Przeglądasz archiwum Maj, 2009 .
Wyświetlam 1 - 3 z 3 notek

W roli Babci…

  • Napisane 16 maja 2009 o 18:05

Dziś mam nieco nerwowy nastrój, bo jestem w przededniu podróży na „gościnne występy” w Krakowie.
Tak nazywam moje pobyty w domu Syna, związane z pełnioną tam rolą babci w sytuacjach, gdy głównie w tym charakterze bywam tam potrzebna.
Nie tak dawno byłam w Krakowie z własnej potrzeby i to nie z potrzeby serca, ale z innych przyczyn zdrowotnych, mianowicie konsultacji z tamtejszym ortopedą, znanym w kraju ze stosowania pewnej metody korekcji stóp.
Oczywiście, przy okazji pobyłam kilka dni na łonie rodziny jako gość, choć nie powiem, odruchowo włączając się w domowe codzienne czynności i poświecając uwagę wnuczkom.
Natomiast obecny tygodniowy pobyt wynika z pilnego zapotrzebowania na mnie jako babcię wnuczka – przedszkolaka, nad którym przypadnie mi po kilka godzin opieki dziennie, a może i więcej, jeśli zdrowie nie pozwoli mu być w przedszkolu.
W tymże tygodniu nastąpi niefortunne spiętrzenie w podziale obowiązków domowych i służbowych Syna oraz Synowej, a dorywcza opiekunka też zawiodła, więc może jednak matka pomoże?
Prawdę mówiąc, przez ostatnich kilka lat mało miewałam tych „występów gościnnych”, które częściej zdarzały mi się dawniej, od momentu, gdy 14 lat temu przyszła na świat moja wnuczka, urodzona krakowianka, a jej młodzi rodzice, oddaleni od swych rodzin, wzywali nas czasami do pomocy.
Głównie mnie, gdyż najwcześniej przestałam pracować z powodu przejścia na rentę.
I to moja dowcipna Córka nazwała tak te wyjazdy, ponieważ jechałam „grać Babcię” i zawsze miałam spory stres z tej przyczyny, co także ma związek ze złym znoszeniem samotnych podróży.
Ale trudno, póki jeszcze jestem, kolokwialnie – na chodzie, odmówić nie wypada ( czego się nie robi dla dzieci! ), tak więc jutro po południu wsiądę na dworcu Łódź Kaliska do pociągu nach Krakau.
Pocieszające jest, że za tydzień bedę stamtąd wracać w synowskim samochodzie, a więc szybciej i w miłym towarzystwie.
Niestety, jutro byłoby to niemożliwe, ponieważ Syn aktualnie na wyjeździe służbowym w Sudetach; i tak to bywa, że nie zawsze może matkę przewozić tam i z powrotem.
Zresztą to wożenie stało się możliwe od kilku lat, gdy moi krakowiacy zdobyli się na samochód, a ile się przedtem najeździłam pociągami, a wreszcie autobusem linii Polski Express, co mi bardziej odpowiadało, pomijając chorobę lokomocyjną ( właśnie zawieszono kursy, niestety ).
Może nie wypada się przyznawać, ale nie przepadam za odgrywaniem Babci, choć przecież lubię swoje wnuki i miło mi je zobaczyć, ale prawdopodobnie męczy mnie uczucie odpowiedzialności związane z opieką nad, jednak nie własnymi, dziećmi.
Nie należę także do kobiet rozpływających się w zachwytach nad dziećmi w ogólności; w zasadzie – im starsze, tym lepiej, łatwiej się porozumieć.
No, nie – małe dzieci są urocze, czasem jak obrazek, ale właśnie do pooglądania, chwilowej zabawy, rozczulające, ale… jakie nieprzewidywalne.
Mój wnuczek dobiega już do piątego roku życia, więc nie jest już zachwycającym, ale niełatwym bobaskiem, za to bardzo rezolutnym, mądrym chłopczykiem, ale chyba nieco rozpuszczonym i wymagającym uwagi…
Oj, oj – chyba jakoś to będzie przez ten tydzień ?!!
Rola babci przede mną… i do dzieła!

Memento mori…, a może – non omnis moriar…?

  • Napisane 7 maja 2009 o 19:43

Przed kilkoma dniami wyciągnęłam Córkę na nasz miejscowy cmentarz, co wynikało z mojego poczucia zaniedbania obowiązków wobec grobów naszych bliskich.
A to nie jest powód, dla którego lubię bywać na cmentarzu i często muszę powoływać dodatkowe motywacje, aby się tam wybrać.
Często takim bodźcem bywa piękna słoneczna pogoda, która pozwala traktować to miejsce jako park do spaceru, bo nasz cmentarz ma właśnie takie walory z powodu bogatego drzewostanu, chyba górującego nad lokalnymi parkami.
Można tam spotkać najróżniejsze drzewa liściaste, niektóre o imponujących rozmiarach, jak np. obecnie przedwcześnie kwitnące kasztanowce.
Walorem jest także cisza, typowa przecież, ale obficie urozmaicona głosami licznych tu ptaków, które też pojawiają się w polu widzenia tu i ówdzie – a to na niskich gałęziach, a to pieszo przemykające po ścieżkach ( najczęściej kosy spacerują ).
Do częstych małych piechurów należą tu także liczne i niepłochliwe wiewiórki – wiadomo, urocze zwierzątka, niekoniecznie kojarzące się z miejscami wiecznego spoczynku, więc wnoszące jakiś sympatyczny znak życia.
Żywa przyroda w miejscu, gdzie co krok ostrzega nas napis: memento mori, a więc czujemy się przez to jakoś raźniej…
Czasem tę moją motywację stwarza jakaś rocznica lub dzień imienia moich nieżyjących najbliższych, czyli Rodziców i Męża.
Ale tylko czasem, bo jestem jak najdalej od typowo katolickiego kultu zmarłych na cmentarzu, a i za ich życia także nie przywiązywaliśmy wielkiej wagi do czczenia okazji.
Zatem nie zanoszę Im bukietów żywych kwiatów ( zresztą nie posiadam ogrodu ), co najwyżej stawiam i zapalam nowy znicz, a przy okazji wyrzucam jakies przestarzałe, postawione kiedyś przez jakichś krewnych czy znajomych.
I w zasadzie jest to główny element nieporządku na naszych dwóch podopiecznych mogiłach, za które odpowiadamy z Córką, jako miejscowe, bo mój Brat oraz Syn zamieszkują daleko i umywają ręce od tych spraw.
Czasami pojawiają się jakieś nieproszone chwasty lub nadmiar opadłych liści, co, moim zdaniem, jest dopuszczalnym i naturalnym zjawiskiem, podobnie jak kurz, osadzający się na grobowcach, z czym wielu walczy mydlinami i mopami.
Ale my akurat tego nie czynimy, a poza tym grób naszego Męża i Ojca ( w jednym ) to właściwie zielona połać barwinka, obramowana granitowym gzymsem i otoczona kutym łańcuchem ( na wzór starodawnych grobów tego niegdyś ewangelickiego cmentarza, a obecnie dostępnego dla wszystkich ).
W dniu naszego pobytu na cmentarzu przypadały faktycznie imieniny mojej Mamy i w ciszę wkradały się także odgłosy wozów strażackich z powodu fetowania Dnia Strażaka, bo św.Florian to patron tego zawodu, a mojej Mamie nadano niegdyś oryginalne imię – Florentyna.
Towarzystwo Córki ma dla mnie znaczenie, bo cmentarz jest dość daleko od mego domu i raczej kiepsko daje mi się skorzystać z miejskiej komunikacji, a więc trochę męcząca dla mnie piesza marszruta tam i z powrotem, a i po samym terenie owego obiektu ( nasilone od pewnego czasu kłopoty z moimi stopami oraz kręgosłupem lędźwiowym i podpórka z czyjegoś ramienia mile widziana).
Poza tym obie nie byłyśmy tam jeszcze tego roku, więc ja zaczynałam odczuwać pewien niepokój, czy aby jednak wszystko tam jest w należytym porządku.
No i w ogóle, przyjemniej w miłym towarzystwie odbyć ten poniekąd wiosenny spacer, a przy okazji zobaczyć się w innej scenerii niż moje mieszkanie, co się nam najczęściej zdarza.
Ten nasz cmentarny epizod odbił się także echem na blogu mojej Córki, wywołując różnorodne komentarze, niektóre zgoła potępiające pomysł wyciągania osoby w depresyjnym nastroju na cmentarz, zamiast do jakiegoś miejsca uciechy i rozrywki.
Oczywiście, każdy może mieć swoje zdanie na temat cmentarzy i swój stosunek do nich i ja również wypowiedziałam się w komentarzu, że lubię cmentarze, ale też nie każdy w ogóle.
Ale potem zaczęłam nad tym myśleć, jak to faktycznie ze mną jest?
I chyba, co u mnie częste, mam jednak odczucia ambiwalentne: nie lubię cmentarza jako miejsca religijnego wiecznego odpoczywania i wszelkich ceremonii pogrzebowych, nawet tych świeckich ( lepiej, bo bez księży z ich rutyną ); cmentarzy przepełnionych nowobogackimi grobowcami z marmuru ( choć sam marmur jest piękny ) wystawionych na kwaterach wielkości dużego mieszkania ( oznaka zamożności rodziny ), ze zniczami o rozmiarach lampy.
Ale mniejsza o to, bo w każdych czasach bogaci mieli wszystko większe i piękniejsze, więc na cmentarzach także przetrwały ich wspaniałe grobowce, dziś jako zabytki i przecież nie mam nic przeciw nim, zwiedzając znane wielkie nekropolie.
Lubię zwiedzać takie cmentarze, podobnie jak kościoły, które traktuję jako dowody kultury, materialnej i obyczajowej, bo wszak nimi są.
Lubię cmentarze, na których spotykam się z historią i nasz cmentarz też ma takie fragmenty, głównie w obrębie, dawniej oddzielnego ewangelickiego, dziś już połączonego z katolickim.
Jest to część szczególnie zacieniona, a nawet mroczna z powodu wielkich drzew o pniach owiniętych bluszczem, który także bujnie porasta, wraz z paprociami, stare, już niczyje mogiły, które powoli znikają, bo wykupują je nowi właściciele.
Ale zostało jeszcze sporo tych omszałych, zarośniętych miejsc, niczym jakies uroczyska, pordzewiałych żelaznych krzyży, potężnych łańcuchów i ogrodzeń…
Podoba mi się, że wiele nowych grobów, nawiązując do tej scenerii, to groby ziemne, obsadzone lub całkiem okryte zielenią – właśnie bluszczem, barwinkiem, bukszpanem, trawą itp., ogrodzone drewnianymi płotkami.
Niektóre są jak mini – ogródki z aksamitkami, bratkami, wrzosem… pomysłowość ludzi nierzadko mnie tu zdumiewa i to właśnie lubię.
Jednakże muszę przyznać, że nieco przesadnie i sentymentalnie omawiam swój stosunek do cmentarzy, bo ani ich wiele w życiu nie widziałam, ani na pobliskim często nie bywam, a wręcz przeciwnie, raczej bardzo rzadko.
Może po prostu z wiekiem inaczej się patrzy na wszystko niż w młodości, gdy na cmentarzach bywałam tylko z konieczności – pogrzeby czy 1. listopada, ale też nie zawsze…
Nie mówiąc o dzieciństwie, gdy się tego miejsca bałam z przyczyn irracjonalnych, a i teraz sama w nocy pewno bym nie poszła ( a niby jestem racjonalistką )?

Ps. Niedawno oglądałam zdjęcia zrobione przez koleżankę i b.zięcia z cmentarzy na Sycylii i w Jerozolimie – zupełnie inne niż nasze!
Taka sobie ciekawostka…

Halo, halooo …c.d.

  • Napisane 3 maja 2009 o 01:11

Z zakończenia ostatniej notki wynikało, że jeszcze wrócę do tej tematyki.
Wspomniałam tam także o konieczności odbierania telefonu od dzieci, bo się mogą niepokoić o samotnie żyjącą, a niemłodą matkę ( powiedzmy, że to eufemizm ).
W komentarzu zaprotestowała Córka i może tak być, iż nie przejmuje się stanem mej osoby na wyrost, bo mieszkamy dość blisko od siebie i widzimy się często, więc dobrze zna realia i nie daje się ponosić wyobraźni.
Może jest też mniej przewrażliwiona na punkcie chorób, jak niegdyś moja Matka, która głosiła pogląd – „samo weszło, samo wyjdzie”, będąc zresztą jednostką krzepką, silną i, najogólniej biorąc, zdrową z natury.
Z przykrością muszę stwierdzić, że moja kondycja zdrowotna – po Tatusiu – do najlepszych nie należy, a szczególnie na przestrzeni ostatniego dziesięciolecia.
Powstrzymam się powściągliwie od wyliczania trapiących mnie dolegliwości, z którymi przecież i tak jakoś nie najgorzej funkcjonuję przy pomocy medycyny i farmacji, a życzliwych ludzi też mi nie brakuje, którzy pomogą w razie czego.
Ale pewna przewlekła choroba, tzw.POChP ( tak diagnozuje pulmonologia ), mimo systematycznej terapii, miewa momenty niemiłych zaostrzeń i od jakiegoś czasu uległam strachowi przed uduszeniem się .
A szczególnie, kiedy przeczytałam o takich przypadkach, do których zaliczają się tak znane osoby, jak np. Kalina Jędrusik ( choć u niej to chyba jednak astma ) oraz, podobno, aktorka z obsady filmu – ” 4 wesela i pogrzeb”( odlotowa Scarlett – siostra bohatera, czyli Hugh Granta ).
Zdaniem koleżanki – farmaceutki za dużo czytam o chorobach i do tego, o zgrozo, ( według niej ) w Internecie!
Ostatnio, taką też opinię wyraził mój Syn, który wszakże to samo czyni, ale, ponoć bardziej rozumnie…?
I to właśnie telefonu od Syna nie wolno mi nie odebrać, od kiedy zwierzyłam się ze swego stanu lękowego przed ewentualnym zagrożeniem.
A z Synem, od wielu już lat, mamy głównie kontakty telefonicznie na bieżąco, a widujemy się, ostatnio, bywa że raz w roku ( na ogół jednak dwa lub trzy razy ).
Może cechuje go, podobnie jak mnie, większa wrażliwość wobec chorób, a może, jako głowa własnej rodziny i ojciec dwójki dzieci, za które odpowiada, bardzo przejęty jest także stanem zdrowia matki oddalonej o prawie 300 km.
Stąd też Syn walnie przyczynił się do tego, abym dołączyła do grona komórkowców, bo to bardzo ułatwiło nam utrzymywanie kontaktu podczas moich podróży do Krakowa.
Wiadomo – i pociągi, i autobusy bywają zawodne, niepunktualne, więc niemożność porozumienia się jadącego z oczekującym na dworcu może być denerwujące i mieliśmy takie doświadczenia, niestety.
Ale z ciągłym noszeniem komórki przy sobie czasem róznie bywa, a to się ją zapomni wrzucić do torby, a to musi zostać, bo włączona do ładowarki.
I tak się właśnie zdarzyło podczas tej długiej zimy, gdy z powodu częstych infekcji moje kłopoty oddechowe się nasiliły, a Syn codziennie informował się, co tam u mnie.
Któregoś dnia musiałam pilnie wyskoczyć do biura TP, co potrwało około godziny, a komórka została w ładowarce.
Czułam się już w ogóle lepiej, ale Syn nie był tego taki pewny i kiedy nie odbierałam telefonu domowego ani komórki, wstukał SMS i czekał jakis czas, zajęty swoimi sprawami, poczem ponowił próby około godz.20.
Ja znów nie odbierałam, bo trzeba trafu, że nie sprawdziłam komórki ładującej się i wyszłam do sąsiadki, co znów potrwało koło godziny i ledwo weszłam zadzwonił telefon.
To, oczywiście dzwonił Syn, który równocześnie wyraził swoją ulgę, jak i nieukrywaną dezaprobatę wobec mej lekkomyślnej osoby, nie dającej znaku życia przez kilka godzin.
No i okazało się, że spowodowałam spore zamieszanie w najbliższej, a nawet nieco dalszej rodzinie, a konkretnie u mego brata w Bogatyni, do którego także zadzwonił mój przejęty Syn, co poskutkowało, że tego jeszcze wieczora miałam rozmowy z bratem i bratową.
Gdybym nie odebrała jeszcze tego telefonu po powrocie od sąsiadki, mój Syn gotów był na powiadomienie miejscowej policji i wysłaniu jej pod adres matki, z którą może dzieje się coś złego…?
Rany Julek!
Afera, co się zowie i na szczęście wszystko dobre, co się dobrze kończy – ale głupio mi było strasznie, bo to moja wina, że tak swoim strachem ( chyba jednak przesadnym – tak myślę, gdy już lepej się czuję, ale… ) zasiałam tyle niepokoju w rodzinie.
Nie doszłoby też do takiej eskalacji, gdyby możliwe było nawiązanie wówczas kontaktu z Córką, do której jednak nikt z rodziny nie mógł się dodzwonić, bo akurat pracowała do godz.22, a w owym miejscu pracy komórki są niedozwolone i Ona tego przestrzega.
Według niej, zresztą, cała ta sprawa została zbyt wyolbrzymiona, bo, jak wiadomo, strach ma wielkie oczy i nie trzeba zaraz panikować.
A w pewnych sytuacjach nie pomoże żaden telefon, bo sama znam takie historie, ale obiecałam Synowi nie dostarczać więcej podobnej „rozrywki” i …tak mi dopomóż Bóg ( zwrot z przyzwyczajenia niż z przekonania ), jeśli znów nie zawiedzie jakieś łącze.
Sama przecież nie raz niepokoję się o swych najbliższych i lubię mieć wiedzę o nich na bieżąco i w miarę możliwości.


  • RSS