Przeglądasz archiwum Grudzień, 2008 .
Wyświetlam 1 - 2 z 2 notek

Lektury młodocianej Kury

  • Napisane 10 grudnia 2008 o 23:15

Zgodnie z zapowiedzią wracam do tematu moich lektur, a że to temat-rzeka na pewno znów nie uda mi się z nim rozprawić ostatecznie.
Zresztą chcę skupić się głównie na tych, które wywarły na mnie szczególny wpływ a nawet, jak sądzę, ukształtowały pewne cechy mej osobowości.
Jeśli dobrze pamiętam, do najwcześniejszych lektur należały „Przygody Koziołka Matołka -K.Makuszyńskiego, które w niedługim czasie mogłam w dużej mierze cytować z pamięci, tak ta rymowana historyjka niespotrzeżenie wchodziła do głowy.
Jednak wkrótce zrozumiałam, że znacznie bardziej podobają mi się baśnie ze słynną „Królewną Śnieżką” na czele, gdy wpadło mi w ręce prześliczne wydanie z ilustracjami z filmu Walta Disneya (oczywiście o nim samym nie miałam wtedy pojęcia, ale o filmie coś wiedziałam).
Posiadaczką tego wydania była koleżanka z klasy oraz z tej samej ulicy, która stała się wkrótce moją przyjaciółką , głownie z powodu wspólnych zainteresowań – czytanie i kino.
Dzięki zamożności rodziców jej księgozbiór był znacznie ciekawszy niż zbiory naszej skromnej biblioteki szkolnej, a ja mogłam od niej pożyczać wszystkie ówczesne bestselery literatury dziecięcej i młodzieżowej , że wymienię tu , np. – „Mały lord”, „Mała księżniczka”, „Tajemniczy ogród” , „Chata wuja Toma”, „Skrzydlate przyjaciółki”, „Krysia bezimienna”, „Panienka z okienka” i wszystkie części dziejów Ani Shirley.
Moich rodziców nie było stać na tak wiele, ale, znając moją słabość, najczęściej kupowali mi książki jako upominki imieninowe i pod choinkę.
I właśnie jednym z tych prezentów było ilustrowane wydanie „Historii Dziadka do Orzechów” – Ernsta Hoffmanna.
Byłam chyba wtedy w drugiej klasie i poznałam już sporo popularnych baśni i legend, ale ta opowieść mnie wręcz oczarowała i do dziś pamiętam to zafascynowanie.
Bardzo też żałuję, że kiedyś obdarowałam dzieci kuzynek swymi książkami i ślad po nich zaginął.
A szczególnie żal mi tego wydania „Dziadka…”, bo nigdy już takiego nie spotkałam.
To, które po latach kupiliśmy naszym dzieciom, było chyba skróconą wersją tej opowieści – a może tak mi się wydawało jako osobie dorosłej?
Nie będę teraz tego dociekać, bo niby jak?
Ta opowieść Hoffmanna była zdecydowanie bardziej tajemnicza i niesamowita niż nawet baśnie Grimmów.
To chyba z jej powodu zaczęły mnie pociągać w literaturze fantastyczne, tajemnicze historie z elementami grozy, co cechuje przeciez romantyzm, którego Hoffmann był przedstawicielem.
Ale jasne, że tego wtedy nie wiedziałam, tylko czułam, że to mi się właśnie podoba.
Byłam czytelnikiem emocjonalnym, podobnie jak i widzem w kinie.
Zanurzałam się w czytaną czy oglądaną historię po przysłowiową kokardę, tracąc kontakt z rzeczywistością, identyfikując się z bohaterami.
Taki rodzaj czytelnictwa sprzyja kształtowaniu się postawy marzycielskiej, narażaniu się też na rozczarowania wobec rzeczywistych spraw, wydarzeń i ludzi, bo zbyt odbiegają swą trywialnością od świata przedstawianego w utworach.
Ideałem mej dziecięcej wyobrażni stał się np. bohater książki H.Górskiej – „O księciu Gotfrydzie – rycerzu gwiazdy wigilijnej” ( daleko było mi jeszcze wtedy do legend o rycerzach Okrągłego Stołu) i ta opowieść niezwykle mnie urzekła, a także imię Roksana, którego wcześniej nie znałam.
I ta księżniczka miała, chyba, ametystowe ( a może turkusowe? ) oczy!
Koledze z klasy, który aktualnie mi się podobał ( a był to bardzo jasnowłosy Pawełek ) przypisywałam, oczywiście szlachetność rycerza – no, i srodze się zawiodłam.
Ale podobnie przeżywa na pewno wiele dziewczynek, nawet nie znających opowieści o dzielnym Gotfrydzie.
Ciągła pogoń za ideałem, za rycerzem, a tu same ciury w pobliżu!
Ponieważ najważniejsze były dla mnie emocje przeżywane przy czytaniu, przemawiały do mnie bardziej te lektury, które przedstawiały raczej przeżycia wewnętrzne, uczucia bohaterów, co mnie interesowało bardziej niż sam przebieg wydarzeń czy wartkość akcji.
Zdecydowanie wolałam historie smutne, a nawet ponure czy tragiczne, które przyprawiały mnie o płacz.
I ile ja się napłakałam w młodości nad książkami i filmami ( ale o filmach to innym razem ), chyba więcej niż nad faktycznymi wydarzeniami…
Ogólnie biorąc, mam taką przypadłość charakteru, że łatwo się wzruszam i płaczę, jak to jednostka emocjonalna – „ten typ tak ma”, po prostu…
Symbolicznym przykładem mych upodobań literackich może być, powiedzmy, baśń Andersena – „Mała syrenka”, którą najbardziej lubiłam.
Mam tu na uwadze, oczywiście, moje młodociane lektury, ale tę baśń i teraz lubię.
A oto, co w niej mnie urzekało: wielka niespełniona miłość, pogoń za marzeniem, uroda i tragizm postaci, niezwykłość scenerii.
W sumie wybitnie romantyczna, wręcz balladowa ( w rodzaju „Świtezianki „A. Mickiewicza ) opowieść o miłości uduchowionej.
Oczywiście, jest więcej bardzo smutnych baśni Andersena, jak choćby – „Dziewczynka z zapałkami” czy „Ołowiany żołnierzyk” lub „Choinka”, ale ja preferowałam jeszcze motyw miłości.
I to był właśnie dla mnie najważniejszy motyw w moich lekturach, pod tym kątem dobieranych przede wszystkim, choć zdarzały się i wyjątki, jak np. „Serce ” E. de Amicisa – też ukochany upominek od rodziców, obficie skropiony łzami.
Do tych mniej licznych wyjątków mogę także zaliczyć takie tytuły, jak: „Chłopcy z Placu Broni”, „Chata wuja Toma”, „Biały Kieł” J.Londona oraz powieści o psach Corwooda – „Szara wilczyca” i „Bari, syn szarej wilczycy” – wszystkie oblane łzami w mym dzieciństwie.
Kolejny męski idol małolaty to Staś Tarkowski, a w całej fabule książki – „W pustyni i w puszczy” najważniejszy był dla mnie motyw rodzącej się młodzieńczej miłości, który śledziłam z większym przejęciem niż niezwykłe przygody z Afryką w tle.
Najogólniej ujmując, wątek romansowy w literaturze był dla mnie niczym sól lub inna niezbędna przyprawa dla smakosza kulinarnego.
W dziejach ukochanej bohaterki literackiej – Ani Shirley także ten wątek pojawia się w fabule prawie od początku wraz z osobą urodziwego i sympatycznego Gilberta, co zdecydowanie było dla mnie atrakcyjnym elementem tej historii aż do szczęśliwego zakończenia.
Wraz z dorastaniem zwiększał się apetyt na romansowe wątki w literaturze i stąd choćby zainteresowanie Trylogią Sienkiewicza z tegoż powodu, a nie z przyczyny jej innych wartości ( to właściwie dopiero zasługa j.polskiego w liceum ).
” Krzyżacy” to była przede wszystkim opowieść o perypetiach miłosnych Zbyszka z Bogdańca, rozdartego między Danusią a Jagienką.
Cóż tam bitwa pod Grunwaldem!
Wątki batalistyczne nie interesowały mnie w ogóle.
Pan Zagłoba też mnie nie był w stanie wówczas zainteresować, zaś z trzech tych powieści doceniłam najbardziej – „Pana Wołodyjowskiego” jako atrakcyjną historię romansową i oczywiście rozumiałam Krzysię, która wolała pięknego Szkota od małego rycerza.
I tak to w moich lekturach w podstawówce panował kompletny galimatias i chaos, z którego właściwie dopiero w liceum i to dzięki młodej, ambitnej nauczycielce j.polskiego, wykształcił się jaki taki gust literacki, polegający na umiejętności rozróżnienia ziarna od plewy.
Tak przynajmniej z grubsza, bo z gustami, wiadomo rozmaicie bywa i nie podlegają dyskusji – co i dlaczego jednemu się podoba, a drugiemu wprost przeciwnie?
Wiek czytającego też na pewno ma tu znaczenie, bo inne sprawy interesują nas w różnych etapach życia, choć chyba też rozmaicie z tym u ludzi bywa.
Przywołałam z pamięci trochę tytułów najogólniej znanych ludziom lubiącym czytać, choć o ilu nawet nie wspomniałam, bo sama się zmęczyłam tym przypominaniem.
Na razie tyle, ale jeszcze mam zamiar wrócić do tej tematyki za jakiś czas…

Z okazji imienin

  • Napisane 4 grudnia 2008 o 01:35

W dniu 4.grudnia, jak powszechnie wiadomo, imieniny Barbary.
Data popularna głównie dzięki górniczemu świętu Barburki, bo samo imię obecnie chyba rzadko nadawane dziewczynkom.
Ja akurat znam wiele nosicielek tego imienia, ale przyznaję, że to nie są panny Basieńki, lecz dość wiekowe panie Barbary.
Najmłodsza z nich to moja pierwsza bratowa, z którą nadal mam dobry kontakt, choć już 30 lat nie jest żoną mego brata.
Wzajemnie pamiętamy corocznie o swych imieninach, tym bardziej, że w kalendarzu dzielą je tylko cztery dni.
Oczywiście nie opowiem też o wszystkich poznanych w życiu Basiach, bo było ich naprawde dużo na mej drodze.
Najdłużej znana mi Barbara to przyjaciółka z podstawówki, z tej samej klasy i ulicy, z którą od wielu lat podtrzymujemy obustronnie sentymentalny związek na odległość poprzez rozmowy telefoniczne, czasem bardzo długie ( w zależności od rodzaju abonamentu ), bo od dawna nie mieszkamy na tej samej ulicy, a nawet w różnych miastach.
Wspominałam o niej w kilku notkach odnoszących się do lat dzieciństwa.
Jak zwykle, zgodnie z wieloletnim przyzwyczajeniem, złożymy sobie okazjonalne życzenia i wymienimy informacje o naszym aktualnym stanie ducha i ciała, starając się nie epatować zbytnio trapiącymi nas dolegliwościami.
A wstrzemięźliwość w tej materii nie jest łatwa, ale bardzo pożądana, aby nie doszło do licytowania się, która ma gorzej pod jakimś względem.
Z upływem czasu mamy jednakże więcej dolegliwości niż przyjemności, ale pokrywamy to wrodzonym poczuciem humoru i nie pozwalamy sobie sprowadzać rozmowy do samego biadolenia.
Nie tak dawno przytrafiła się jej niemiła konieczność reperacji stawu biodrowego, więc skwapliwie podchwyciłyśmy pocieszający motyw, że tylko jeden się jej popsuł, a nie obydwa jak niektórym.
Bo właśnie kolejna Barbara, koleżanka z liceum czyli też rówieśnica, ma, niestety, kłopot na dwie nogi.
W jej przypadku dotyczy to stawów kolanowych i obecnie jest już po operacji jednego, a za jakiś czas drugiego.
W przypływie wisielczego humoru może się jedynie cieszyć, że nie jest trójnogiem ( w tej chwili przyszło mi to do głowy – niby dowcipne, ale chyba jednak niesmaczne pocieszenie dla zmartwionej koleżanki? ).
Zresztą, to bardzo dzielna kobieta, daleka od roztkliwiania się nad sobą i nie oczekująca na wątpliwe pocieszanie, bo wiele juz przeszła w życiu.
Należymy z nią od lat do pewnego kręgu towarzyskiego wywodzącego się jeszcze z czasów licealnych i utrzymującego się do tej pory, choć nasz stan osobowy, niestety, uległ już znacznemu uszczupleniu.
W tej grupie były aż trzy pary małżeńskie pochodzące z jednej klasy ( koleżanki i koledzy z klasy B – równoległej do mojej ).
Były trzy, ale jest już tylko jedna, bo jesteśmy potwierdzeniem reguły, że kobiety żyją dłużej.
Fakt, że nieco wyjątkowo wcześnie, za wcześnie odeszli mężowie z naszego grona w okresie ostatniej dekady.
Wspomniana Barbara, najwcześniej z nas wyszła za mąż właśnie za kolegę z klasy ( byli parą już w szkole ) i pierwsza została wdową, ponad 10 lat temu.
Ilość uczestników naszych spotkań zmniejsza się także z innych powodów, nie tylko tych ostatecznych i drastycznych.
Liczba naszych spotkań też się zmniejsza, proporcjonalnie także maleje ilość butelek czerwonego wina na stole.
I najczęściej spotykamy się w następującym składzie pięciorga osób – trzy wdowy i jedna para małżeńska, czyli cztery kobiety i ON jeden.
Kolega nie narzeka na swój los i dzielnie znosi obowiązki szarmanckiego mężczyzny, który potrafi otworzyć butelkę z winem czy szampanem i napełniać kieliszki, a my nawet dopuszczamy go do głosu, co nie jest takie łatwe przy naszej rozmowności.
I w takim gronie spędzimy tegoroczne imprezy z okazji imienin Barbary, a wkrótce Marii.


  • RSS