafie i czekał dopiero w kolejce innych zabawek dla Klaudusza.
Ale już się nią nie stanie, bo na skutek mojego zainteresowania okazanego małpie, w głowie Gabrysi powstał pomysł obdarowania Nielota z powodu podobnego ” pierdolca ” oraz niedawnych imienin.
Nie miałam tu nic do powiedzenia, małpa zapakowana do dużej reklamówki i poniesiona na połowę drogi do mego domu przez Gabrysię, odprowadzającą mnie w towarzystwie Klaudka na długiej smyczy.
Gorilla, posadzona na fotelu, szaleńczo przypadła do gustu niejakiemu Gawronowi, który w tych dniach przewinął się przez dom Nielota oraz i mój.
Gawron nazwał gorylka imieniem Stefan ( nie wiem dlaczego? ) i zarzuciwszy go plecy, chciał odtransportować do Nielota, który jednak, no, niestety, nie wyraził zgody…
Stefan zbyt włochaty – za małe mieszkanie – nie przypadł do gustu Nielotowi ??
I tak to mam u siebie niespodzianego rezydenta – gorylka Stefana, który kolorystycznie nawet pasuje do fotela, ale dopóki sama nie będę chciała na nim zasiąść.
To tyle w niniejszym aneksie, ale temat jeszcze niewyczerpany…

Znad kartek kalendarza

  • Napisane 10 sierpnia 2009 o 14:40

Rok już przekroczył swój półmetek, a ja sobie właśnie robię bilans tegorocznych rocznic, urodzin, imienin z kręgu rodzinno – towarzyskiego, a mianowicie, co już za mną, a co jeszcze przede mną.
Ciąg urodzinowy otworzyły, jak zwykle, moje dzieci, bo w styczniu urodzone i coraz starsze, niestety ( 36 i 37 lat ).
W lutym urodziny bratanka – najmłodsza latorośl mego brata, a obecnie wielkie chłopisko ( najwyższy w rodzinie ) i 27 lat na stanie.
14-tego lutego należy pamiętać i słać życzenia synowej, która obchodzi imieniny wraz z Walentym, więc trudno byłoby przeoczyć.
Tak się złożyło, że i synowa, i zięć to marcowe dzieci spod znaku Ryb, ale jedno z Małopolski, a drugie z Wielkopolski ( już 38 i 39 lat, ale jeszcze przed 40 – stką ).
Od marca rozpoczął się także ciąg imieninowy, a otwiera go Krystyna, w tym wypadku bliska koleżanka, u której bywam z tej okazji od wielu lat.
Urodziny ma w innym terminie i nie trzeba pamiętać, a nawet przeciwnie, bo sama woli nie pamiętać ( niektórzy tak mają ).
Dzięki gościnności Krystyny mamy możliwość spotkania się na pewno przynajmniej raz do roku w gronie koleżeńskim, istniejącym od szkoły średniej.
Tak więc imieniny u Krysi to już tradycja, choć w składzie uczestników nastąpiły pewne zmiany na przestrzeni lat, ale… „jeszcze w zielone gramy”.
W tym roku imprezka imieninowa odbyła się po raz pierwszy w nowym miejscu zamieszkania, akurat w rok po przeprowadzce Krysi i Bogdana.
I właśnie w minionym roku przyjęcie imieninowe nie mogło się odbyć w marcowym terminie, a przeniesione zostało na lipiec do domu na wsi i połączone z imieninami jej małżonka Bogdana ( 17 lipca ).
Tradycyjnie przyjęcie z okazji jego imienin odbywa się od lat w ich wiejskim domku, który kiedyś okazyjnie nabyli wraz z całym obejściem i stworzyli tam wręcz rajski zakątek – bez przesady z mej strony, naprawdę.
Tegoroczny, niedawny lipiec ze swą dynamiczną i kapryśną pogodą przeszkodził solenizantowi w urządzeniu spodziewanego garden-party, bo to była wyjątkowo deszczowa i burzowa niedziela.
Ale między jednym a drugim opadem deszczu udawało się nam zaczerpnąć haust świeżego powietrza, a burze miały dość łagodny przebieg.
Muszę się tu cofnąć, bo niespodzianie znalazłam już w lipcu, a po 13. marca nie powinnam zapomnieć, że pod koniec tego miesiąca wypada złożyć życzenia Zbyszkowi – mężowi przyjaciółki, ale za to w kwietniu nie mam żadnych bliskich solenizantów ani jubilatów.
Natomiast od maja po lipiec często trzeba zaglądać do kalendarza, bo 15.maja odwiedzam zaprzyjaźnioną sąsiadkę Zosię, mieszkającą o piętro niżej, a 16.telefonuję do syna – Andrzeja, bo dla mnie w tym dniu ma imieniny, choć dla dalszych aktualnych znajomych zgodził się na świętowanie w popularne Andrzejki.
W dniu 23.maja urodziła się moja wnuczka Olga i tego roku mogłam bezpośrednio pogratulować jej przeżytych 14 lat, ponieważ akurat przez tydzień przebywałam w Krakowie, pełniąc obowiązki babci ( patrz: notka z maja ), głównie wobec 5 – letniego Kuby.
Olga też nieźle sobie radzi z opieką nad młodszym bratem, ale w tym roku wypadła jej nauka szkolna w godzinach popołudniowych, więc wykluczało to jej możliwości w tej dziedzinie.
Pod koniec maja przypadają imieniny mej starszej bratanicy Magdaleny ( 29 maja ), która jednakże w tym roku postanowiła przenieść świętowanie imienia na dzień urodzin z racji okrągłej rocznicy – 40 lat ( !! ), ale i z powodu choroby w rodzinie.
Mnie też bardzo odpowiadała ta decyzja, bo jedynie mogłam ją telefonicznie pozdrowić z powodu własnej niedyspozycji zdrowotnej.
Przeżywaliśmy wtedy jakieś załamanie pogody i dokuczliwe ochłodzenie, o ile dobrze pamiętam?
A w czerwcu już tylko imieniny koleżanki Janeczki, u której spotykamy się w podobnym gronie jak u Krystyny i też od dawnych lat.
Tym razem już w dniu 24. czerwca dopisała pogoda i zdrowie wszystkich uczestników imieninowej imprezy.
Lipiec zaczyna się świętem Haliny, a to imię nosi moja aktualna bratowa oraz dość bliska koleżanka z mego pierwszego miejsca pracy, czyli nauczycielka – emerytka, z którą w ostatnich latach często przebywam, bo teraz niedaleko mieszkamy.
Bratowa stanowczo za daleko mieszka, więc tylko telefoniczne życzenia, a bezpośrednie przy okazji, natomiast z koleżanką Halinką wypiłyśmy lampkę wina za jej zdrowie.
A już za tydzień, bo 8.lipca wznosiłam toast za pomyślność przyjaciółki od szczenięcych lat, która tego dnia obchodzi dwa w jednym, czyli urodziny solenizantki Elżbiety, ale w bardzo nielicznym gronie najbliższych.
O deszczowej niedzieli na wsi z okazji solenizanta Bogdana już wyżej wspominałam, a potem jeszcze takie ważne dni, jak: 12.07 – urodziny młodszej bratanicy ( równe 30 lat na koncie ), 24.07 – piąte urodziny mego wnuczka, 25.07 – imieniy zięcia, który je spędzał nad morzem.
Wszystkie okoliczności bez mego uczestnictwa, bo daleko.
I wreszcie… 26. lipca imieniny Anny, czyli mej córki, która nie lubi swego imienia, nie cierpi obchodów ( właściwie wszelkich ) i do tego wie, że zawsze jej dobrze życzę bez specjalnych okazji.
Mimo to kawałek tego dnia spędziłyśmy razem, bo akurat miała wolny od pracy.
Na sierpień i wrzesień kalendarz nie przewiduje żadnej z powyższych okoliczności, ale od października… ciąg dalszy, lecz to już innym razem.
Prawdę mówiąc, nie jestem pewna, czy jeszcze wrócę do tego tematu, bo… KOGO to właściwie może obchodzić??
Oprócz mnie samej, oczywiście, więc może jednak…

W rocznicę godziny W

  • Napisane 2 sierpnia 2009 o 01:25

Dziś naprawdę był piękny, słoneczny, ale jeszcze nie za gorący dzień, nie mniej dla wielu ludzi, szczególnie tych starszych, to jedna z tych dat, które skłaniają do smutnych refleksji lub przynajmniej powinny skłaniać.
W większości miast, choć nie wszędzie, o godz.17 rozległ się ponury jęk syren, gdzieniegdzie także dzwony w kościołach, dla przypomnienia Godziny W.
W moim mieście także, a odgłosy z niedalekiej Łodzi słyszałam w telefonie przyjaciółki, z którą akurat rozmawiałam.
Nie mogłyśmy w tej chwili nie wspomnieć o naszym wspólnym koledze, którego życiorys na pewno zasadniczo zmieniło Powstanie Warszawskie.
Bo kolega jest warszawiakiem z dziada pradziada, ale od tamtych wydarzeń już nie wrócił do miejsca urodzenia, a koleje losu sprawiły, że po wyzwolenu znalazł się w Pabianicach, gdzie mieszka do tej pory.
W sierpniu 1944 r. był 3-letnim dzieckiem, a jego brat zaledwie roczniakiem i jako mieszkańcy Woli wkrótce znaleźli się wraz z b.młodą matką ( ma obecnie 88 lat ) w Pruszkowie, a stamtąd w kilku kolejnych obozach pracy w Niemczech.
Ojciec zaginął zaraz w pierwszych dniach powstania i nigdy nie natrafiono na żaden jego ślad, mimo daleko idących i długich poszukiwań.
Synowie nadal noszą jego nazwisko, choc ich matka wyszła powtórnie za mąż, właśnie za mieszkańca Pabianic, poznanego w niemieckim obozie, który ich do siebie przygarnął i otoczył opieką.
Dom na Woli także legł w gruzach i nie mieli wtedy dokąd wracać, choć matka, podobno długo nie mogła zaakceptować naszego miasta jako miejsca zamieszkania.
Część rodziny ze strony obojga rodziców naszego kolegi powróciła po jakimś czasie do Warszawy i możliwosć bywania u nich stanowiła jakieś pocieszenie.
Na podstawie rozmów z ocalałymi członkami rodziny, z ich wspomnień i nielicznych zachowanych fotografii, udało się koledze zbudować jakąś własną wizję początku swego dzieciństwa i legendę swego ojca.
Właśnie ten legendarny ojciec to bardzo ważny motyw w życiu kolegi, tym bardziej, że niedobrze układały mu się stosunki z ojczymem.
Może dlatego, że jeszcze długo jako chłopak wierzył w odnalezienie ojca, może ma taką wrażliwość, że innego ojca w zamian nie mógł przyjąć?
Wiemy także i rozumiemy, że dla niego ta rocznica, mimu upływu lat, jest znacznie bardziej dotkliwa, niż dla nas, jego przyjaciół z tego miejsca zamieszkania i że w głębi duszy czuje się związany z utraconym miejscem urodzenia i b.krótkiego tam dzieciństwa.

I tak poddałam się nastrojowi tego dnia, w dużej mierze pod wpływem radia, że znów napisałam o kimś, o czyimś życiu zamiast o sobie…


  • RSS