Przeglądasz archiwum Lipiec, 2009 .
Wyświetlam 1 - 3 z 3 notek

Refleksyjnie o letnich burzach

  • Napisane 29 lipca 2009 o 02:50

„Przed burzą bywa chwila cicha i ponura;
Kiedy nad głowy ludzi przleciawszy chmura
Stanie i grożąc twarzą, dech wiatrów zatrzyma,
Milczy, obiega ziemię błyskawic oczyma,
Znacząc te miejsca, gdzie wnet ciśnie grom po gromie” – to tyle z początku księgi VIII eposu Adama Mickiewicza.
Z którego to miejsca ” Pana Tadeusza” przed chwilą sprawdziłam, ale ten fragment trzyma się mocno mej pamięci i tego lata często, bo często, się z niej wychyla.
Muszę przyznać, że na ogół potwierdza się to spostrzeżenie poety o ciszy przed burzą w dosłownym, jak i przenośnym znaczeniu.
Tego lata burz u nas zaiste dostatek i w końcu może do tego dojść, że przestanę się ich tak bać na skutek przyzwyczajenia, oswojenia się z tym zjawiskiem.
Ale jeszcze na razie lęk mnie nie opuszcza.
Tak więc ostatnio prawie co dzień zaczynam pod wieczór oglądać niebo, wypatrując nadchodzącego zachmurzenia.
Na ogół udaje mi się wypatrzeć pierwsze zwiastuny, jeśli nawałnica pojawi się nim zasnę i mogę się odpowiednio przygotować – spuścić roletki, ewentualnie odłączyć od prądu telewizor, komputer, bo już lodówki ani pralki nie wyłączam…, ryzykuję ich bezpieczeństwo.
Podziwiam tych, co sobie oglądają z okna widoki nieba podczas burzy, bo mnie się zdarza nawet siedzieć wtedy w łazience, gdzie na pewno błysk się nie przebije.
W dzieciństwie, pamiętam, wchodziłam pod stół, ku niezadowoleniu Taty, bo łazienki wtedy nie mieliśmy.
Na szczęście w mieszkaniach blokowych, w jakich spędzam swą dorosłość już wieeele lat, czuję się bezpieczniej niż w jakimś małym domku, nie daj bóg na wsi, a bywały też takie sytuacje, np. w niejedne wakacje u teściów.
Przy swych małych dzieciach bardzo się starałam, chyba najbardziej w swym życiu, jakoś ukrywać swój strach i oboje są ludźmi wolnymi od tego nadmiernego lęku, który we mnie siedzi nadal.
Oczywiście, nie lekceważą burzy, jak sądzę, ale nie wyzwala w nich takiej emocji, a może się nie przyznają i nadrabiają minami?
Jak ja bym się czuła w Legnicy kilka dni temu?!!
Widziałam w TV oraz w komputerze te okropne zniszczenia i przewinęła mi jakaś skrótowa informacja o 5- letnim dziecku poszkodowanym, bo porwanym przez podmuch wiatru… zgroza !!!
W moich stronach, przynajmniej w najbliższych okolicach, tegoroczne burze nie były aż tak wielkie i niszczycielskie.
Jak dotychczas, ale lato jeszcze się nie skończyło, więc nie mówię „hop”!!
Dlatego trochę nie pojmuję, jak można patrzeć sobie na burzę jak na fajne widowisko?
Sceneria może i widowiskowa, ale to przecież naprawdę groźne i nieprzewidywalne w skutkach zjawisko przyrody, wobec której jesteśmy małymi pętakami.
Lipiec zbliża się już do końca i może sierpień nie będzie obfitował w tak DYNAMICZNĄ pogodę, bo to określenie bardzo popularne w prognozach, właściwie to już od początku roku je słyszę w radiu i TV.
Moja wnuczka za kilka godzin udaje się na sportowy obóz do Grecji, a tam już podobno pożary od upałów i trudno nie odczuwać niepokoju, ale nie wspomniałam jej o tym uczuciu, aby nie popsuć jej samopoczucia i telefonicznie życzyłam samych miłych wrażeń.
Akurat w jej wieku ( 14 lat ) po raz pierwszy odbyłam samodzielną podróż pociągiem do Gdańska – Wrzeszcza, gdzie rok wcześniej przeniosła się z rodzicami moja przyjaciołka z tej samej ulicy i zostałam do nich zaproszona.
Niezapomniane, niezatarte przez czas przeżycia z tamtego tygodniowego pobytu i samodzielnego zwiedzania Trójmiasta.
Jakaś burza nad morzem też się wtedy trafiła, ale była krótka i niegroźna, jak wiele zwykłych letnich burz, a nie takich jak ostatnie nawałnice.

Niezbyt udany mariaż…i co dalej ?

  • Napisane 24 lipca 2009 o 01:10

Niechęć do stałego związku, a szczególnie formalnego, jakim jest małżeństwo, cechuje zatwardziałych kawalerów nie od dziś i częstym, wypróbowanym sposobem łapania ich w tę niewolę było i jest nadal dziecko „w drodze”.
Nie zawsze wynika to z wyrachowania partnerki, ale i tak bywa, a nawet jeszcze gorzej, gdy wrabia się kawalera w ojcostwo, nie będące jego dziełem.
Częsty to motyw fabularny w literaturze i filmie, a i z życia znamy takie przypadki, gdy znienacka prawda wychodzi na jaw, czasem nawet po wielu latach.
Ostatnio, przez uczone głowy zresztą, poddaje się w wątpliwość monogamiczność człowieka, wyróżniającą go spośród reszty żyjątek tego świata, i to nie tylko człowieka płci brzydkiej, [pięknej też ma to dotyczyć].
To tyle, tytułem wstępu, bo ja nie umiem tak od razu in medias res…
A tak po prostu, to moja sąsiadka – koleżanka opowiedziała mi o przykrych wydarzeniach w życiu rodzinnym pewnej naszej wspólnej koleżanki, matki dorosłego syna.
I właśnie ten syn, ( niegdyś licealny kolega moich dzieci ) kawaler do 37. lat, zmieniający partnerki jak rękawiczki i niefrasobliwy jak motyl ( przyznaję, że sympatyczny i z wdziękiem ), z dużym przyspieszeniem zawarł związek małżeński, a w niedługim czasie został także ojcem.
Ślub w kościele ( początkowe stadium ciąży zresztą ), huczne wesele, wybranka duużo młodsza i wkrótce synek ( podobno wcześniak ? ), czyli jakby samo szczęście, a jednak… niezupełnie chyba, skoro małżonkowie niedługo potem powrócili do swych pierwotnych rodzin i taki jest aktualny stan rzeczy.
Dokładniej, to właściwie młoda żona spakowała i wystawiła manatki swego męża do domu jego siostry w czasie jego nieobecności, a sama schroniła się u swych rodziców.
Jak się okazuje, nie są to jej biologiczni rodzice, gdyż w dzieciństwie została adoptowana.
I to jest bardzo ważny fakt z punktu widzenia naszej koleżanki, czyli teściowej i matki, bardzo ubolewającej nad odrzuceniem jej syna i dociekającej przyczyn.
Otóż z okazji pierwszej rocznicy urodzin swojego wnuczka złożyła kurtuazyjną wizytę, na której stwierdziła ogromne podobieństwo roczniaka do ojca jej synowej, co mogłoby mieć miejsce w przypadku biologicznego dziadka.
Ale wnuczek podobny do przybranego dziadka – jak to możliwe, przez zapatrzenie czy co…?
Zdjęcie wnuczka uzyskane na pamiątkę tudzież dokładne przepytanie syna o okoliczności związane z poczęciem dziecka jako owocu kilkumiesięcznej zaledwie znajomości doprowadziło ją do takiego stopnia podejrzliwości i ogólnej frustracji, że poszła po poradę prawną do adwokatki.
Należy jeszcze nadmienić, że jej syn miał przez cały czas utrudniony dostęp do dziecka i kiedyś usłyszał od niby-żony, że w tym dziecku nie ma ani kropli jego krwi.
W związku z czym przestał łożyć jakiekolwiek kwoty na utrzymanie swej niby-rodziny.
Przytaczam to, czego dowiedziałam się od sąsiadki, nie znając innych szczegółów i mając wiele różnych niejasności i wątpliwości.
Podobno syn naszej znajomej ( pouczonej przez prawniczkę ) doprowadził niedawno do badania DNA na poczet ustalenia ojcostwa, co opłacił z własnej kieszeni i jest na etapie oczekiwania wyników.
Oczywiście, też jestem bardzo ciekawa, jakie będą te wyniki, ale co muszą odczuwać sami zainteresowani i na jakich wynikach tak naprawdę im zależy, jak chcieliby dalej układać swoje życie?
Czy podejrzliwość naszej znajomej kiełkowała w niej od dawna, bo np. nie polubiła synowej i to podobieństwo wnuczka do dziadka dostrzegła na skutek zasugerowania się, czy też nagle stało się tak widoczne, że utwierdziło ją w pewnych domysłach?
Najogólniej jest mi żal tej dawnej znajomej, poznanej w młodości, z ktorą potem spotykałyśmy się przypadkowo jako matki licealistów i wymieniałyśmy uwagi o naszych dzieciach.
Sprawiała wrażenie matki szczególnie zauroczonej swym synem, bo miała także starszą córkę, aktualnie polonistkę w innym liceum i od dawna mężatkę oraz matkę.
Syn po studiach na AWF też próbował być nauczycielem, ale jakoś mu to nie wyszło ( nie będę rozwijać tego wątku ) i oddawał się swej pasji, grze na gitarze w zespole muzycznym, czyniąc z niej również źródło zarobkowania, ponoć z różnym skutkiem.
I, jak wspomniałam na wstępie, przyzwyczajał się do statusu kawalera i luzaka, mieszkając wciąż przy rodzicach, aktualnie z owdowiałą matką.
Może za jakiś czas będę w stanie przedstawić epilog tej sprawy lub jakieś jej uzupełnienie ?

Ps. Wszelkie podobieństwo do znanych Państwu osób należy uznać za przypadkowe…

W kolorze gruszki

  • Napisane 12 lipca 2009 o 16:36

W końcu powinnam już obwieścić miastu i światu, że mam elegancko odświeżone mieszkanko, czyli moja dziuplę na 35 m. kw.i nie mogę wyjść z podziwu nad bezbolesnym przeżyciem trudów temu towarzyszących.
Bo nawet najmniejsze mieszkanie tyle mieści sprzętów, przedmiotów i różnych durnostojek nagromadzonych w ciągu żywota mieszkańców, a wszystko to trzeba jakoś ruszyć w tę i z powrotem, odkurzyć, przeczyścić, zabezpieczyć przed popryskaniem farbami… i to mnie zawsze przeraża najbardziej.
Najpierw trzeba stworzyć wokół siebie totalny bałagan i chaos, a tego nie cierpię, aby potem budować nowy ład i to już lepsze, ale wymaga trochę czasu i zabiegów.
A chyba najbardziej nie znoszę obecności w domu koniecznych wykonawców w osobach nieznajomych mi tzw.fachowców i najchętniej pewnie robiłabym remoncik sama, co jednak przekracza absolutnie moje umiejętnosci i siły, więc jestem zdana na pomoc innych ludzi.
Owszem, znam pewnego dobrego wykonawcę, bo to on wyszykował moją dziuplę na istne cacko i to od A do Z, a od tamtego momentu mija właśnie aż 9 lat.
Był to naprawdę wielki remont związany z moim wprowadzaniem się do nowej siedziby i wykonawca spisał się znakomicie, że nie wspomnę o dużej kasie, bo na nią zasłużył.
Nota bene, był to zięć jednej koleżanki, który przez te lata stał się tak wziętym fachowcem, że obecnie z trudem można się doprosić o termin na jego usługi, nie mówiąc już o cenniku na nie.
I tak wszystkie powody zusammen do kupy z roku na rok wstrzymywały mnie od decyzji renowacji dziupli, ale 9 lat to chyba już najwyższy czas…?
Dzięki pomysłowi mej Córki znalazło się znienacka rozwiązanie nabrzmiałego problemu, które niniejszym przedstawiam.
W zasadzie to od dawna moja Córka skutecznie utrwalała moją niechęć do najętego fachowca, czyniąc nadzieje na jej własne wykonawstwo, co nie byłoby przecież nierealne, bo jako „kobieta pracująca, żadnej pracy się nie boi”.
Ale może niezbyt mocno ja wyrażałam swe poparcie dla tego projektu, a może sama nie była aż taka pewna?
Dość, że jakoś nam się ten projekt nie wcielał w czyny, a ściany mej dziupli coraz brudniejsze przy bardziej wnikliwym oglądzie, bo , tak z grubsza, niby do przyjmowania gości bez straszliwego obciachu.
I tak się złożyło, że zbiegły się z sobą moje potrzeby remontowe z życiową sytuacją niejakiego Gawrona, przyjaciela Córki, poznanego przeze mnie osobiście jakiś czas temu i nawet polubionego.
Tym razem zgrały się wszelkie czynniki, jak np. pasujący wszystkim termin i inne sprawy.
Nielot z Gawronem stworzyli świetny tandem złotych rączek, bo moja Córka ( czyli Nielot ) bardzo dzielnie spisywała się w roli podwykonawcy czy też pomocnika majstra, bardzo dbając też o to, aby żadna kapka farby nie znalazła się poza właściwym miejscem.
A propos farby, narzędzi i procesu malowania uzyskałyśmy mnóstwo wskazówek, a także niektórych utensyliów od mego znakomitego kolegi, scenografa po ASP, który bardzo był przejęty naszym samodzielnym przedsięwzięciem i chwała mu za to.
Moja rola w tym zakresie sprowadzała się głównie do wyboru kolorów farby na ściany pomieszczeń, bo sufity z reguły białe, choć nie ma obowiązku i z tego skorzystaliśmy w aneksie kuchennym i przedpokoju, aby było łatwiej malarzowi.
Z tym wyborem farby nie było mi łatwo, choć ogólnie miałam koncepcję kolorytu mej dziupli; ale gdy stanęłyśmy z Nielotem w sklepie Nomi przed konkurującymi z sobą produktami różnych firm, dostałam oczopląsu, oglądając próbki barw na planszach i czytając iście poetyckie nazwy nadawane kolorom.
Nawet nie sądziłam, że jest tak szeroka oferta , bo przy poprzednim malowaniu szybko przystałam na biel i delikatny ciepły beż, zaproponowane przez wykonawcę, ufając jego doświadczeniu i gustowi.
W czasie owej przeprowadzki trafiło mi się zapalenie płuc i nie miałam siły, aby osobiście zajmować się – oglądaniem i kupowaniem farb.
Chętnie zatem skorzystałam z propozycji fachowca, ale już wtedy zwróciłam uwagę, że ów ciepły beż na ściany dziupli nosił nazwę – „piasek pustyni”.
Ten kolor farby nadal istnieje w ofercie, ale chciało mi się jednak pewnej odmiany, choć nadal w ogólnie jasnym i ciepłym kolorycie.
Dobrze, że Córka dbała przy tym oglądaniu o tak istotne realia, jak rodzaj farby – (np.dobrze kryjącej, zmywalnej), wielkość opakowania, cena ( też ważna ) i w końcu pomogła mi wyjść z owego oczopląsu oraz dokonać ostatecznego wyboru farby pod tytułem – „gruszkowa jesień „…
Taak, spodobał się nam obu zarówno odcień, jak i jego miła nazwa, a także rodzaj farby, cena itp.
Główny wykonawca, czyli Gawron, w końcu szczęśliwie i w terminie przybył na miejsce akcji, mimo przygód na trasie Suwałki – Pabianice ( bo pech to jego specjalność ).
Samo mycie i malowanie całego mieszkania zajęło mej 2 – osobowej ekipie pełne dwa dzionki z niezbędnymi przerwami na posiłki na miejscu oraz chwile wytchnienia na papierosa dla palącego Gawrona.
Już po pierwszych zręcznych i śmiałych ruchach Gawrona w posługiwaniu się malarskimi narzędziami pozbyłam się niepewności i niepokoju o losy mojej dziupli oddanej jego rękom.
Żaden z niego renomowany malarz, ale też sporo powierzchni ściennej w życiu pomalował i widać ma też niezłe rozeznanie i tzw. dryg do tej roboty.
Ponadto bardzo też mu zależało, aby dobrze się wywiązać z podjętego zadania, więc pracował starannie i do tego ostrożnie i z rozwagą.
Co wcale nie znaczy, że był spięty z tego przejęcia i najeżony, a przeciwnie – swobodny i rozluźniony.
Niewątpliwie przyczyniała się do tego obecność i postawa opiekuńczego Nielota w roli zaangażowanego i zdolnego pomocnika, ale i sobie też nie mam nic do zarzucenia w utrzymywaniu ciepłej i pogodnej atmosfery.
Nie dość, że pozbyłam się szybko stresującego niepokoju, to spędziłam te dwa niełatwe dni niespodziewanie spokojnie, a nawet wesoło, bo prześcigaliśmy się w cytowaniu, często starych i zapomnianych, dowcipów oraz różnych zabawnych anegdot.
Gdy drugiego dnia przed północą rozstawałam się ze swą ekipą remontową, mogłam szczerze wyrazić swe wielkie zadowolenie z dobrze wykonanej roboty, urody odświeżonego mieszkanka i wszystkich gratów ustawionych na właściwych miejscach.
Dodatkowo cieszyło mnie zadowolenie Gawrona z uczciwie i solidnie zapracowanych pieniędzy ( jak sam to określił ), czego od dawna nie dane mu było doświadczyć, niestety – taki los…
Tymczasem już ponad tydzień mija od malowania, a ja powolutko porządkuję każdy centymetr mej dziupli, bo, jak się powie A , to wiadomo , cały alfabet się kłania…
Z nieustannym zadowoleniem patrzę na gruszkowy kolor, który przeważa w ubarwieniu ścian, bo – zapomniałam nadmienić, że towarzyszy mu jeszcze jeden odcień, a to bardzo istotna sprawa.
Otóż, wymyśliłam sobie, aby wprowadzić drugi, ciemniejszy kolor w najbardziej narażonych na zabrudzenie punktach mieszkania , jak np. okolice okien i maciupki przedpokój.
I ten pomysł udało się zrealizować dzięki wymieszaniu „gruszkowej jesieni” z kilkoma różnymi pigmentami, które w małych buteleczkach otrzymałam od wspomnianego kolegi – plastyka.
Uzyskanie świetnie harmonizującego z gruszką koloru to już niewątpliwie zasługa mej Córki i jej talentu do mieszania.
Według niej powstał kolor „gruszki – ulęgałki” i niech tak już pozostanie, skoro sama go stworzyła, a mnie ta barwa odpowiada i mam dziuplę w dwu odcieniach dojrzałej gruszki.


  • RSS