Przeglądasz archiwum Czerwiec, 2008 .
Wyświetlam 1 - 5 z 5 notek

Parasol noś i przy pogodzie…

  • Napisane 29 czerwca 2008 o 12:08

Zasadniczo staram się nie myśleć o swym – hmm, powiedzmy, poważnym wieku, a czasami w ogóle o nim nie pamiętam, jeśli nie przeglądam się w lustrze przez okulary do czytania, co mi się raczej rzadko zdarza.

Ciągle mi się wydaje, że wyglądam młodziej niż niektóre moje rówieśnice i niż wykazuje moja metryka.
Ale widocznie nieco inaczej postrzegają mnie bliźni, bo np. młodzi mężczyżni ustępują mi miejsce w tramwaju ( rzadko, gdyż uprzejmość ogólnie jest rzadkim zjawiskiem oraz nieczęsto korzystam z tych pojazdów ).

A bywa też, że jakaś mocno starsza pani w tymże pojeździe dziwi się do mnie głośno, że jeszcze kasuję bilet ( przecież ulgowy! ), bo ona już nie musi!

O rany, to jak ona mnie widzi?!

Ale pocieszam się, że po prostu z jej wzrokiem jest nie najlepiej i to dlatego…

Jednak zdarzają się sytuacje, które wyprowadzić mogą niemłodą kobietę z dobrego samopoczucia w kwestii swego wyglądu.

A oto przykładowa sytuacja, niedawno przeżyta: siedzimy sobie z koleżanką ( nota bene – siwowłosą, bo ja akurat mam nadal brązowe włosy ) na ławce przy miejskim skwerku, do której zbliża się młodzian z pieskiem na b.wyciągniętej smyczy, który to piesek zaczyna obwąchiwać nogi koleżanki.

Piesek, wprawdzie nieduży, podobny do kominiarskiej szczotki, oczywiste, że bez kagańca – bo przecież niegroźny, choć zęby posiadał.

Znajoma nie skorzystała w tym momencie z przykładu Kondrata z „Dnia świra” i nie odkopnęła pieska w kierunku pana, ale dość podniesionym głosem dała wyraz swemu niezadowoleniu z bliskiego kontaktu z pyskiem pieska i dezaprobacie wobec postępowania właściciela.

No i miałyśmy obie za swoje i nie swoje, ponieważ usłyszałyśmy bardzo krytyczną opinię młodego człowieka o starych babach, które się przyczepiają do wszystkiego i są, wiadomo, „upierdliwe”.

Poczem oddalił się, zostawiwszy nas w nie najlepszym nastawieniu do świata, a szczególnie do młodych, którzy nie lubią starych kobiet z samego założenia.

A najgorsze, że te stare baby to niby my – to my?

I to nie koniec tego incydentu, bo nie zdążyłysmy jeszcze go dobrze omówić, gdy młodzian z pieskiem – szczotką wracał tą samą drogą, ale nieco dalej od ławek i z pewnego oddalenia dokończył swą wypowiedz przypomnieniem o obyczajach Spartan, którzy, bardzo słusznie, niepotrzebne jednostki zrzucali ze skał.

Miałyśmy wyjątkowe „szczęście” natrafić na chyba trochę szurniętego młodego ” intelektualistę”, który okazał się trudniejszy do spławienia niż jakiś zwykły menel, co to można mu odkrzyknąć po prostu: „spieprzaj, dziadu!”

W zasadzie ta konstatacja o niezrównoważeniu owego młodziana nieco osłabiła nasze przykre doznania i w końcu nieźle się pośmiałyśmy z tego wydarzenia.
Rozśmieszałyśmy się dodatkowo, wyobrażając sobie, jak rzucamy się na niego z parasolkami i żałując, że ich nie mamy przy sobie, bo piękne letnie popołudnie.

Ano właśnie – „noś parasol i przy pogodzie”, bo nie wiadomo, do czego może się niespodziewanie przydać…

Blondynka z legitymacją

  • Napisane 16 czerwca 2008 o 13:58

Nie mam chęci pisania o sprawach publicznych, o aktualnej polityce w naszym kraju nad Wisłą ani o swych poglądach na te tematy, choć niewątpliwie takowe posiadam, aczkolwiek czasami sama się w nich gubię z powodu otaczającego mnie galimatiasu i niekończących się sporów między czołowymi partiami politycznymi.

Natomiast nie mogę oprzeć się chęci przybliżenia pewnego wspomnienia z czasów, gdy byłam jeszcze młodą blondynką, która skusiła się na przynależność do jedynej czołowej partii z przyczyn raczej towarzyskich niż na serio politycznych, jak przystało na typową blondynkę z kawałów.

Tak to dziś widzę z perspektywy czasu, bo nie dlatego, że teraz chcę wybielać swoją zbrukaną przeszłość i na siłę wyszukuję inne motywy wstąpienia do PZPR.

Byłam wtedy świeżo upieczoną nauczycielką, a prawie każdy dyrektor szkoły ( chyba nawet
każdy ) starał się o powiększanie liczby partyjnych w składzie grona pedagogicznego, więc
szybko mi tę propozycję złożył.

Nie należałam wcześniej do żadnych organizacji, nie byłam typem działaczki, bo zawsze bardziej wolałam życie prywatne, sprawy osobiste niż społeczno-polityczne i jakieś zebrania, poza koniecznymi w pracy, mnie nie pociągały.

Ofertę dyrektora potraktowałam pozytywnie, ponieważ partyjna grupa grona była znacznie
fajniejsza od kilkorga bezpartyjnych, akurat wyjątkowo nieciekawych ludzi.

A przede wszystkim, ponieważ była to komórka partyjna dwu szkół, członkiem partii był pewien kolega z tej drugiej szkoły i tylko na zebraniach mogłam go widywać, będąc jego cichą wielbicielką.

Moje pochodzenie rodzinne, lewicowy i laicki światopogląd również pozostawały w zgodzie
z linią tej partii i pod tym względem nie miałam, i nie mam sobie nic do zarzucenia, poza tym,
że to nie pobudki ideowe i chęć działalności politycznej czy kariery zawodowej mną kierowały,
a zwyczajna prywata i sentymentalność głupiutkiej blondynki, oczarowanej urodziwym kolegą -
towarzyszem partyjnym,( zgodnie z ówczesną nomenklaturą.)

Kolega – towarzysz był nie do zdobycia, niejedna blondynka na niego leciała poza tym, więcej szczegółów nie przytoczę.

Oczarowanie minęło, a przynależność partyjna raczej rozczarowała, i często kolidowała z prywatnym wolnym czasem, a także z narastającym niezadowoleniem w społeczeństwie i również we mnie.

Ale wypisanie się z partii nie było prostą sprawą, chyba że sama by zechciała wykluczyć niegodnego członka, powołując odpowiednie procedury.

Członek – towarzysz, który w jakiś sposób naraził się partii, powodował był uruchomianie takiej procedury, jak zwołanie tzw. egzekutywy i postawienie przed nią owego delikwenta.

Obecnie działają chyba w partiach jakieś komisje dyscyplinarne, które przywołują
do porządku, a nawet wykluczają, czyli podobnie jak ówczesna egzekutywa.

Narazić się można było np. częstą nieobecnością na zebraniach partyjnych czy choćby zagubieniem legitymacji członkowskiej, co akurat mi się zdarzyło i do głowy mi nie przyszło, że będę miała z tego powodu „bliskie spotkanie trzeciego stopnia” z egzekutywą na szczeblu aż miejskim ( niższy szczebel stanowiły te przy podstawowych organizacjach).

Okazało się, że utrata legitymacji jest tak poważnym wykroczeniem, iż trzeba się tłumaczyć z tegoż przed tak wysoko postawionym ciałem, w skład którego wchodzili różni ważni notable, jak np. dyrektorzy zakładów pracy czy instytucji kulturalno-oświatowych, z samym sekretarzem miejskiego komitetu partii na czele.

Do tego sama nie czułam się osobą winną, a raczej poszkodowaną, ponieważ skradziono mi, nie
wiadomo kiedy i jak, wszystkie dokumenty osobiste, wraz z tą niezwykle ważną legitymacją, jak
dla kogo, bo dla mnie bardziej dotkliwy był nagły brak dowodu i legitymacji nauczycielskiej,
uprawniającej do ulgowych przejazdów.

I nie dość tych kłopotów, to przyszło mi wystąpić w roli oskarżonej o zaniedbania w opiece nad chlubną legitymacją członka partii rządzącej przed samą miejską egzekutywą w siedzibie komitetu miejskiego.

No, przeżycie nie zapomniane!

Tragifarsa, śmiem rzec, bo nie powiem, że nie byłam zdenerwowana przed tym występem, a zarazem rozbawiona w trakcie całej tej ” imprezy „, gdy zadawano mi dziwne, wręcz śmieszne pytania, dotyczące okoliczności utraty legitymacji.

Myślę, że w końcu męska część składu egzekutywy, czyli zdecydowana większość, została również rozbawiona moimi argumentami, jak np. że kobieta często zmienia torebki w zależności
od stroju i przekłada dokumenty z jednej do drugiej torebki wraz z innymi licznymi utensyliami, więc może się jej wymknąć spod kontroli ich kompletność i nie zauważy braku któregoś z nich, itp.

Więc już nie pytano mnie o dalsze szczegóły częstotliwości wymiany torebek i ich bogatą zawartość, tylko potraktowano to jako jednak okoliczność łagodzącą i, po udzieleniu drobnej nagany, zlecono wyrobienie nowej legitymacji w odpowiednim referacie komitetu miejskiego, ale z członkostwa nie zwolniono, a szkoda.

Moja naiwność blondynki okazała się bardzo skuteczna w obronie mej przynależności.

Ale było to już na krótko przed brzemiennym w skutki rokiem 1980, kiedy rządząca partia na tyle utraciła swą moc, że bez kłopotu można było… oddać ową uciążliwą legitymację, co niezwłocznie uczyniłam wraz z bardzo liczną rzeszą zniechęconych członków.

Po latach moje dorastające dzieci z rozbawieniem przyjęły do wiadomości powód partyjności swej matki – niegdysiejszej młodej blondynki, wrażliwej na urok przystojnego członka partii.
Nigdy więcej żaden przystojniak nie skusił mnie do podobnego kroku i pozostaję osobą nie zrzeszoną do tej pory.

Ostatnio u felietonisty lokalnej gazety znalazłam znamienne zdanie, które zacytuję:
„Zważywszy na to, jacy ludzie są dziś – Kimś, można tylko mieć radochę z bycia …nikim. „

Właściwie taką opinię można odnieść do różnych etapów życia w naszym kraju, a może i nie tylko w naszym?

I co z tym światopoglądem?

  • Napisane 11 czerwca 2008 o 01:54

Na jednym ze znajomych blogów pojawił się ( zresztą, nie pierwszy raz ) problem, często kontrowersyjny, ochrzczenia potomka.

W naszym kraju nie jest to łatwa sprawa dla rodziców, którzy kiedyś zaliczeni zostali do wspólnoty katolickiej na skutek właśnie chrztu, a w ciągu dorastania oddalili się od praktykowania tej wiary, a nawet stali się agnostykami bądź ( jeszcze dobitniej ) ateistami.
Mniejszy problem mają ci, którzy zmienili wyznanie i podlegają obowiązkom innego kościoła, bo katolicki mają już z głowy.

Nie wiem sama, jak długo jeszcze borykać się będą ludzie z tym stosowaniem sakramentów wiary katolickiej, wręcz powszechnej w naszym kraju, choć często powierzchownej, a nawet sztucznej i udawanej, aby się nie narazić rodzinie, znajomym, sąsiadom lub tzw.opinii ogółu, kto by nim nie był.

Jeśli o mnie chodzi, to trzy sakramenty zaliczyłam w wieku jeszcze dziecięcym, na bierzmowaniu kończąc ( w 7.klasie) i w pełnym przekonaniu o ich ważnosci, a nawet z przejęciem.
Zachwycona swą nową Przyjaciółką – Elżbietą – jej imię przyjęłam przy bierzmowaniu w tłumie innych dzieci przed parafialnym kościołem, a w kolejnych latach potem coś się zaczęło zmieniać w mym światopoglądzie i stosunku do kościoła.

Nikt mnie nachalnie nie indoktrynował w jedną czy drugą stronę, ale na pewno szkolna wiedza, lektury, otoczenie takich a nie innych ludzi – suma tych wszystkich czynników robiła swoje.

Ponieważ rodzice byli katolikami też tylko z chrztu i nie chodzili do kościoła, moje podejście do spraw wiary było im obojętne i miałam wolny wybór.

W odróżnieniu od niektórych koleżanek z bardziej pobożnych rodzin nie musiałam się maskować i staczać żadnych batalii w obronie swych nowych poglądów.

Co prawda nigdy nie przeprowadziłam formalnej apostazji i przyznam się, że w młodości, i jeszcze długo potem, nic o takiej procedurze nie wiedziałam.

Uważałam, że to tylko moja osobista sprawa, a może i nie do końca byłam siebie pewna?

Pierwszym odrzuconym świadomie sakramentem był ślub kościelny i to w uzgodnieniu z partnerem, który miał to samo zdanie.

Poza tym oboje byliśmy już tak dorośli i niezależni materialnie, że decyzja należała tylko do nas.

Natomiast nie mieliśmy już takiej pewności w kwestii chrztu naszego dziecka, choć i w tym wypadku rodziny nie mogłyby wywrzeć na nas presji.

Rodzice męża, praktykujący katolicy, ale w miarę tolerancyjni wobec swego jedynaka, nie wyobrażali sobie jednak, aby nie ochrzcić dziecka – ich wnuka.

Aby nam ułatwić to zadanie, sami podjęli się organizacji chrztu w ich parafialnym kościele we wsi, gdzie mieszkali i gdzie również mieliśmy spędzać lato.

Ponieważ sami nie byliśmy przekonani czy mamy prawo pozbawiać dziecko wstępu do wspólnoty katolickiej w myśl naszych poglądów ( czyli naszego widzimisię ), przystaliśmy na tę propozycję.

I tak chrzest naszego pierworodnego odbył się w wiejskim kościele, w rodzinnej wsi jego przodków, przypadkowo w dniu imienin jego babki Janiny, czyli impreza dwa w jednym, bo nie obyło się bez przyjęcia dla uczestników.

Synek był już dorodnym półrocznym bobasem, który dzielnie zniósł kontakt z wodą święconą i nie sprawił kłopotu swym chrzestnym.

A co najważniejsze dla nas, a przynajmniej dla mnie, jako rodzice nie musieliśmy spełniać żadnych koniecznych powinności wobec kościoła w zamian za chrzest dziecka, z wyjątkiem oczywistej opłaty za usługę.

Nawet nie musieliśmy być przy tym obecni, z czego skorzystałam wtedy i za rok – z okazji chrztu córki – i w towarzystwie mojego bezbożnego ojca.

W drugim wypadku również i w towarzystwie mamy, która mi pomagała w szykowaniu obiadu, bo tym razem wydarzenie chrztu miało miejsce w naszym mieście i jakoś to sama załatwiłam bezboleśnie w swej parafii.

W tamtych czasach PRL-u kościół nie miał tej siły przebicia jak obecnie i rodzicom nie narzucał żadnych warunków, które mogłyby ich zniechęcić do ochrzczenia dziecka – żadnej koniecznej kartki od spowiedzi czy wzięcia nagle kościelnego ślubu lub bierzmowania.

Może i teraz jest to możliwe za odpowiednią opłatą w wypadku niewierzących rodziców, ale tego dokładnie nie wiem.

Osobiście znam przypadki bardzo konfliktowych zajść rodzinnych na tle sakramentu chrztu, gdy rodzice i dziadkowie zamieniali się w dwa wrogie obozy na długie lata.

Niedawno usłyszałam od dawnej koleżanki kapitalną historię z jej życia rodzinnego.

A mianowicie, po raz pierwszy bardzo naraziła się swej pobożnej rodzinie rozwodząc się w kilka lat po ślubie kościelnym i wstępując w ponowny cywilny związek z rozwiedzionym i dużo starszym mężczyzną, do tego zdeklarowanym ateistą.

Sama koleżanka brała tamten ślub kościelny jako młoda dziewczyna w zgodzie raczej z poglądami rodziny niż z własnymi.

Pod wpływem drugiego męża jej laickie poglądy jeszcze się pogłębiły i gdy urodziła syna, podjęli zgodną decyzję nieochrzczenia go.

Z powodu komplikacji zdrowotnych po ciężkim porodzie przez cały urlop macierzyński przebywała w domu rodziców, korzystając z pomocy matki i ciotki, które także zadeklarowały dalszą opiekę nad dzieckiem po jej powrocie do pracy.

Koleżanka bardzo ceniła swoje miejsce pracy, gdzie zajmowała odpowiedzialne stanowisko kierownicze ( związane z jej wykształceniem), a przedłużanie urlopu groziło jego utratą, więc ta opieka nad dzieckiem była bardzo przydatna.

Mąż był także ważną personą w swym prawniczym fachu, więc na jego pomoc zupełnie nie mogła liczyć.

I tak koleżanka została postawiona pod ścianą, bo rodzina gwarantowała opiekę nad dzieckiem pod warunkiem ochrzczenia go, na co mąż absolutnie nie wyrażał zgody.

Wybrała wtedy sama to, co było jej na rękę – czyli chrzest syna załatwiony przez rodzinę, bez jej obecnosci i w tajemnicy przed mężem.

Trzeba było tylko uważać, aby się z tym nie wydać, ponieważ mąż to człowiek bardzo zasadniczy, a nawet sztywny w swych poglądach, co ogólnie jej nie przeszkadzało w miłości do niego.
Ich syn dalej już był wychowywany w zgodzie z laickim światopoglądem, bez lekcji religii i kolejnych sakramentów, a także bez wiedzy o swym chrzcie.

Dotrzymywania tej tajemnicy wymogła koleżanka na swej rodzinie, bo to był jej warunek przy wyrażeniu zgody na chrzest.

I tak to trwało przez długie lata, ale jednak się wydało…

Matka koleżanki, bardzo wiekowa i cierpiąca już na demencję, zapomniała o tym sekrecie i „palnęła coś w rozmowie” w obecności jej męża.

Podobno wtedy ich wieloletnie małżeństwo zawisło na cienkim włosku, ale ostatecznie skutkowało to długim, chyba wielodniowym, pełnym urazy milczeniem ze strony męża, nim udało się jej wytłumaczyć mu tę decyzję sprzed lat oraz ukrywanie prawdy.

W życiu jej syna, już dorosłego ateisty, ta wiadomość też niczego nie zmieniła, ale trochę zamieszania rodzinnego było.

A dowiedziałam się o tych szczegółach dopiero niedawno przy okazji naszych ostatnio odnowionych kontaktów i rozmów na tematy egzystencjalne.

Moje lektury

  • Napisane 3 czerwca 2008 o 04:22

„Liliowy bez w bujnych kiściach opadał z krzaków, rozkołysany, pachnący. Kielichy narcyzów, przeczysto białe, wonne, pełne były chłodnej rosy; żółte oczy kwiatów w czerwonej rzęsie wyglądały jak załzawione…

Wspaniale przystrojone kwieciem drzewa stały uroczyste.

Wiśnie stały osypane bielą kwiatów niby szeregi dziewcząt idących do ślubu w białych welonach.”

Oto cytaty, które mogą posłużyć jako typowe przykłady tzw. stylu kwiecistego i pochodzą
z powieści będącej przebojem czytelniczym XX-lecia międzywojennego szczególnie, ale
i lat póżniejszych, zanim nie doczekała się ostatecznego potępienia ze strony krytyki literackiej jako tzw.szmira, czyli kicz.

Ten kwiecisty, egzaltowany styl urzekł mnie, jako naiwną nastolatkę, której wpadła w ręce ta owiana legendą książka, a mianowicie zniszczone przez zaczytanie, przedwojenne wydanie ” Trędowatej” – Heleny Mniszkówny.

Mimo swego młodego wieku byłam już bardzo oczytana, bo począwszy od elementarza, zakochałam się w słowie pisanym i rzucałam się na książki jak głodny na jedzenie, czytając, co popadło, z różnych źródeł oprócz szkolnej biblioteki.

Byłam pasjonatką książek, ale przecież gust czytelniczy dopiero mi się kształtował, a istnienia krytyki literackiej i jej werdyktów nawet nie podejrzewałam.

Równocześnie czytałam literaturę dla dzieci, jak np. ” Przygody Koziołka Matołka” czy różne bajki i baśnie, powieści dla panienek z dobrych domów – np. „Mała księżniczka”, dla chłopców – np. „Chłopcy z Placu Broni „, dla dorastających dziewcząt – cały cykl o rudej Ani (szczególnie uwielbiane), „Panna Irka ” i „Dzikuska” – Ireny Zarzyckiej (dziś chyba zapomniane) po literaturę dla naprawdę dorosłych, jak np. „Hrabia Monte Christo” czy „Przeminęło z wiatrem „, „Krystyna, córka Lawransa”, „Dama kameliowa ” a nawet (o zgrozo!) – „Dzieje grzechu „.

Wybrałam, oczywiście, kilka zapamiętanych tytułów dla zilustrowania mej dowolnej, pozbawionej jakiejś rozsądnej kontroli, lektury od Sasa do lasa, pochłanianej w czasie wolnym poza obowiązkową lekturą szkolną, która zlecała opowiadania B.Prusa – jak ” Antek ” czy ” Anielka „( bardzo wzruszająca ), Konopnickiej, Orzeszkowej, Sienkiewicza – np. „Latarnik „.

Niektóre utwory słynnych klasyków nawet też mi się podobały z wyjątkiem jednak ” Placówki ” B.Prusa, do której nigdy się nie przekonałam, mimo całego szacunku dla tego autora „Lalki ” i ” Faraona”, a nawet „Emancypantek”.

A wybór tych czytanych wtedy książek był zupełnie przypadkowy, bez żadnego klucza i na żywioł, co znalazłam na półkach w domach koleżanek i różnych znajomych, często dorosłych ludzi, którzy posiadali je jeszcze z czasów przedwojennych, bo powojenny rynek wydawniczy był dopiero w powijakach.

A niektóre z tych książek nigdy nie ukazały się w księgarniach wyzwolonej ojczyzny, bo zmieniły się czasy i trendy oraz gusty cenzury i najwyżej na czarnym rynku można było znależć dawne popularne czytadła.

I jedyny raz w swym życiu zetknęłam się z takim zjawiskiem jak prywatna biblioteka, której właściciele (zresztą wiekowi) udostępniali swe zbiory w swym mieszkaniu z pewną odpłatnością i pokwitowaniem.

Korzystali z tej dość zasobnej biblioteki okoliczni sąsiedzi oraz znajomi znajomych, bo była to chyba pokątna działalność i dla wtajemniczonych.

No i dla dorosłych, ale „bibliotekarze” byli krewnymi mojej koleżanki, też namiętnej czytelniczki, która mnie tam zaprowadziła pod warunkiem dochowania naszej wspólnej tajemnicy i tylko my dwie byłyśmy małoletnimi czytelnikami.

Nie trwało to już zbyt długo, bo coś spowodowało, że przestałam korzystać z tego zródła, ale już nie pamiętam przyczyny.

Pozostało mi mgliste wspomnienie pokoju z oszklonymi szafami pełnymi książek i moje zdumienie, że ktoś ich tyle zgromadził i to w bardzo dobrym stanie mimo ich wieku, bo w większości pochodziły z początków XX w. i na ogół miały oprawę introligatorską.

Pożyczałyśmy stamtąd książki zupełnie nieodpowiednie dla naszego niewinnego wieku i dziś uważam, że nie było to najmądrzejsze postępowanie i mogło niekorzystnie działać na naszą psychikę, a także wypaczać gust czytelniczy, co niewątpliwie nastąpiło, skoro wzbudzały nasz
zachwyt utwory pisane owym kwiecistym stylem jak przykładowa „Trędowata”.

Wtedy nie znałyśmy jeszcze słynnej parodii tej książki oraz zbliżonej do niej twórczości niejakiego Pawła Staśko (Staśki), którego poznałam jako autora romansowej historii pt. „Kwitnące sady ” i już sam ten tytuł tak mnie urzekł, że go pamiętam do dziś w przeciwieństwie do fabuły.

Książkę Magdaleny Samozwaniec p.t. „Na ustach grzechu „, czyli właśnie tę parodię grafomańskich romansów, poznałam dopiero w dorosłym wieku, gdy już sama przewartościowałam swe upodobania czytelnicze i mogłam się szczerze pośmiać wraz z jej autorką, znaną mi wcześniej z biograficznej – „Marii i Magdaleny” .

Wtedy w latach szczenięcych raczej byłabym skłonna odrzucić tę parodię, jako niestosowny i złośliwy żart na temat „Trędowatej” – taakiej pięknej i oblanej łzami ( zresztą nie tylko moimi, oj, nie! ) powieści, dodatkowo spopularyzowanej przez ekranizację, i to niejedną.

Na razie tyle o moich lekturach, ale to temat jak rzeka, przynajmniej dla mnie, więc zamierzam jeszcze do niego powrócić – niebawem…

Radosny dzień – mimo wszystko…

  • Napisane 1 czerwca 2008 o 16:38

Dziś radosny dzień – niedziela spotkała się z ustalonym na datę 1.czerwca Dniem Dziecka.

Pogoda też się spisuje na medal od samego rana, aż „serce roście”, cytując mistrza Jana z Czarnolasu.

Wysłałam już życzenia wszystkim dzieciom z bliskiego kręgu za pomocą różnych elektronicznych mediów w postaci sms-ów graficznych tudzież wirtualnych pocztówek i odczuwam również w sobie zadowolenie własnego ukrytego dziecka.

A tak niedawno temu cieszyłam się przecież z bycia matką – z samego faktu, bo losy nie wszystkich mych dzieci dostarczają mi zadowolenia, choć mam ich tylko dwoje.

Widać dla jakiejś równowagi w naturze ich pomyślność życiowa ma się do siebie jak plus do minusa.

Czy to dlatego, że syn urodził sie w niedzielę ( ale bez czepka ), a córka w pochmurny piątek, zaś ich kody genetyczne ułożyły się w różnych konfiguracjach?

Dla mojej równowagi duchowej ma to niewątpliwie duże znaczenie, że zmartwieniu o córkę mogę przeciwstawić radość z sukcesów syna, ale też się czasem boję, by nie cieszyć się zbyt pochopnie.

Bo w życiu jak na huśtawce – raz na górze, raz na dole…

Ostatnio dobra wiadomość od syna dotyczyła pomyślnego wyniku z egzaminu kompetencyjnego mej wnuczki ( pisałam o nim w kwietniu ) na koniec podstawówki – na 40 punktów uzyskała aż 37, więc dużo i chyba ma otwartą furtkę do wybranego gimnazjum.

Także kilka dni temu obchodziła dość atrakcyjnie już 13- tą rocznicę urodzin i jej wygląd zewnętrzny też już mniej przypomina tak niedawne dziecko, co mnie aż zaskoczyło podczas pobytu w Krakowie.

Te 9 lat różnicy między nią a jej braciszkiem jeszcze bardziej się uwidoczniło z powodu sporego skoku wzrostu i osiągniętej, także niedawno dojrzałości płciowej, w co zostałam wtajemniczona z pewnym zażenowaniem z jej strony.

Wnuczek, moje oczko w głowie, też dorodny przedszkolaczek, więc są powody do zadowolenia!

Ale u mojej córki, niestety, co się polepszy – to się popieprzy, ciągła huśtawka i brak wyrażnych zapowiedzi na jakąś stabilizację i poprawę.

I są powody do zmartwienia, choć robimy, co możemy, by się dzielnie trzymać i dostrzegać jaśniejsze strony rzeczywistości, i śmiać się przez łzy.

Składam teraz najlepsze życzenia tym wszystkim dzieciom, których jeszcze nie pozdrowiłam dzisiaj – przede wszystkim zaś latoroślom blogowych znajomych ( córki i moich).

Nie będę wymieniać imion, bo mogłabym kogoś niebacznie pominąć i byłoby przykro.

Niech żyją wszystkie nasze blogowe dzieci – w zdrowiu, szczęściu i radości wraz ze swoimi radosnymi rodzicami, hip, hip – hurrraaa!


  • RSS