Przeglądasz archiwum 2009.
Wyświetlam 1 - 10 z 27 notek

Nowy rok za progiem

  • Napisane 29 grudnia 2009 o 21:41

Krok po kroku, krok za krokiem – no, i już przed NOWYM ROKIEM!

Słuchacze radiowej Trójki zauważą, że w poprzednim zdaniu wykazałam się znajomością refrenu charakterystycznej piosenki Przyjaciół Karpia, nieco zmieniając ten tekst, który przed Świętami codziennie wpadał mi w uszy z radia ( w oryginale: „krok za krokiem, krok po kroczku, najpiękniejsze w całym roczku, idą Święta…” ).

Tymczasem już po świętach i właśnie ostatnie dni starego roku, a więc wypadałoby mi napisać coś na zaniedbanym blogu, porzuconym od półtora miesiąca.
Nie mogłam pisać z przyczyn obiektywnych ( brak dostępu do Internetu ) i najpierw bardzo mi ta niemożność doskwierała, a po jakimś czasie przywykłam tak, że odwykłam od pisania na blogu i subiektywnie mi się jakoś nie chce do tego wrócić.
Przede wszystkim tyle czasu i uwagi pochłania mi zaznajamianie się z nowym zestawem komputerowym, że dłuższa forma pisemna jest na razie niemożliwa, bo ja dość wolno piszę w ogóle, a tu jeszcze nowiutka klawiatura przede mną, co mnie dodatkowo rozprasza.
A przecież klawiatura jak to klawiatura – niby taka sama, a jednak inna, bo ta jest czarna, a stara była szara, o wystających i nieco hałaśliwych klawiszach.
Nowa jest mięciutka i elegancka, ale jeszcze się z nią nie zżyłam, choć mi się niewątpliwie podoba – :)
Nad nią wielki, nowoczesny płaski ekran w czarnej obudowie monitora, na którym to ekranie wywołuję różne tapety, bawiąc się tym jak dziecko nową zabawką.
Ale na pewno głównie moją uwagę absorbuje komputer ( też czarne i lśniące pudełko z kieszonką na płytki, nieco inną niż w poprzednim ) z powodu zawartego w nim, nieznanego mi kompletnie, systemu operacyjnego Windows 7.
To nowe urządzenie daje mi tyle możliwości, z których przedtem nie korzystałam, że czuję się jak nowicjusz komputerowy, chwilami zagubiona i bardzo niepewna, ale i olśniona wielkością i różnorodnością oferty.
Opisane powyżej zabawki zagościły u mnie w pamiętnym dniu 20. grudnia, przywiezione i przysposobione do mych potrzeb przez mego Syna – krakowiaka, który spędził wtedy większość dnia w mej dziupli, gdzie nie był od końca lata.
W końcu, po różnych przeszkodach, mógł zrealizować w tym dniu dawny zamiar wyposażenia swej matki w nową i kosztowną (dla mnie nawet bardzo) zabawkę z okazji 70 rocznicy jej urodzin (paskudna liczba!).
A więc dopiero od kilku dni mam przyjemność obcowania z tym nabytkiem, badając jego i moje możliwości.
Jestem pod wrażeniem prędkości w otwieraniu stron i poznawaniu tych miejsc, przy których z reguły zawieszał się mój stary komp i odmawiał współpracy.
To na razie tyle o mym aktualnym życiu, bez zagłębiania się w szczegóły, co groziłoby notce zbytnimi rozmiarami i zanudzeniu czytających, z których kilkoro nawet niepokoiło się moją długą nieobecnośćią.
I to ich zaniepokojenie jest w dużej mierze powodem tej dzisiejszej nudnej notki, w której co krok poprawiam jakąś literówkę i piszę w ślimaczym tempie.
A tu czas nieubłaganie pędzi, stary rok zbliża się do mety, Nowy już się niecierpliwi przed startem i tylko ja powolutko naciskam klawisze, często nie te, co trzeba…:((
Czyli pora kończyć żmudną pisaninę, zająć się czymś bardziej atrakcyjnym, a choćby nawet zamienić ekran monitora na ekran telewizora.
Tak, wiem, to kiepska atrakcja, ale cóż… zamienię jak stryjek, siekierkę na kijek.

Zatem – życzę Wszystkim Czytelnikom jak najlepszych wydarzeń w ostatnich dniach jeszcze tego roku, rozrywkowej Sylwestrowej Nocy, optymizmu wobec nadchodzącego roku i wiary, że musi być dla nas dobry, a nawet lepszy od starego.

Do zobaczenia w roku 2010! ;)))

Głupia sprawa

  • Napisane 12 listopada 2009 o 16:06

Czy to pech, czy po prostu głupia sprawa?
W pewnym stopniu można to uznać za brzydki żart ze strony losu, czyli pech, że w ostatnią niedzielę mego 69 – lecia miałam bardzo bliskie spotkanie z tzw. kanarem vel kontrolerem biletów w środkach komunikacji i to w sytuacji niekorzystnej dla mnie.
Akurat w „tę ostatnią niedzielę” i do tego na ostatnim przystanku mej podróży tramwajem „P” ( tak od niedawna oznakowany został tramwaj między Łodzią a Pabianicami, bo dawniej to była linia 41 ).
Do tego był to mój pierwszy raz nieskasowania biletu na odcinku tego jednego przystanku po przekroczeniu strefy łódzkiej.
I ten nieskasowany bilet za 1,20 zł stał się powodem wypisania mi bardzo niechlubnego pisemka, wzywającego mnie do „wniesienia dodatkowej opłaty” w kwocie, bagatelka, 100 zł…!!
Ten zbieg okoliczności nosi pewne znamiona pecha, bo w przeciwnym razie miałabym po prostu fart, po prostu by mi się upiekło, jak wielokrotnie wielu innym pasażerom „na gapę”.
Od następnej niedzieli będę już mogła bezkarnie jeździć bez biletów i żaden kanar mi niestraszny będzie, pod warunkiem posiadania przy sobie dowodu osobistego – o, właśnie, bo też czasem zapominam go z sobą zabrać…
Niewątpliwie, to raczej głupia sprawa i przeze mnie spowodowana.
Nie będę się nigdzie odwoływać, bo przecież to ja popełniłam ewidentnie wykroczenie i muszę ponieść karę, choć wydaje mi się ona zbyt dotkliwa – jak na moją kieszeń.
Mam ponadto fatalne samopoczucie, bo ta, powiedzmy, nauczka, mnie już niczego nie nauczy na przyszłość ( jeśli w ogóle innych uczy? ), bo to w moim przypadku jedynie bezsensowny wydatek, bez znaczenia dla przyszłości osoby zwolnionej z płacenia za przejazdy.
Chcę także wyjaśnić, że nie odbyłam całej tej ostatniej podróży na gapę, bo na takie wyczyny mam nawet za słabe nerwy i nie jestem zwolenniczką takiego postępowania w ogólności.
W rzeczonym tramwaju „P” nabywa się w automacie drukowany bilet na cały teren Pabianic i na takowym jechałam około pół godziny, właśnie do rogatek miasta i początku strefy łodzkiej.
Jeszcze tylko jeden przystanek i ów tramwaj kończy swój bieg, poczem zawraca, a pasażerowie przenoszą się do prawdziwie łódzkich pojazdów, ewentualnie odchodzą pieszo do pobliskich miejsc.
Już wkrótce ( miejmy nadzieję ) tym najbliższym miejscem będzie sklep IKEA, od dawna w budowie i nadal końca nie widać.
I to jest właśnie ten szkopuł, że trzeba szybciutko kasować drugi, teraz już łódzki bilet, choć nadal się jest w tym samym tramwaju, który zbliża się do mety i zaraz go opuścimy.
I ten przystanek jest podobno bardzo często kontrolowany, a mandaty wypisywane są już na zewnątrz, bo to bardzo krótki przystanek, a gapowiczów bywa sporo czasami.
W tę niedzielę też nie byłam odosobnioną jednostką, ale czy to mnie może pocieszyć albo usprawiedliwić?
Prawdę mówiąc, sama tak do końca nie wiem, dlaczego właściwie nie skasowałam tego drugiego biletu, mając go w portmonetce?
Nie zawsze pabianiczanie mają w zapasie te łódzkie bilety, wcześniej kupione w kiosku na okoliczność ewentualnej podróży ( do niedawna można to było czynić tylko w Łodzi, ale obecnie prowadzą ich sprzedaż wybrane punkty w naszym mieście ).
Ich cena zależy od spodziewanego czasu jazdy i to powoduje niekiedy komplikacje na trasie.
W momencie przekroczenia granicy między naszymi miastami można także wystukać sobie łódzki bilet ze wspomnianego automatu, zamontowanego w naszym podmiejskim tramwaju.
Ale zachodzi obawa, że można nie zdążyć, bo ten automat lubi się zacinać, nie wydając ani biletu, ani pieniędzy.
Miałam już kiedyś taką nerwową sytuację, gdy bezradnie miotałam się przy tej głupiej maszynie, więc wolę mieć w rezerwie kilka biletów półgodzinnych.
Tak się rozpisuję, bo to są niewątpliwe niedogodności pabianiczan jeżdżących tramwajem do Łodzi, a dokładniej ledwie na skraj tego wielkiego miasta i często jeszcze większa część podróży przed nimi po przesiadce przed Ikeą.
Przecież i tak będą kasować bilety, przesiadając się do kolejnego tramwaju…
Czy zatem nie skasowałam tego biletu w geście podświadomego protestu przeciwko owym utrudnieniom oraz rozklekotanym, starym rupieciom podstawianym na tę trasę przez łódzkie MPK… ??
Takim rupieciem właśnie jechałam w tę niedzielę i po prostu nie opłaciłam wstępu na kawałek ziemi łódzkiej, taki malutki przecież ten kawałek, no, skrawek…
Nie mogę się wykręcać nieuwagą, przeoczeniem, choć i coś takiego może się pasażerowi zdarzyć w zamyśleniu, roztargnieniu, ale kontrolera trudno byłoby przekonać takim argumentem, jak sądzę … i nie próbowałam.
Dyskusja z kanarem nie wchodzi w zasadzie w rachubę i liczą się jedynie gołe fakty, bez okoliczności łagodzących.
Poza tym, naprawdę, zaskoczyła mnie jego nagła obecność i po prostu zrobiło mi się niemiło i głupio…
A to się urządziłam !!!
Moja niedzielna podróż do Łodzi związana była z niedawnymi urodzinami przyjaciółki, która mnie zaprosiła do siebie na uczczenie tej okazji ( Ona już od kilku dni nie musiała kupować biletów! ), więc ten incydent z mandatem nie był na pewno najlepszym preludium przed imprezą.
Tak się zawzięłam jednak, aby wyprzeć go ze swej psychiki na to jedno popołudnie i w ogóle o nim nie opowiadać.
Dotąd się dziwię, że mi się to udało przy mojej nadmiernej wręcz szczerości i otwartości.
Myślę, że było mi tak głupio, iż wolałam o tym zapomnieć choćby na jakiś czas.
Ale już na drugi dzień zwierzyłam się kilku bliskim ludziom, bo mi ten sekret zaczął ciążyć.
Uiściłam także, nie zwlekając z terminem, karną opłatę na rzecz MPK – Łódź, za pomocą przelewu elektronicznego, co bardzo lubię robić ( oczywiście przelewy , a nie opłaty karne ).
Doczytałam się na mandacie, że w przypadku szybkiej spłaty kwotę zmniejsza się o 30 %, czyli moja kara wyniosła równe 70 zł – jak obszył, w sam raz na moje 70-te urodziny…
Czyż to nie zadziwiające zrządzenie losu?
Fajny prezent na rocznicę, ale nie dla mnie, niestety, a dla MPK.
A może przyczyniłam się w ten sposób do poprawienia zaniedbanego stanu pojazdów na trasie do Pabianic, co Nielot odczuwa na własnej skórze.
Nie ukrywam, że mnie ta głupia sprawa nieco kosztowała – psychicznie i materialnie, ale już powoli przechodzi do przeszłości – a czas leczy rany…
Mam nadzieję, że do końca tygodnia nie przytrafi mi się jakaś niemiła przygoda.
Odpukać…

Jak to w listopadzie

  • Napisane 5 listopada 2009 o 23:27

No, tak – od mej ostatniej notki okulistycznej minęły już 2 tygodnie, a nawet skończył się październik i zaczął listopad, mający opinię najbardziej niemiłego miesiąca w roku.
Aczkolwiek na zbiegu obu miesięcy wyjątkowo poprawiły się warunki atmosferyczne i to do tego stopnia, że przez kilka dni i nocy można było oglądać i słońce, i księżyc – do tego w pełni.
Wprawdzie zimno i gwałtowny opad listowia, które w tym roku bardzo długo utrzymywało się na drzewach i krzewach i nawet wiele w kolorze zielonym ( np.topole koło mego bloku ).
Ale teraz polecą, do ostatniego listka, bo to już ten miesiąc.
Także ja – wyjątkowo – wycofałam się z corocznego tradycyjnego obchodu grobów w listopadowe święta, bo tak jakoś czułam się nie najlepiej.
Tym razem scedowałam obowiązek na Córkę, która miała pewne obawy, że nie trafi do niektórych grobów beze mnie.
Ale Ona ma dobrą orientację w terenie, więc dała sobie radę, a ja mogłam spokojnie przygotować obiad dla nas.
Na szczęście, ta moja niedyspozycja to nie żadna grypa, którą codziennie straszą nas w mediach, ani nawet nie przeziębienie czy inna obłożna choroba.
Nie mniej mam na stanie trochę przewlekłych schorzeń, które czasem dają się bardziej odczuć, a i na psychikę niezbyt dobrze działają, jak i obecna pora roku.
Czyli właściwie nie dzieje się u mnie nic naprawdę bardzo złego, ale żyje mi się jakoś z trudem i zmuszam się, aby wstać spod pościeli i wciągnąć się w kolejny dzień, dzień – jak co dzień…
Co wcale też nie znaczy, że narzekam na nudę codzienności i chciałabym jakichś atrakcyjnych wydarzeń – wizyt, wyjść, wyjazdów itp.
Dopiero wtedy miałabym prawdziwy powód do narzekania i nerwów z typu – „ja nie mam co na siebie włożyć”… lub, czym uraczyć ewentualnych gości.
Może to wina tego 70 – lecia, które tuż, tuż i wraz z nastaniem listopada odczułam już jego ciężar na plecach?
Dziś właśnie przesłałam uroczysty e-mail szkolnej przyjaciółce Elżbiecie z tejże okazji, a dwa dni temu z tegoż powodu dzwoniłam do innej jubilatki.
Ta ostatnia raczej bardzo negatywnie nastawiona do liczby 70, a może dlatego, że małżonek ma dopiero 69 wiosen?
Też mi wielka różnica, prawda?
Za tydzień ( mniej więcej ) to ja będę przyjmować gratulacje i życzenia, a także wizyty z okazji … i oby mi tylko wtedy zdrowie nie sprawiło niemiłego psikusa.
I niech ten listopad nie będzie taki, jak w znanym wierszu L.Staffa – „Deszcz jesienny” ( za moich czasów trzeba go było znać na pamięć ).
„O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny. Dżdżu krople padają i tłuką w me okno. Jęk szklany… płacz szklany… a szyby w mgle mokną.”
( brrrr )

Z wizytą u okulisty

  • Napisane 22 października 2009 o 14:12

Na dzień 19 października wyznaczono mi w przychodni wizytę u okulisty, a tenże termin uzyskałam na początku czerwca, więc pieczołowicie zaznaczyłam w kalendarzu, aby nie zapomnieć przez tak długi okres.
Był to już drugi termin w tym roku, gdyż pierwszy, uzyskany w styczniu na 26 maja, przepadł mi z powodu pobytu w Krakowie.
I tak to właśnie „szybko i łatwo” można sobie skontrolować narząd wzroku, bo o to mi chodziło, a nie z powodu jakichś dolegliwości ocznych.
Mam nadzieję, że gdy coś się złego dzieje z okiem, to nie każą nam czekać tak długo, prawie pół roku?
Albo może jednak trzeba wtedy do prywatnego gabinetu zapukać ?
Wolałabym nie sprawdzać tego na sobie …i odpukać!
Mimo braku jakićhś niepokojących symptomów w oczach miałam duszę na ramieniu przed tym sprawdzianem i fachową oceną.
Głównie z powodu istnego wysypu zaćmy, a nawet, co gorsza, jaskry wśród znajomych.
Wciąż się od kogoś dowiaduję, że jest przed lub po zabiegu na zaćmę, a to zagraża mu jaskra.
W mojej rodzinie, jak dotąd, żadnego jeszcze takiego faktu nie było, ale…
Poza tym wiedziałam, że czeka mnie spotkanie z nową lekarką, bo znany mi już poprzednio okulista zmienił miejsce pracy.
Chodzi o to, że jestem dość rzadkim okazem pacjenta ze zdiagnozowanym znamieniem barwnikowym na dnie lewego oka, co zazwyczaj tak zdumiewa lekarza przy pierwszym kontakcie i zerknięciu w moją kartę, że czasami odwraca jego uwagę od faktycznego obecnego stanu mego wzroku oraz niepotrzebnie przeciąga wizytę.
Z drugiej strony ten cholerny pieprzyk może stać się powodem wielkiego paskudztwa, ale o tym szaaaa, bo odkryto go już 7 lat temu i tak sobie siedzi bez zmian… odpukać, oczywiście…
Na samym wstępie, nim doszło do meritum, z wielkim zdziwieniem dowiedziałam się, że moja ostatnia wizyta w tym gabinecie miała miejsce w grudniu 2007 r., czyli można mi zarzucić opieszałość w profilaktyce.
Natomiast JA żyłam dotąd w przeświadczeniu, że moje pożegnalne spotkanie z poprzednim okulistą, dr. G.odbyło się pod koniec 2008 r.!!
Czyli cały ROK 2008 jakby wyparował z mej pamięci, zlał się z rokiem poprzednim, czy co ?
No, to nieźle jestem roztargniona, jeśli taki jest powód tej luki w pamięci…?
Ale przecież przybyłam do tego gabinetu w sprawie oczu, a nie głowy – więc wracam do meritum.
Ostatecznie wizyta przebiegła w sposób bardzo zadowalający mnie jako pacjentkę – fachowo, rzeczowo, skrupulatnie, bez wydziwiania i straszenia mnie owym lewym okiem.
Szczegółowo, przy pomocy różnych przyrządów ( w tym jeden nieznany mi dotąd – z podmuchem w oko, aż głowa odruchowo odskakuje, chyba do badania ciśnienia w oczach? ) i z rutynowym odczytem na planszy.
Nie obyło się jednak bez nielubianego przeze mnie zakraplania szczypiącego płynu, rozszerzającego źrenice, po którym długo źle widzę, a nawet miewam zawroty głowy i nie obyło się bez wezwania przez komórkę ( dobrze, że nie zapomniałam jej zabrać ) Nielota na drogę do domu.
Cóż, nie zdążyłam przed wizytą do bankomatu i nie miałam środków na wezwanie taxi, a do domu trochę daleko.
Jak to trzeba wszystko przewidzieć, ale na szczęście pomoc nadeszła i jeszcze było komu zrelacjonować przebieg wizyty oraz podzielić się na gorąco zadowoleniem z pomyślnej diagnozy.
Jeśli tylko nie włączy się przypadkiem negatywna nieufność w trafność diagnozy tej pani okulistki, to mogę spać spokojnie.
Na razie żadna zaćma ani jaskra mi nie grozi, okulary bez potrzeby zmiany i ten pieprzyk feralny nie wzbudził większego zainteresowania ( chyba jednak najbardziej o to się obawiam i siedzi to w mej podświadomości ? ).
W związku z powyższym zalecono mi następne rutynowe spotkanie dopiero za rok.
Co jeszcze bardzo ważne – okulistka nie widziała przeciwwskazań w posługiwaniu się komputerem ( celowo zapytałam ), oczywiście w rozsądny sposób i zalecała nawilżanie oczu sztucznymi łzami – z apteki, własnymi raczej niespecjalnie, a byłoby jednak taniej.

Epilog do poprzedniej notki

  • Napisane 16 października 2009 o 20:25

Tyle się dzieje wokół – w przyrodzie, w polityce i w ogole, a ja w kółko przy jednym temacie.
Zatem donoszę, że w końcu spakowałam i odniosłam jednego ( tzn. już drugiego ) liveboxa i przyniosłam innego, czyli zaryzykowałam.
W efekcie znów się pozbawiłam dostępu do Netu, bo ten kolejny za nic nie chciał się zakumplować z komputerem i przez kilka dni bawiłam się tylko funkcjami samego kompa, głównie pasjansami i odtwarzaniem muzyki.
Mogłam jeszcze przecież pisać, ale jakoś nie miałam ochoty – pewnie z powodu zmartwienia, że to ustrojstwo nie chciało zadziałać.
Ale niejaki Wąż, czyli nasz podręczny Mistrz techniki komputerowej ( talent samorodny i poparty wieloletnim doświadczeniem serwisanta ) znalazł czas dla strapionej teściowej ( byłej, ale zawszeć ).
Czasu zabrało mu to więcej niż trochę, aby wprowadzić jakieś niezbędne zmiany w systemie mego kompa ( a jakie, to juz tylko jemu wiadomo ), poprzekładać i połączyć różne kabelki, ale efekt zostal osiągnięty.
A ta żmudna dłubanina w zaciszu mej dziupli miała miejsce w dniu niespodziewanego ataku zimy na nasz kraj i to zwycięstwo Węża nad oporną materią znacznie poprawiło nasze złe samopoczucie, zwarzone niekorzystną aurą.
I na pewno ten dzień zapamiętam tym bardziej – czyli 15. 10, akurat w imieniny Jadwigi, o czym wtedy właśnie zapomniałam.
Spóżnione życzenia znajomej solenizantce złożyłam zatem o dzień spóźniona, oczywiście tylko telefonicznie.
Rzeczona Jadwiga wyznała, że w ciągu 55 przeżytych lat nigdy nie miała TAKIEJ pogody w imieniny, a więc i moje opóźnienie przyjęła z większa tolerancją, niż by to miało miejsce kiedy indziej.
I a propos telefonu – tym razem telefonia internetowa została odzyskana, a przecież o to właśnie chodziło od początku tego całego zamieszania.
Już powiadomiłam o tym z radością swych darmowych rozmówców, mimo to Syn nadal podtrzymuje swą ofertę nowego kompa w prezencie dla matki – staruszki.
No, i świetnie, ale w obecnej sytuacji nie musi się już tak spieszyć w tej sprawie i spokojnie rozejrzeć się po rynku komputerowym.
Mój nastrój poprawił się zdecydowanie, czego dowodem jest niniejsza, szybko napisana notka – niezbyt może interesująca dla odbiorców, ale wreszcie zamykająca ten temat.
Mam nadzieję bowiem, że to już koniec, a przynajmniej na pewien czas ( aby nie zapeszyć! ) …
 

Nie miała baba kłopotu, została … internautką

  • Napisane 30 września 2009 o 02:05

Dla dobra własnego zdrowia psychicznego nie powinnam właściwie pisać o tym,
czym się od tygodnia denerwuję, popijając niezbyt smaczną herbatkę z melissy dla
uspokojenia ( nie przepadam za naparami z ziółek, ale czasem trzeba ).
Powinnam zmienić temat, ale właśnie nie mogę się od niego całkiem oddalić, choć już nieco
nabieram dystansu po upływie tygodnia.
Zatem przedstawię powód swego zdenerwowania szerszemu gronu, bo moi bliscy
mają orientację w tym temacie i jakoś mnie wspierają w miarę możliwości.
Otóż 2 lata temu, prawie dokładnie, postanowiłam zmniejszyć, zbyt duże jak dla mnie,
wydatki internetowo- telefoniczne poprzez zastosowanie nowoczesnego modemu
pod nazwą Livebox, powiązanego z Neostradą TP. W tej kwestii doskonale zrozumieją
mnie użytkownicy spod znaku tzw.tepsy, zaś inni może tylko troszeczkę albo wcale .
No i trudno, ale rozwijam dalej …Pomysł zastosowania liveboxa był dla mnie
naprawdę opłacalny i dobrze się sprawdzał przez te dwa lata. Z posiadaczami tegoż modemu
i opartej na nim telefonii internetowej mogłam bezpłatnie przegadywać nawet dnie i noce.
A należała do nich moja krakowska rodzinka i to było dla nas bardzo ważne, choć przecież tylko ja mam masę czasu i ochoty na telefoniczne pogaduszki, zaś moje krakowiaki raczej
niewiele.
Jedynie 10 zł ( brutto ) do miesięcznego rachunku za wypożyczanie modemu ( albo bramki , inaczej ) od tepsy, a zawsze też można zrezygnować i oddać bez ceregieli.
Livebox ma jeszcze inne zastosowania przy komputerach, ale mnie chodziło o telefon internetowy typu VOIP, w czym stosuje się normalny aparat analogowy, inaczej niż np.
w systemie SKIPE ( mikrofon, słuchawki ). Zresztą od systemu skipe zawieszał się mój kiepski
komputer z odzysku.
Gwoli dalej idącej ideii oszczędzania wystąpiłam do tepsy o zawieszenie czasowe abonamentu , bo linię telefoniczną musowo utrzymywać dla potrzeb Neostrady ( 21 zł, zamiast abonamentu za 50 zł ).W razie awarii telefonii internetowej czy braku prądu mam przecież jeszcze komórkę
i to Orange, a tylko z nich można się dodzwonić do voipa neostrady – z innych, niestety, nie.
Gdy się jest klientem tepsy, naprawdę warto mieć umowę z Orange, boć to rodzina.
Koszty faktycznie zmalały, a kiedy ostatnio bardzo zmniejszyły się moje potrzeby dzwonienia do znajomych ( latem łatwiej o kontakt bezpośredni ), miesięczny rachunek o niewiele przekraczał stówkę zł.
Pięknie było, ale się skończyło około połowy września, gdy mój telefon zaczął fiksować aż zamilkł zupełnie. Na skutek mej interwencji pojawili się w mych progach dwaj technicy z tepsy,
sprawdzili wszelkie podłączenia, stan aparatu, zewnętrzne łącze i podejrzenie padło na livebox.
W związku z tym doniesiono mi pudełko z nowym modemem wraz z oporządzeniem, a zabrano
poprzedni, sprządziwszy stosowne protokoły.Przy pomocy mądrzejszych ode mnie w technice
komputerowej nowe urządzenie zostało zainstalowane i skonfigurowane z systemem.
Konkretnie w tej roli wystąpili Nielot i Gawron, a ponieważ były kłopoty, wspomagani przez
obsługę techniczną tepsy na infolinii – 0 800 102 102 ( na moje szczęście bezpłatnej również dla komórek Orange).Udało się połączenie nowego liveboxa z internetem, ale nadal bez telefonu…
a przecież o to właśnie chodziło !! Wymieniony numer infolinii towarzyszył memu życiu przez okrągły tydzień i być może poznałam ” na ucho”większość tzw. doradców na skutek codziennych kontaktów z nimi. W każdej rozmowie na komendę wykonywałam kolejne czynności : odłączenie modemu od prądu, ponowne włączenie do prądu, restartowanie przy pomocy pstryczka pod spodem, obserwacja zapalania się diod i ponownego rejestrowania się do Neostrady przez wpisywanie swych tajnych danych – użytkownik i hasło ( wiadomo – 7 dużych i małych literek i cyferek, które już teraz znam na pamięć ). A te szyfry nie zawsze były przyjmowane, choć wpisane idealnie i tu moje nerwy puszczały, i wyrywały mi się brzydkie wyrazy, ale to już drobiazg, bo telefon nadal się nam nie konfigurował. Każdy kontakt kończył się obietnicą doradcy, że to nastąpi po kolejnych, powiedzmy 24 godzinach i dioda telefoniczna na pewno się zapali, a telefon przestanie być głuchy i niemy.I tak się cierpliwie bujałam prawie przez tydzień , już sama, bo Nielot odleciał na grecką wyspę, a Gawron wreszcie przystąpił do upragnionej pracy.
Ponieważ nerwy naprawdę mi puściły, naurągałam w końcu na indolencję i „zasrany” SYSTEM
ostatniemu doradcy z owej infolinii, co zaowocowało wnioskiem na kolejną wymianę ustrojstwa, czyli liveboxa, bo to może jakiś trefny egzemplarz….?? !
Tym razem sama mam spakować owego i odnieść do miejscowego biura obsługi klienta TP
w celu pozyskania następnego egzemplarza, powołując się na numer sprawy z infolinii.
No, cóż – mogę jeszcze raz spróbować, podjąć ryzyko, bo żadnej pewności i gwarancji na pozytywny efekt NIKT nie ma….
Mogę też się wypiąć na tę usługę i po prostu oddać, a nie wymieniać, ale jednak mi szkoda, bo przecież miałam z tego korzyść przez 2 lata. Decyzja należy do mnie oraz także do mego syna.
Z zamiejscowym synem porozumiewamy się teraz tylko przez komórki i to głównie on dzwoni, ponosząc większe koszty, więc radzi, aby jeszcze zaryzykować tę wymianę.
W całej tej denerwującej historii pojawił się jeden optymistyczny akcent – obietnica prezentu
w postaci LAPTOPA od mych krakowiaków przy okazji mej poważnej rocznicy narodzin.
Syn bowiem skłonny jest podejrzewać o złą wolę , czyli o niekompatybilność, mój kiepski komputer i jego starodawny system Windows 98 i że to może być przyczyna ostatniego utrapienia, które tu tak szczegółowo opisałam.
Musiałam tak szczegółowo, aby w pełni uzasadnić swoje zapowiedziane zdenerwowanie, które narastało do potęgi przez ten tydzień.
Wymiany jeszcze nie dokonałam, bo przynajmniej mam chociaż dostęp do internetu, a także odwiesiłam linię abonencką i od 1.X wraca mój zwykły telefon stacjonarny.
A co dalej … pożyjemy, zobaczymy?
Na razie wracam do równowagi i zwlekam z pakowaniem liveboxa do pudełka…

Strapienia internautki

  • Napisane 22 września 2009 o 15:16

Krótko się tylko zwierzę, że od kilku dni borykam się z trudnościami w dostępie do Netu.
Wczoraj już było jakby w porządku, a dziś znów przeprawa z doradcami Błękitnej Linii TP
oraz z infolinią obsługi technicznej. Zobaczymy, czy mi się uda napisać i zamieścić tę krótką
notkę, w której informuję znajomych blogowych, dlaczego mnie nie było?  Może to już koniec
mych kłopotów? Zobaczymy….i proszę czekać na mój powrót….

Znad kartek kalendarza cz.2

  • Napisane 13 września 2009 o 19:49

Jak wspomniałam w poprzedniej notce, zamierzałam zająć się analizą kalendarza na drugie półrocze i właśnie napotoczył się ten dzień 1.września z całą tą tegoroczną pompą i paradą, w którą dałam się wciągnąć przez ten szum medialny.
W związku z tym napisałam zupełnie niezamierzone wypracowanie w rodzaju „akademii ku czci”, zapewne w dużej mierze pod wpływem telewizyjnej transmisji z gali na Westerplatte.
W końcu rok rocznie mam tyle samo lat co II wojna i na ogół się z tym nie obnoszę, a nawet, od jakiegoś czasu, wprost przeciwnie.
Ale tym razem jakoś powaga tej 70.rocznicy skłoniła mnie do przyznania się do swojego wieku przy tej okazji.
I skoro już doszło do objawienia tej okrutnej prawdy, nie będę musiała lawirować przy wymienianiu dnia mych urodzin, pisząc o II połowie roku.
To tyle na wstępie i wracam do przeglądania kalendarza oraz do właściwej notki na ten temat, który zakończyłam na lipcu i pochopnie zapowiedziałam brak szczególnych okoliczności na sierpień i wrzesień.
A przecież w dniu 20. sierpnia przypada rocznica ślubu mojego syna i w tym roku mija już 15 lat od tamtego wydarzenia.
Wiele się wydarzyło i zmieniło w życiu naszej rodziny przez ten czas, ale związek małżeński syna szczęśliwie trwa do tej pory i jest dla mnie powodem do radości.
Czasami boję się za bardzo wyrażać tę radość, aby nie zapeszyć…
Tegoroczną rocznicę świętowali syn z synową, jak zazwyczaj zresztą, na rodzinnych wywczasach nad Bałtykiem, skąd prawie codziennie składali mi telefoniczne relacje.
W drodze powrotnej zboczyli nieco z trasy samochodowej i zrobili mi niespodziankę swoją wizytą.
Tak więc mogłam zobaczyć całą czwórkę moich ” krakowiaków ” – ładnie opalonych, wypoczętych i zadowolonych z wakacji, które faktycznie miały się ku końcowi, bo to była już ostatnia sobota sierpnia.
A we wrześniu, poza jego pierwszym historycznym dniem, są przecież urodziny jednej z najmłodszych osób w rodzinnym kręgu, co jeszcze niezbyt mocno zakodowało się w mej pamięci.
W dniu 7. września urodziła się wnuczka mego brata, córeczka mej starszej bratanicy i wydaje mi się, że to dopiero co, a tu już minęły 4 lata i Martynka ma już dziewczyńskie warkoczyki.
I tak się składa, że w październiku bieżącego roku mama Martynki, czyli moja starsza bratanica – chrześnica skończy już… 40 lat, co jest dla mnie wprost trudne do przyjęcia, prawie jak mój własny wiek.
Znam ją przecież od urodzenia, gdy pojawiła się na świecie jeszcze przed moimi dziećmi i przez wiele lat bywała częstą towarzyszką wspólnych zabaw z nimi.
Trzeba przyznać, że moja bratanica nie wygląda na te swoje lata – taki dar natury plus sposób ubierania się, co cechuje wiele współczesnych kobiet w tzw. średnim wieku ( niestety, tak się zwykło określać ).
Ale cóż, czas płynie i 25.października pójdę jej składać urodzinowe życzenia łącznie z, zaległymi od maja, imieninowymi ( Magdaleny ), bo wtedy w spotkaniu przeszkodziły choroby.
W pierwszej jeszcze części tego miesiąca powinnam, choćby telefonicznie, pozdrowić solenizantki o imionach kiedyś bardzo, a dziś mało popularnych – Teresa i Jadwiga.
Dotąd mam dwie znajome o tych imionach, ale od dzieciństwa spotykałam naprawdę wiele Teresek i niejedną Jadzię, które często też nazywane były Dziunia lub Jagoda.
Począwszy od urodzin bratanicy Magdy, rozpocznie się dla mnie najbardziej obfity okres urodzin wszystkich bliskich i znajomych spod Skorpiona, a jest ich sporo – łącznie ze mną.
Kiedyś napisałam całą notkę na ten temat i może będę tu coś powtarzać, ale w tym właśnie obecnym roku te osoby spod Skorpiona to prawie wszyscy szanowni Jubilaci, bo stuknie nam to straszne 70 lat ( poza tą listą – mój brat Karol z 4.11.1946 i koleżanka z miejsca pracy, Elżbieta – ur. 5.11.1955 )
Solenizantka i jubilatka w jednym to inna Elżbieta z dn. 5.11 – przyjaciółka od liceum, kiedyś „najpiękniejsza w klasie, bez dwóch zdań” – otwiera ten poczet czcigodnych jubilatów jesiennych, a w nim kolejno: Krystyna, Maria – czyli ja oraz Barbara.
I tak wygląda kalendarz na listopad ze Skorpionem, ale i z grudniowego Strzelca i Koziorożca też się znajdą rówieśnice, a mianowicie – druga Basia ur. 15.12 oraz Janka – ur.31.12.1939 !!
Postawiłam wykrzykniki przy dacie jej urodzin, bo jest, można przyznać, dość niezwykła – chociaż każdego dnia ktoś się rodzi, ale … żeby akurat na koniec roku!
Gdyby o dzień później, koleżanka Janeczka byłaby o rok od nas młodsza…( ? )
Dziesięć lat temu, ze wspomnianymi powyżej moimi rówieśnicami ( prawie wszystkimi ) wpadłyśmy na pomysł, aby w Sylwestra tamtego roku urządzić u jednej z nas wspólne obchody naszych urodzin, czyli wtedy – 60 lat.
W pełni babska impreza odbyła się w moim mieszkaniu, bo byłam już wtedy sama i niedługo miałam się stamtąd wyprowadzić.
Miałyśmy trochę obaw przed umiejętnym otwarciem szampana, aby zawartość butelki nie znalazła się na suficie przedpokoju, bo tam była otwierana – dla bezpieczeństwa.
Do dziś się z tego śmiejemy i miło wspominamy nasz bal sylwestrowy, ale czy powtórzymy to w bieżącym roku?
Na razie nie zapadła jeszcze pewna decyzja, ale sugestie są, więc może?
No i jakoś uporałam się z tym niełatwym dla mnie tematem mej tegorocznej rocznicy urodzin, bo ta liczba naprawdę wyjątkowo mi się nie podoba i mam obawy, że może zdeprymować niektórych czytelników mego bloga.
Ale to już trudno, bo kiedyś ten mój wiek i tak jakoś by się wyłonił, więc nie ma co dłużej owijać w bawełnę.
W realu, co prawda, maskuję się, na ile mogę, bo aż tak poważnie i czcigodnie nie wyglądam – według mnie i mojego lustra, szczególnie.
A w swym wnętrzu nadal nie czuję tego brzemienia lat, jak na pewno wielu ludzi, którzy chętnie obcują z młodszymi pokoleniami i są otwarci na współczesność.
Tak kończę wreszcie swe rozważania nad tegorocznym kalendarzem i życzę sobie przeglądania jeszcze wielu kolejnych kalendarzy, pełnych solenizantów i jubilatów.

” A lato było piękne tego roku …”

  • Napisane 4 września 2009 o 23:55

” Kiedy się wypełniły dni i przyszło zginąć latem

prosto do nieba czwórkami szli żołnierze z Westerplatte.

A lato było piękne tego roku…. ”

Ten cytat od lat przychodzi mi na myśl około 1 września, a szczególnie wtedy,

gdy na styku sierpnia i września trwa jeszcze ciepła słoneczna pogoda. Często zastanawiam się także, co mogła przeżywać moja Matka, wtedy 29 – letnia, która

była w 7. miesiącu ciąży, gdy z błękitnego nieba spadły bomby na jej miasto…?

Na moje szczęście, poniekąd, była na tyle zdrową i silną kobietą, że nie urodziłam

się jako wcześniak, ale w właściwym terminie, dopiero około połowy listopada.

Wiem także, że nie zabrakło jej ze zgryzoty, mleka do wykarmienia swego dziecka w tych ,

niewątpliwie, ciężkich czasach. Ale jest bardzo prawdopodobne, że do mojej psychiki

przedostało się sporo jej lęków i atmosfery zagrożenia, choć, najogólniej, moja najbliższa

rodzina wyszła cała z tej wieloletniej tragicznej sytuacji dziejowej.

I tak to przypadła mi w udziale przynależność do pokolenia rówieśników II wojny, którego

własne urodziny zawsze jakoś, chciał, czy nie chciał, kojarzą się z tym wydarzeniem i jego kolejnymi rocznicami. I te rocznice mają dla nas na pewno bardziej subiektywny wydźwięk, niż dla innych. Ale tak na prawdę o początku wojny, o roku 1939, a i o latach 40 – tych nie wiem nic lub bardzo niewiele na podstawie autopsji, bo to przecież wczesne

dzieciństwo, spędzone zresztą w miejscu dość zacisznym i w miarę bezpiecznym. I całą wiedzę o tamtych latach mogłam poznać dopiero później z relacji starszych oraz z literatury i filmów. W mojej własnej pamięci pozostały jednak na zawsze moje doznania

i przeżycia wewnętrzne ze stycznia 1945 r. związane z działaniami wojennymi przy wyzwalaniu mojego rejonu zamieszkania, które ogromnie wzmacniają całą tą teoretyczną wiedzę o zjawisku wojny, a przynajmniej takiej wojny, jak ta sprzed 70. lat.

Żaden film nie wywołałby chyba takiego wrażenia słuchowego, jak odgłosy nadlatujących ciężkich samolotów, spadających bomb i dziwnie świszczących pocisków armatnich usłyszanych bezpośrednio przez 5 – letnie dziecko. Bo moja osobista wiedza na ten temat

sprowadza się właściwie tylko do tych wrażeń słuchowych i mglistego wspomnienia wielkiego strachu ze świadomości zagrożenia. Z wrażeń wzrokowych został mi też jedynie nieostry obraz całkowicie lub częściowo zniszczonych domów, których w moim mieście

było niewiele.

Miałam napisać kolejną notkę o przeglądaniu kartek kalendarza na drugie półrocze i zatrzymałam się na dłużej nad tą kartką, przy tej dacie, o której tak dużo się mówiło

i pisało w tych dniach, a echa jeszcze nadal pobrzmiewają.

To niech ta notka pozostanie już w tej postaci, jako mój własny udział w tegorocznych obchodach 70.rocznicy, a ciąg dalszy rozważań nad kalendarzem podejmę innym razem.

Nie będę się wdawać w żadne polityczne dywagacje w tej notce, choć przyznam, że w naszym kraju ostatnio coraz trudniej umknąć przed politykowaniem, a także przed uczuciem niesmaku z tej sfery życia.

Powtórzę raczej za poetą : ” a lato było piękne tego roku” , a także – „a na ziemi tego roku było tyle wrzosu na bukiety „.

I niech płoną znicze pamięci na Westerplatte…

Tramwaj, czyli dylemat Hamleta

  • Napisane 27 sierpnia 2009 o 12:32

Jakiś czas temu do wiedzy całego kraju dotarła sprawa zagrożenia szpitala w moim mieście, który popadł w wielkie zadłużenie i jego los wciąż nie jest pewny.
A całkiem niedawno do ogólnopolskiej świadomości doszło jeszcze jedno zmartwienie mojego miasta – „być albo nie być” naszej jedynej linii tramwajowej.
Cała Polska miała możność poznać aktualnego prezydenta Pabianic, na którego głowę, oprócz problemów szpitala, zwaliła się jeszcze niełatwa sprawa utrzymania lub nie tramwaju – jako środka komunikacji miejskiej i międzymiastowej.
Wiadomo, że przede wszystkim chodzi o pieniądze i na tym tle istnieją główne nieporozumienia między władzami miejskimi Pabianic i Łodzi oraz sprzeczność interesów.
Podobno do końca września ma zapasć ostateczna decyzja i nasz, wewnętrznie rozdarty, prezydent Dychto wsłuchiwać ma się teraz w opinie mieszkańców miasta na temat istnienia tramwaju.
W związku z powyższym włączyłam się w swoisty plebiscyt, ogłoszony w lokalnej gazecie i w internecie, a polegający na wrzuceniu do skrzynki korespondecji z prezydentem kartki następującej treści : TRAMWAJ – TAK lub, ewentualnie – TRAMWAJ – NIE.
Jako zwolenniczka naszego historycznego, tradycyjnego pojazdu, jakim jest dla mnie tramwaj, niezwłocznie podążyłam pod budynek ratuszowy i do bardzo eleganckiej, srebrzystej skrzynki, zawieszonej na jego ścianie wrzuciłam aż 10 kartek z głosem na – TAK.
Może powinnam była więcej wrzucić tych kartek z poparciem w imieniu wszystkich znajomych też popierających, ale mieszkających dalej od rzeczonej skrzynki?
W większości bowiem słyszę głosy poparcia dla utrzymania tramwaju i takie opinie zamieszczone są także na stronie internetowej lokalnego MZK, w tym głosy rożnych ekspertów, podkreślające choćby ekologiczność tramwaju w porównaniu z autobusami.
To przecież tak oczywisty czynnik, że nie trzeba być aż ekspertem, ale jaka będzie postawa społeczności naszego miasta, czy aktywnie włączy się w ten plebiscyt i czy władza miejska na prawdę rzetelnie i lojalnie wykorzysta społeczne poparcie dla tramwaju ( bo chyba takowe będzie…) ??
Jak na razie wisi nad linią tramwajową i całym miastem, przez którego całą długość ta linia przebiega, iście Hamletowski dylemat – „być albo nie być „…?


  • RSS