Przeglądasz archiwum Luty, 2009 .
Wyświetlam 1 - 2 z 2 notek

Zwyczajne szczęście

  • Napisane 28 lutego 2009 o 00:42

Niedawno dowiedziałam się od znajomej, że w tym miesiącu ich rodzina powiększyła się o nowego członka, a ona została babcią po raz czwarty i to wreszcie wymarzonej wnuczki.
A dlaczego o tym piszę?
W końcu wciąż rodzą się dzieci i przybywa wnucząt wśród moich krewnych i znajomych ( ostatnio zaroiło się także od potomstwa na blogowisku ).
Wreszcie czworo wnucząt ( a wkrótce spodziewana jeszcze jedna wnuczka, jak się okazało w rozmowie ) to też nie tak znowu dużo, gdy się ma dwoje dzieci.
Wśród moich znajomych nikt akurat nie posiada więcej niż troje wnucząt, a ponadto spotkana niewiasta ma dopiero 54 lata, do tego wygląda na – 45, a z daleka to i może na 35 lat.
I nie jest to wygląd typu „z tyłu liceum, z przodu muzeum” lub ja mam słaby wzrok.
I dlatego ta ilosć wnucząt przy takim wyglądzie jest pewna ciekawostką.
Ta młoda babcia to synowa mojej, nie żyjącej już od kilku lat, dużo starszej koleżanki z miejsca pracy.
Poznałam ją (synową ) jakieś 10 lat temu, gdy prawie codziennie bywałam u koleżanki – Krystyny, bardzo już wtedy schorowanej.
Syna Krystyny znałam już dawniej jako chłopczyka – Krzysia, jedynaka, oczko w głowie niezamężnej matki.
Po latach spotkałam go jako bardzo przystojnego mężczyznę, męża ślicznej Jadwigi.
Oboje mieli wtedy 44 lata, dwie córki po dwudziestce i 2-letniego wnuczka. Rok później hucznie fetowali swe srebrne wesele i na zdjęciach z tej okazji można by ich wziąć za nowożeńców, a córki za młodsze siostry Jadzi.
Obcowałam z nimi ponad sześć lat ( do śmierci Krystyny ), widując prawie co dzień, poznałam ich dom, w którym jeszcze mieszkała z nimi młodsza córka Kasia.
Starsza – Małgosia, o urodzie modelki, była już mężatką i mamą synka.
Kasia, studentka germanistyki, też bardzo ładna, również już z narzeczonym odwiedzała swą babcię.
Niestety, ślubu młodszej, ukochanej wnuczki już Krystyna nie doczekała.
To właśnie Kasia urodziła aktualnie swe drugie dziecko, pierwszą w ich rodzinie dziewczynkę, bo jak dotąd, obie wnuczki Krystyny miały synów.
Małgosia zdążyła się w tych latach rozwieść i powtórnie wyjść za mąż oraz urodzić drugiego syna, a na lato spodziewa się także dziewczynki.
Jadwiga i Krzysztof mieszkają już teraz sami w swym niedużym uroczym domku z ogródkiem, ale w weekendy na ogół spotyka się tam cała rodzina.
Ich najstarszy wnuczek ma juz 12 lat, a to właśnie nim opiekowali się często do niedawna, pomagając Małgosi.
Dzięki tym kilku latom zażyłośći z Krystyną miałam okazję i wielką przyjemność przyglądać się z bliska rodzinie, którą można uznać za wzorcową pod względem relacji między jej członkami.
Krysia miała wielkie szczęście, że nie straciła swego jedynaka, gdy postanowił ożenić się, mając dopiero 20 lat, ale zyskała córkę w osobie synowej, co zawsze podkreślała i nigdy złego słowa o niej nie powiedziała.
Była dumna z urody Jadwigi, pierwszej i ostatniej dziewczyny syna, bo młodzi byli parą już w szkole średniej.
Oboje mają tę samą datę urodzenia, czyli są jakby bliźniętami…
Gołym okiem widać, jak bardzo się kochają mimo upływu lat i spełniają się glównie w życiu rodzinnym, to dla nich największa wartość.
Jadwiga wcześnie straciła rodziców, stąd też teściowa zastąpiła jej matkę ,co przecież wcale nie jest takie częste w związkach rodzinnych.
Skąd by się wzięły dowcipy o teściowej?
Moja koleżanka Krystyna była niewątpliwie zaprzeczeniem tych dowcipów, a przede wszystkim na pewno jej wielkim sukcesem życiowym było takie wychowanie syna, że udawało mu się pogodzić własne życie rodzinne z czułą i troskliwą opieką nad matką.
I nie wynikało to tylko z poczucia obowiązku, ale czuło się tyle ciepła w ich wzajemnych relacjach, że można by się było ogrzać w ich towarzystwie.
Zresztą na skutek naszych bardzo częstych kontaktów sama zaczęłam jakby wrastać w tę rodzinę, bardzo się zbliżyliśmy i polubiliśmy ( śmiem tak sądzić ).
Bo nie tylko Krystynie, prawie wcale nie wychodzącej z domu, bardzo potrzebne stały się moje wielogodzinne wizyty, ale i vice versa.
Był to także bardzo trudny okres w moim życiu – żałoba, ciężka choroba, oddalenie od dzieci, zmiana mieszkania, poczucie osamotnienia.
Początkowo się wzbraniałam przed częstotliwością tych kontaktów, aż pojęłam, że coś z siebie daję, ale i ja zyskuję.
Krystyna stała się dla mnie pozytywnym przykładem cierpliwości i pogody ducha wobec trudów życia.
Może dlatego, że tyle ciężkich przeżyć miała już za sobą lub też taki miała charakter z natury.
Odwiedziny młodych – Jadwigi i Krzysztofa oraz wnuczek wnosiły zawsze element atrakcyjności w nasze posiedzenia starszych pań, ożywczy powiew pełni życia.
Krystyna odeszła cztery lata temu, ale pozostały dobre wspomnienia tamtego okresu oraz nadal trwająca znajomość z jej rodziną.
Zostałam zaproszona na ślub Kasi, odwiedzamy się od czasu do czasu, telefonujemy.
Niedawno odnalazłyśmy się z Kasią i Małgosią na Naszej Klasie, więc znam ze zdjęć ich rodziny oraz przesyłamy sobie wiadomości i życzenia z okazji – i to jest sympatyczna strona tego portalu.
Tak oto napisałam o ludziach szczęśliwych,(bo i tacy się zdarzają) zamiast narzekań na własne troski i kłopoty.

Starość nie radość – czyli narzekanie

  • Napisane 10 lutego 2009 o 17:14

„Staroszcz nie radoszcz”, jak napisała Małgośka w komentarzu pod swą niedawną notką o jedzeniu i kulinarnych upodobaniach.
Cytuję ją z niejakim zdziwieniem, bo zgodnie z wiekiem, mogłaby córką mą być, więc u niej nieco za wcześnie na takie stwierdzenie, ale to był raczej taki żart z jej strony…
Mnie już powoli coraz mniej do żartów z wieku, bo naprawdę nie mamy pojęcia w młodości, co to się z człowiekiem może dziać od momentu przekroczenia magicznej liczby 65, choć też to różnie przebiega u różnych osobników i zawsze jakieś wyjątki są ( ponoć potwierdzają jednak regułę ).
Niechcący wysypałam się, a przecież kobieta tradycyjnie ukrywać lubi swą metrykę, a jeszcze trochę czuję się kobietą, ale już jakby mniej – „bo przemija uroda w nas – jak zima w La Paz”.
Staram się, jak dotąd, unikać na blogu tematyki politycznej oraz wiekowo – zdrowotnej, bo dostatecznie dużo mam jej na co dzień w realu.
Ale – „czasami człowiek musi, inaczej się udusi -uuuu”…
No, bo właśnie od wczesnej jesieni minionego już roku nie zdołałam się zaszczepić przeciw grypie z powodu nieodpowiedniego do szczepienia stanu zdrowia.
Zanim pomyślałam, że czas się zaszczepić,( a ociągałam się też, bo w pełni przekonania nie mam i tak naprawdę to jak w czeskim filmie, „nikt nic nie wie”- widziałam go w kinie dawno, dawno temu ), to mi się oskrzela zapaliły ( powtórka z wiosny ), co poskutkowało antybiotykiem na tydzień.
Po leczeniu antybiotykiem trza odczekać, bo organizm słabuje, a ponieważ słabuje, to znów chwyta rózne drobne ustroje, co czają się wszędzie … i karuzela zaczyna się kręcić.
Karuzela ze mną – słabą babą – z małymi przerwami kręciła się do zakończenia roku.
Udało mi się wyprawić moje grudniowe imieniny i tu mam podejrzenie, że ktoś z gości, niechcący, obdarował mnie jakimś noszonym przy sobie, w sobie, na sobie – drobnoustrojem, bo pocałunki przy składaniu życzeń, owszem, były.
Przechorowanie świąt pozwoliło mi wprawdzie uniknąć tradycyjnych obchodów ( nie przepadam ), ale objawy grypowe nie były łatwe do znoszenia, a antybiotyk tym razem niewskazany, tylko konieczność zwiększenia dawek mych stałych leków wziewnych na drogi oddechowe.
I tak w kiepskim stanie zdrowia i ducha weszłam w nowy rok 2009, dodatkowo zgnębiona zmartwieniami i niezbyt pomyślną sytuacją ( oględnie mówiąc) życiową mej córki, którą poczęstowałam tego wieczora posiadanym w apteczce, czyli szufladzie, Hydroxizinum.
Nie pisałam na swym blogu do tej pory, bo bez papierosa prawie tego nie potrafię, a palenie wówczas było szczególnie nie polecane, a nawet prawie niemożliwe.
A kiedyś myślałam optymistycznie, że do starości to się zdążę uwolnić od tego nawyku, a to mocny nałóg jest, a moja silna wola jakaś słaba.
Więcej już dziś nie napiszę ( bo palić, palić !), ale w nowym roku aktualnie się jakoś odnalazłam na blogowisku i może dalszy ciąg za jakiś czas też nastąpi…?


  • RSS