Przeglądasz archiwum Październik, 2008 .
Wyświetlam 1 - 2 z 2 notek

Właściwie to o niczym, na dobrą sprawę…

  • Napisane 29 października 2008 o 23:26

Wracając do poprzedniej notki, a głównie jej tytułu, to właściwie znakomita większość moich zapisków mogłaby mieć ten tytuł. Tak stwierdzam, dokonawszy przeglądu mojego bloga, w którym chętniej piszę o przeszłości, lub choćby do niej nawiązuję, niż o terażniejszości, o mojej obecnej codzienności. Widocznie nie znajduję w sobie odpowiedniej motywacji do pisania pamiętnika, a raczej dziennika z doniesieniami o przebiegu mojego aktualnego życia, a przecież żyję – czymś się zajmuję, przejmuję, denerwuję, cieszę, smucę. Żyję – ale co to za życie?
I o czym pisać, skoro dzień do dnia podobny i nie dostarcza mi tematu do „wypracowania”,
bo takim mianem określa moja córka blogowe pisarstwo matki. Mówi ona : – „piszesz okrągłe wypracowania na temat i o klasycznej strukturze – wstęp, rozwinięcie, zakończenie.” A zatem – rutyna, nuda, akademizm i na siłę wyszukiwane tematy, czyli brak spontaniczności, wiarygodności ( to już moja własna konkluzja, wysnuta z jej wypowiedzi odnośnie matczynego blogu, który ona aż tak bardzo nie skrytykowała ).
No, i cóż poradzę na to, że poniekąd jestem zanurzona do połowy w przeszłości i to, co było, nabiera jakiegoś nowego wymiaru, pewno z powodu perspektywy czasu. To chyba ma też związek z wiekiem, w którym nieco koloryzuje się przeszłość, usprawiedliwia dawne postępki i wybory albo też odsuwa od siebie w niepamięć, bo i tak bywa.
A jeśli chodzi o moje notki – wypracowania, to widocznie już taki nałóg wyniesiony ze szkoły
i utrwalony praktyką nauczycielki j.polskiego czy też taka ułomność umysłowa – pisania na określony temat, założony z góry i przy pomocy poprawnego,starannego języka, bez emocjonalnej dosadności. W sumie faktycznie sztampa i nuda w przeciwieństwie do niektórych blogów, w których bardzo zauważalna jest ekspresja, swoboda wypowiedzi, a nawet odwaga w doborze środków wyrazu. Sama chętnie takie blogi czytam i podziwiam literackie talenty ich autorek ( nie znam męskich blogów, jak dotąd – tak się złożyło), cięty język, dowcip. No , nie są to faktycznie szkolne wypracowania czy też „szmat wspomnień kozackich”( jedno z ulubionych określeń mojej córki).
A tymczasem niedługo będę sobie obchodzić rocznicę mojego uczestniczenia w blogowej działalności, więc trochę już tych wypracowań popisałam jako Kwoka na Dolinie, przejąwszy schedę po latorośli. I to tyle „na dzień dzisiejszy” ( uroczy kwiatek językowy naszych czasów).

Na wspomnienia fali…

  • Napisane 18 października 2008 o 11:14

Przypadkiem usłyszałam z radia o premierze spektaklu – „Kram z piosenkami” L.Schillera w teatrze „Syrena”, oczywiście w Warszawie. I odezwały się wspomnienia, i wyruszyłam w sentymentalną podróż w głąb swej pamięci, aby zatrzymać się w 1961 r. czyli dawno, bo nawet w minionym stuleciu ( niedługo, a będę się czuła niczym Dąb Bartek). Było to wczesną wiosną owego roku, kiedy to, wraz z uczelnianą koleżanką, musiałam pojechać do stolicy w ważnej dla nas sprawie, a mianowicie konsultacji z promotorem naszych prac magisterskich. Otóż nasz promotor ( pisałam już o nim w notkach) mieszkał w Warszawie, skąd przyjeżdżał na nasz UŁ i trzeba trafu, że trafił mu się zawał serca ( na szczęście niezbyt ciężki) i raczej było wiadomo, że do końca roku akademickiego nie będzie pracował. Pechowe wydarzenie dla jego studentów, a głównie magistrantów jak właśnie my.A był to przecież najmłodszy z profesorów, chyba wówczas zaledwie 40 – latek, więc kto by się spodziewał. I tak to jego podopieczni nawiedzali go w domowych pieleszach, mając przy okazji wycieczkę do stolicy. Na tę naszą wyprawę zabrała się jeszcze jedna moja kumpelka spoza uczelni, a zaplanowałyśmy sobie jak najbardziej atrakcyjny program na jakieś 3 dni pobytu. Cele zasadnicze tego pobytu to, oczywiście, stricte naukowe dla dwóch z nas – a więc wizyta u profesora oraz dotarcie do pewnych materiałów, dostępnych tylko w czytelni Biblioteki Narodowej. I to był podstawowy powód wyjazdu, ale nasz program zakładał takie atrakcje, jak – teatry, kawiarnie i – koniecznie słynny Bazar Różyckiego. Zrealizowałyśmy ten program maksymalnie, bo zaliczyłyśmy aż dwa spektakle :

„Indyka” w Teatrze Dramatycznym i …właśnie „KRAM z piosenkami” w Ateneum. W „Indyku” Mrożka grał wtedy śmiesznie młody Wojciech Pokora ( innych aktorów już dzis nie pamiętam, niestety ). Jeśli chodzi o „Kram …”to właściwie taki samograj dla teatrów, jedno z najczęściej granych przedstawień , z typu „rozrywka łatwa i przyjemna” i w dużej mierze jego ranga zależy od inscenizacji i wykonawców. Wtedy w teatrze Atenum byłam oczarowana tym widowiskiem oraz szalenie mi się podobał Roman Wilhelmi, o którym jeszcze niewiele wiedziałam, bo to przecież dopiero początek jego drogi aktorskiej. Występowała tam także Irena Santor, bo to przeciez widowisko słowno- muzyczne. Osobiście bardzo lubię w tym przedstawieniu obrazek z okresu młodopolskiego z przedstawicielami cyganerii, którzy śpiewają – „chociaż buty,buty podarte, ale eviva l’arte „. Gdybym mieszkała w W-wie może wybrałabym się jeszcze raz na ten spektakl, tym razem do teatru Syrena, w którym jeszcze nie byłam. Ale nie mieszkam i nie pojadę, choć w stolicy byłam ostatnio oj, oj, oj – no, dawno, ale bywałam tam jeszcze po tym pamiętnym roku 1961.

Ale juz nigdy więcej na Bazarze Różyckiego, który wtedy był jakby żywcem wyjęty z twóczości L.Tyrmanda, a dwie zagraniczne bluzki, jakie tam nabyłam, służyły mi bardzo długo, choć były to ciuchy nie pierwszej młodości, ale za to extra.


  • RSS