Przeglądasz archiwum Kwiecień, 2008 .
Wyświetlam 1 - 6 z 6 notek

Co z tymi lekturami szkolnymi?

  • Napisane 28 kwietnia 2008 o 13:13


Dysputy i spory nad doborem autorów i ich utworów do kanonu literackiego w szkołach trwają właściwie od zawsze, ale czasami szczególnie przybierają na sile.

Po pierwsze: kolejny minister oświaty ma, jak zwykle, swoje propozycje do weryfikacji i zmian na liście szkolnych lektur, a po drugie: ostatnia afera wokół niedawnego egzaminu w gimnazjach dotyczy właśnie problemu lektur.

Naczytałam się o tej sprawie w ” GW „, porozmawiałam z zainteresowanymi, jak np. z koleżanką, której dwie wnuczki (nota bene – bliźniaczki, kompletnie niepodobne do siebie) są w ostatniej klasie gimnazjum i też stracą cenne 16 punktów z powodu tego dziwnego nieporozumienia.

I jak to z aferami bywa – są pokrzywdzeni, domagają się sprawiedliwości, apelują, protestują, a winnych nie można się definitywnie doszukać.

Ciekawe, jaki będzie finał tego niejasnego wydarzenia – czyżby trzeba uruchomić kolejną sejmową komisję śledczą?

Chcę mieć nadzieję, że znajdzie się rozsądne rozwiązanie, aby nie dopuścić do całkowitej kompromitacji dorosłych przed młodzieżą, bo tak to, niestety, wygląda.

Ponieważ z racji posiadania wnuczki, kończącej podstawówkę, interesuję się problematyką szkolną, z ciekawością przejrzałam listę lektur szkolnych, porównując przy okazji z zestawem moich własnych obowiązkowych lektur.

To porównanie świadczy niezbicie, że pewne pozycje w tych zestawach istnieją od dziesiątków lat jako żelazny kanon polskiej literatury, który powinien znać każdy średnio wykształcony obywatel mimo zmieniających się okoliczności polityczno-społecznych.

Mam tu na myśli tylko pisarzy polskich i takie utwory, jak np. owe ” Syzyfowe prace” S.Żeromskiego, o które, między innymi, poszło w tym nieporozumieniu gimnazjalnym.

Podobno istnieją jakieś sugestie o wyłączeniu tej książki (aktualnie lektura
w II kl.gimnazjum, więc ja nie rozumiem, dlaczego nie zdążono z nią do egzaminu?) z kanonu szkolnego, bo jest za trudna, za nudna, za archaiczna?

Ale jeszcze ta lista obowiązuje, a na niej również inne nudne, trudne, odległe w swej treści utwory, które, niestety, biedni uczniowie i ich biedni nauczyciele muszą ” przerabiać „, jak się zwykło określać omawianie lektury.

A nauczyciele są bardzo biedni (nie mówiąc o wynagrodzeniu!) wobec sytuacji, gdy ich uczniowie nie przeczytają lektury, bo co wtedy i na co przerobić.

Sama uczniem byłam, a przez kilka lat nawet nauczycielką polskiego i wiem, jak to czytelnictwo wyglądało w praktyce kiedyś, a dziś to już prawdziwe zagrożenie wtórnym analfabetyzmem.

Bo, choć cała Polska czyta dzieciom, to one same wolałyby, żeby ktoś je nadal w tym wyręczał, bo czytanie wydaje się żmudne i nużące, i to chyba dla sporej większości, bez względu na rodzaj literatury.

Lista lektur może i wymaga radykalnych zmian, unowocześnienia, co prowadzi do kontrowersji wsród decydentów i nawet do dyskusji przy spotkaniach towarzyskich, a wiadomo – „jeszcze
się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził”.

A tym, którzy nie lubią czytać lub choćby nie lubią czytania z obowiązku a nie z wyboru, jest w efekcie wszystko jedno czy to Sienkiewicz, czy Gombrowicz, czy to „Syzyfowe prace”, czy „Ania z Zielonego Wzgórza „.

Ta ostatnia, niegdyś ukochana książka i dobrowolnie czytana przez dziewczynki, od jakiegoś czasu jest już lekturą szkolną, więc pewno przez to straciła na atrakcyjności?

Zresztą, czasy i gusty czytelnicze się zmieniają i moja wnuczka nie jest wcale wielbicielką rudowłosej Ani i jej dziejów, jak to miało miejsce w przypadku babci czy jeszcze babcinej córki, która nawet imię zawdzięcza sentymentowi swej rodzicielki.

Dla Olgi, mej wnuczki, ta książka to przereklamowane nudy, o czym dowiedziałam się po jakimś czasie od obdarowania jej bardzo ładnym wydaniem tej powieści.

Może ten upominek był przedwczesny, bo Ola była dopiero w 4-tej klasie, a lista lektur przewiduje ” Anię” na klasę szóstą?

Ale chyba dobrze pamiętam, że ja najpierw słuchałam czytanej w radio, a potem znalazłam pod choinką tę wymarzoną książkę w drugiej klasie lub trzeciej klasie podstawówki i było to pewnie I powojenne wydanie.

Cóż, inne czasy, inne warunki i inne upodobania, bo ja w szóstej klasie byłam już nie tylko po lekturze „Ani na uniwersytecie”, ale i po „Krystynie,
córce Lawransa”, a w siódmej wypłakiwałam oczy nad jakimś starym, zniszczonym wydaniem ” Trędowatej ” i nie były to lektury zalecane przez szkołę ani przez rodziców, raczej poza wszelką kontrolą, co się nawinęło z różnych źródeł.

Ta dygresja odbiega już jednak za bardzo od aktualnej sprawy czytelnictwa współczesnej młodzieży, czyli zasadniczego tematu mej pisaniny.

Moim osobistym wyborom i upodobaniom literackim mam zamiar poświęcić całą specjalną notkę, ale już innym razem…

Szkolnych wspomnień czar

  • Napisane 21 kwietnia 2008 o 15:21

Przy okazji niedawnego sprawdzianu w szóstych klasach podstawówki, o czym w poprzedniej notce, przypomniała mi się własna matura, choć to już bardzo dawne dzieje.

A ponieważ co jakiś czas zaglądam na portal N – K, aby sprawdzić czy zgłosił się jeszcze ktoś z licealnego grona koleżeńskiego, interesuję się aktualnie tematyką szkolną bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Na forum mojej klasy odnalazło się nas raptem czworo ( łącznie ze mną ), w tym – 2 dziewczyny i 2 chłopaków, jeśli chodzi o płeć to proporcja zachowana, bo była to klasa koedukacyjna.

Zdarzały się także całe klasy w pełni żeńskie, bo całej męskiej chyba nie było w liceum, gdzie jednak dziewczyny stanowiły większość w przeciwieństwie do niektórych zawodówek.

Moja klasa C była jedną z trzech równoległych różniących się od siebie drugim językiem obcym, poza obowiązkowym dla wszystkich jęz.rosyjskim.

Tak było na starcie, czyli zaczynałam w klasie C – niemieckiej, mając do wyboru klasę z łaciną lub francuskim.

Właśnie cała żeńska była klasa francuska, a dwie pozostałe koedukacyjne.

Tak się złożyło, że do matury prawie w całości zachowała się łacińska B, zaś w A i C nastąpił taki odsiew, że klasie maturalnej połączono nas razem w jedną A.

Oczywiście musieliśmy się rozstawać na lekcje językowe, podobnie, ale to już przez cały czas, oddzielnie dla dziewczyn i chłopców prowadzone były lekcje WF.

Ale to zjawisko było i chyba jest nadal obowiązujące w szkołach, więc niepotrzebnie o tym piszę.

Ostatecznie więc zaczynałam naukę w klasie C, a kończyłam w kl.A i trochę to komplikuje określenie mojej klasy na owym szkolnym portalu.

Wspomniana czwórka, która sie ujawniła w internecie, reprezentuje tę część zespołu, która spędziła z sobą 4 lata od początku do końca, wybierając właśnie j.niemiecki.

Zarazem, niezbyt może skromnie to zabrzmi, zgłosili się akurat sami najlepsi uczniowie z tego pierwotnego składu, a w tym również ta, o której mówi piosenka – „Najpiękniejsza w klasie bez dwóch zdań…”.

Ale nie o mnie tu mowa, niestety, lecz o tej drugiej dziewczynie, która prócz mnie się ujawniła.

Bo i tak się czasem zdarza, że najlepsza uczennica jest równocześnie najbardziej urodziwa i wszyscy chłopcy do niej głównie wzdychają, jak było w przypadku mojej koleżanki Elżbiety, która do dziś należy do mych najbliższych znajomych.

I akurat my nie musiałyśmy się poszukiwać w internecie, bo jesteśmy w stałym kontakcie i wszystko o sobie wiemy, ale obie byłyśmy ciekawe, kto się jeszcze odnajdzie z naszych kolegów.

Bo z tej pierwszej klasy C do czwartej zostałyśmy tylko my dwie z dziewcząt oraz sami chłopcy, a w kolejnych latach dochodzili nowi, na ogół drugoroczni, w tym także kilka nowych koleżanek.

Jak przedstawiał się skład naszej klasy na koniec liceum, świadczy historyczne już dziś zdjęcie wszystkich abiturientów tego rocznika tuż po wręczeniu świadectw.

Stoimy na szerokich schodach wiodących do budynku szkoły, ustawieni malowniczo na kolejnych stopniach, a przed nami siedzą na krzesłach nasi wychowawcy, dyrektorzy i wybrani nauczyciele.
To pamiątkowe zdjęcie zamieściłam na forum naszej klasy, a koleżanka Elżbieta dodała kilka innych, głównie z różnych wycieczek np. do Krakowa w klasie III.

Obie mamy frajdę z tej naszej działalności w internecie i robimy to właściwie dla siebie, ciesząc się z naszych umiejętnosci w tej dziedzinie mimo emerytalnego wieku i statusu babci.
Może poczułyśmy się znów jak ambitne, dobre uczennice sprzed lat, które chcą sprostać zadaniu?

Zarówno Elżbieta, jak obaj koledzy, którzy się pokazali, to inżynierowie po różnych wydziałach Politechniki Łódzkiej, bo na tę uczelnię poszła większość z mojej klasy i ich zdolności do nauk ścisłych dały się zauważyć w liceum.

W przeciwieństwie do mnie i stąd moja samotna droga na uniwersytet, jako czołowej polonistki w klasie.

Sądzę, że oni jednak bardziej by sobie poradzili i na studiach humanistycznych, aniżeli ja na politechnice, czyli umysły ścisłe chyba górą?

W każdym razie np. lekcje z polskiego czy historii były dla nich łatwiejsze, niż dla mnie z matematyki czy fizyki w osiąganiu pozytywnych ocen.

W związku z tym pozostawał także wybór dowolnego przedmiotu do ustnej matury, bo obowiązkowo zdawało się z polskiego, matematyki i historii, która też nastręczała wiele trudności z powodu ogromu materiału do zapamiętania.

I właśnie nie z matematyki, a nieoczekiwanie na historii wyłożyło się najwięcej uczniów.

Mnie się bardzo przydawało zakuwanie historii, bo jednocześnie przygotowywałam się do egzaminu wstępnego na polonistykę, ale dla przyszłych inżynierów czy medyków była to kula u nogi, bo przecież najważniejsze dla nich były fizyka, chemia lub biologia.

I muszę przyznać, że z maturą poszło mi dość lekko, pomijając strach przed matematyką, z której pytania jednak dostosowane były do poziomu przeciętnego ucznia.

Z polskiego ustnego zostałam zwolniona ( już istniał wtedy ten przywilej ), a jako przedmiot dowolny wybrałam, jako jedyna, niemiecki, co było b. dobrym posunięciem, bo germanistka otoczyła mnie szczególną opieką, a materiału do powtórki też nie było dużo.

Na studia nie zdawało się wtedy z języka obcego, oczywiście poza filologiami.

I tak to wyglądało przed rokiem 1960, bo ten okres dziejowy, niniejszym, wspominam, a mam wrażenie, jakby to było wczoraj…

Z życia szkoły

  • Napisane 16 kwietnia 2008 o 09:28

W ubiegłym tygodniu najważniejszym wydarzeniem w naszej najbliższej rodzinie był egzamin składany przez mą wnuczkę Olgę wraz z wszystkimi uczniami szóstych klas podstawówki, którym sprawdzano „kompetencje” zdobyte w tym pierwszym etapie edukacji szkolnej, a przed drugim – gimnazjalnym.

Dokładnie tenże egzamin miał miejsce w dniu 8 kwietnia i relacje z niego przewinęły się nawet w wieczornych wydaniach dzienników TV w postaci migawek z różnych szkół, wypowiedzi nauczycieli oraz uczniów, przejętych swoim pierwszym egzaminem.

Uroczysta sceneria, zabiegi organizacyjne, jak np.losowe miejsca przy pojedynczych stolikach wręcz przywodziły na myśl powagę egzaminów maturalnych.

Ale może te dzieciaki po takim wczesnym doświadczeniu do matury będą już podchodzić na luzie, ze spokojem znacznie większym niż dotąd ich rodzice czy dziadkowie?

Przy okazji przypomniały mi się własne przeżycia, choć już takie dawne, ale wciąż żywe.

Co to były za emocje i napięcie – szczególnie silne przed drzwiami sali gimnastycznej, która za chwilę miała stać się miejscem pisemnych egzaminów maturalnych, najpierw z jęz.polskiego, a na drugi dzień z matematyki – bo tak wyglądała matura moich pokoleń, przed późniejszymi zmianami.

Moje dzieci już nie musiały obowiązkowo zdawać z matematyki, tej królowej nauk, co jest zmorą dla niektórych umysłów.

Ale nie o maturze, a o sprawdzianie szóstoklasistów miałam się wypowiedzieć i o towarzyszących mu emocjach rodzinnych, które były właściwie nieproporcjonalnie zawyżone w stosunku do faktycznego znaczenia tego sprawdzianu.

Bo to przecież tylko sprawdzian bez żadnego wpływu na oceny w szkole ani na roczną klasyfikację uczniów i świadectwo ukończenia podstawówki, po której, tak czy inaczej, dalsza edukacja w gimnazjum.

I tu właśnie kryje się powód nerwówki ambitnych dzieci, a jeszcze większej ich ambitnych rodziców, aby nie było to po prostu rejonowe gimnazjum, ale jakieś lepsze, wskazane w rankingach, które to rankingi objęły już nie tylko uczelnie i licea, a także ostatnio gimnazja.

No i właśnie tu ma się liczyć wynik tego sprawdzianu ocenianego przez specjalną – Centralną Komisję Egzaminacyjną do dn.28 maja.

I aż do tego dnia przeżywana będzie, tym razem, męka niepewności w ambitnych rodzinach uczniów, jak też ich pociecha sobie poradziła i czy zasłużyła na zaplanowane gimnazjum?

Dotyczy to także mojej krakowskiej rodzinki, bo w dużych miastach ta konkurencyjność to również duży problem, gdy się ma pewne wymagania wobec poziomu szkoły i wobec siebie jako rodziców.

Jako babcia bardziej się przejmowałam przeżyciami wnuczki, ale okazało się w późniejszej rozmowie, że zniosła dzielnie to wydarzenie i odpowiedziała na wszystkie zadania testu, a jak, to się okaże… w odpowiednim terminie.

Następnego dnia Gazeta Wyborcza wydrukowała cały ten test ( 25 zadań ) oraz odpowiedzi i punktację, więc można było dokonać analizy, co w szkołach z reguły robiono, i pierwszą ciekawość zaspokoić z grubsza.

Nie byłabym sobą, gdybym się z tym testem nie zmierzyła, aby na własnej skórze wypróbować stopień trudności i zarazem mieć o nim własne zdanie.

Uważam, że był niezły pod względem różnorodności problematyki z zakresu wiedzy szkolnej i sprawdzający nie tylko zasób wiadomości, a nawet przede wszystkim umiejętności, jak: czytanie ze zrozumieniem, praktyczne zastosowanie wiedzy oraz pisanie na temat i to wszystko w ciągu godziny.

I ten krótki czas wydaje mi się największym utrudnieniem, bo samo ogarnięcie tekstu, by poprawnie odpowiedzieć na zawarte w nim pytania, wykonać niezbędne działania arytmetyczne, nie myląc się i na koniec ułożyć wypracowanko na podany temat, wymaga, moim zdaniem, więcej czasu, aby się odpowiednio skupić.

A temat wypracowanka też dość wyszukany i nieco kiczowaty, a mianowicie: „Jedyne pod słońcem! ” – czyli opisanie jakiegoś wyjątkowego miejsca, według własnego wyboru i z uzasadnieniem.

Oczywiście miało to być niedługie wypracowanko, zgodnie z czasem, ale takie zwięzłe i sensowne bywa nawet trudniejsze od rozwlekłego.

Za tę część testu można zdobyć aż 10 punktów, a maksymalna ilość punktów za wszystkie 25 zadanek to 40 punktów, a wiem o tym za pośrednictwem rzeczonej „GW”, która mi zostanie na pamiątkę, a czasem można będzie zaserwować gościom niektóre zadania, aby sobie sprawdzili kompetencje po latach.

Ponieważ tak się zbliżyłam do tematu, będę bardzo ciekawa wyników i także ogólnej opinii szanownej komisji, bo chyba podane to zostanie do szerokiej wiadomości, skoro tak zostało nagłośnione to wydarzenie z życia szkoły podstawowej.
A tymczasem – już matura za pasem!

I kolejni uczniowie oraz ich rodziny niedługo będą przeżywać swoje stresy i emocje.

” I znów za rok matura „…jak w znanej piosence.

Przed moją wnuczką jeszcze kilka ładnych lat do tego największego szkolnego egzaminu i kto to wie, jakie jeszcze zmiany mogą być zaproponowane przez kolejne władze oświatowe.

Ogłoszenia różne i różniaste

  • Napisane 12 kwietnia 2008 o 06:56

   Nie mogę oprzeć się chęci zacytowania ogłoszeń ze stron lokalnej gazety,
które mnie szczególnie zadziwiły a to treścią, a to formą – bądz jednym i drugim
zarazem.Może się czepiam, bo, jak wiadomo, ogłoszenie kosztuje, więc zwięzłość,
lapidarność, oszczędność słowa to również oszczędność w portfelu autora anonsu w prasie.
   Ale jakie bywają efekty tego priorytetu – to proszę bardzo,np. :
  
   1.”do obkładania wkładów barkowych – chałupniczki – zatrudnię „( co to za wkład
      barkowy i o jakim barku jest mowa? — komentarz ode mnie )
   
    2.”zatrudnię mężczyznę w pralni”  ( ciekawostka – co to za męskie zajęcie
       w tej pralni? co tam się pierze ? a może brudne pieniądze, więc nie dla
       kobiety – zbyt niebezpieczne…)
    
    3.”Przyjmę ziemię.”  ( tylko tyle – bardzo zwięzłe i nieco tajemnicze,
       moim zdaniem, oświadczenie ) 

    4.” Dziewczyny ( 22 – 28 lat )zatrudnimy w hurtowni tkanin.”( co za precyzja
       w określeniu granicy wieku ! I dlaczego dziewczyny, czyli że panny koniecznie,
       mężatki niewskazane ? A 29 lat lub 21 ? O co chodzi w tych tkaninach? )

  No i jeszcze taki kwiatek, nieco innego rodzaju :
 
   Komunie – wolne terminy. Wesoły Ogródek Piwny.( tu adres i tel.Ogródka )
  
    Jakiś cudzoziemiec mógby się jeszcze bardziej zdziwić niż ja, bo raczej wiem,
   że w naszym kraju po komunii św.powinna być tzw.libacja, a miejscem akcji
   może być i jakis Wesoły Ogródek – a choćby i Piwny on był…

   Oczywiście, nie ma niczego odkrywczego w poruszonym temacie, bo „Teleexpres”
  często przytacza jeszcze bardziej jaskrawe przykłady różnych ogłoszeń, szyldów,
  instrukcji itp. Sama rzadko czytam ogłoszenia w prasie, chyba że mam ku temu
   powód, ale może warto i dla śmichu jedynie?

U kwoki

  • Napisane 5 kwietnia 2008 o 14:02

Zdjęcie zanotowane przez aparat w komórce Nielota ukazuje kącik wypoczynkowy w większym pokoju mego aktualnego miejsca zamieszkania.
Mam nadzieję, że jest to już ostatni mój stały adres, choć absolutnej pewności nie mam – „nigdy nie mów nigdy „.
Tym bardziej, że to mój szósty adres, począwszy od dnia narodzin.
Trzy razy w życiu przeprowadzałam się wraz z mymi rodzicami i trzy razy jako osoba dorosła.
W sumie to nawet dużo w porównaniu z innymi krewnymi czy znajomymi, ale może są tacy, którym zdarzało się to jeszcze częściej?
W tym M2 zamieszkałam w sierpniu 2000 r., zostawiwszy za sobą szmat życia ( 26 lat) spędzonego z mężem i dziećmi w M5, kóre wtedy stało się dla mnie zbyt duże, gdyż zostałam w nim sama.
Końcówka lat 90 – tych zaznaczyła się wielkimi zmianami w życiu naszej rodziny, jak zgon męża i opuszczenie gniazda przez dzieci, które poza nim założyły swe własne gniazdka i dlatego zostałam sama, znów sama jak kiedyś.
Kiedyś czyli wtedy, gdy opuściłam dom rodzicielski ( ten dom to też tylko mieszkanie ) i zamieszkałam w spódzielczym M1, uzyskanym z własnych, zapracowanych pieniędzy młodej nauczycielki.
Wiadomo, że to był tylko konieczny wkład na poczet kosztu spłat, ale i tak było to duże osiągnięcie po kilku latach pracy.
I wtedy jednak było to łatwiejsze niż dziś, bo dopiero powstawały spółdzielnie mieszkaniowe, a bloki wyrastały jak grzyby po deszczu.
Ich jakości nie będę się czepiać, bo ważniejsza od niej była ilość…
Z tego panieńskiego M1 przeprowadziłam się w kilka lat pózniej już z mężem i dwójką małych dzieci właśnie do owego M5, które pożegnałam w 2000 r.
Moje obecne lokum, jak mówię – dziupla, to w sumie 36 m kw., 2 pokoiki z mini kuchenką, niezłą łazienką, a więc w sam raz dla singla, a nawet dla dwojga, po których przejęłam je.
Cały blok to dość paskudny wieżowiec, ale w centrum mego miasta i mam blisko do wszelkich istotnych miejsc – sklepów, urzędów, banków itp.
Do swej dziupli na 5.piętrze dojeżdżam windą, więc torby z zakupami mi niestraszne.
Więc ogólnie jest przytulnie i po ośmiu latach czuję się już jak u siebie, ale początkowo było mi dziwnie i nieswojo, co jest chyba zrozumiałe.
Oczywiście, że tylko część mebli z poprzedniego mieszkania mogłam tu pomieścić, a bardzo duża ilość książek nadal pozostaje w paczkach w piwnicy.
Kanapka ujęta na zdjęciu zakupiona została juz pod kątem wymogów powierzchni tego, powiedzmy, saloniku i ustawiona na wprost telewizora tworzy jego część wypoczynkową.
Jest rozkładana i w razie potrzeby może pomieścić dwie osoby jako łoże, więc mogę przyjąć gości na nocleg, co sie czasami zdarza.
W drugim mniejszym pokoju jest moja sypialnia z prawdziwym łóżkiem, wreszcie, o czym zawsze marzyłam, śpiąc na tapczanach i wersalkach.
Jest to również mini – biblioteka i gabinet do pracy umysłowej z królującym tu komputerem.
I tak z grubsza wygląda moja siedziba, dziupla, w której rozgrywa się kolejny rozdział mego żywota, jako blogującej Kwoki na Dolinie.

Moje obrachunki z marcem

  • Napisane 1 kwietnia 2008 o 12:27

Właśnie skończył się wreszcie marzec i zaczyna się miesiąc o pięknej nazwie kwiecień, a z nim nadzieje na lepszą aurę, choć i on czasem przeplata – trochę zimy, trochę lata.

Pożyjemy – zobaczymy…

Tymczasem jednak, nim zacznę uczestniczyć w wydarzeniach zaczynającego się miesiąca, chcę wrócić do pewnych spraw, którymi zajmowałam się przez prawie cały tegoroczny marzec, począwszy od notki o ksenofobii.

Szukając śladów mego promotora przy pomocy Google, natrafiłam w końcu na bardzo interesujący materiał w postaci wywiadu Teresy Torańskiej z Michałem Głowińskim, zamieszczonego w Gazecie Wyborczej z 2005 r.

Wywiad pt. „Polskie gadanie”, a rozmówca T.Torańskiej to znany historyk i teoretyk literatury, także pisarz i autor eseju „Marcowe gadanie” (stąd tytuł tego wywiadu).

Cały ten wywiad dotyczy głównie problematyki stosunków polsko-żydowskich i bardzo by się nadawał do publikowania go właśnie w marcu tego roku.

Ja odnalazłam w nim niewielki, ale istotny trop do losów mego promotora, którego wymienia prof. Michał Głowiński jako swego kolegę z Instytutu Badań Literackich PAN. ( To nam, studentom UŁ, też imponowało, że nasz wykładowca był pracownikiem takiej znakomitej placówki naukowej).
Wypowiadając się o wydarzeniach marca 1968 r., wspomina także o zagrożeniu istnienia Instytutu, w którym wielu pracowników, a więc wybitnych polonistów, nie miało czystego polskiego pochodzenia, co wtedy nabrało szczególnego i niekorzystnego znaczenia.

Sam Michał Głowiński też pochodzi z asymilowanej rodziny żydowskiej o odległych korzeniach, ale przy takim nazwisku, kto by się mógł tego domyślić…

Z ubolewaniem wpomina kol. Samuela Sandlera jako przykładową ofiarę tej nieprzyjaznej atmosfery wokół polskich Żydów, która wielu z nich zmusiła wtedy do wyjazdu, aby np.uchronić swych bliskich od upokorzeń.

Podobno prof. Sandler postanowił wyjechać właśnie ze względu na dorastającą córkę i Michał Głowiński odprowadzał ich rodzinę na słynny wtedy z pożegnań dworzec Gdański w W-wie ( w Łodzi – dworzec Fabryczny ).

Przy tej okazji przypomniałam sobie o pewnym epizodzie z życia mojego męża, który podkochiwał się w latach studenckich w pewnej Róży i też bardzo przeżył pożegnanie z nią na dworcu Łódz Fabryczna, o czym zawsze przypominał mu film – „Marcowe migdały”.

W tym roku również TV nadała ten kultowy film i to akurat wieczorem w dniu śmierci G.Holoubka.

Oczywiście, oglądałam któryś kolejny raz z wielkim sentymentem, jaki mam dla tego filmu, może także z powodów właśnie osobistych.

Z tej nieszczęsnej miłości do Żydówki Róży mąż mi się kiedyś zwierzył, może przy którejś rocznicy 1968 r., ale dokładnie tego nie pamiętam, natomiast pamiętam, że oprócz ukłucia zazdrości, byłam wzruszona tą historią.

A więc doszłam ostatecznie do potwierdzenia szczątkowej wiedzy o tym, że mój promotor, prof.Samuel Sandler, podobnie jak pewna Róża i wiele innych osób o żydowskim rodowodzie, nie mieszka już od 40 lat w Polsce.

Z innych, ustnych już zródeł, dowiedziałam się, że mieszka w Chicago i jak dotąd żyje, bo utrzymuje z nim kontakt jeden z naszych kolegów z roku, także żydowskiego pochodzenia.

Może już wtedy przed laty znali się prywatnie, o czym akurat nie musieliśmy wszyscy wiedzieć.

Kilka dni temu Gazeta Wyborcza zamieściła bardzo interesujące referaty prof.Marii Janion o tematyce polsko-żydowskiej, które były już może zwieńczeniem tej problematyki marcowej, ale jest to jedna z niekończących się i wciąz kontrowersyjnych spraw, i ciągłej dyskusji wokół antysemtyzmu.

A oto co przeczytałam w lokalnym tygodniku:

„Jestem pod dużym wrażeniem wykładu prof.Jerzego Roberta Nowaka wygłoszonego w kościele św.Maksymiliana Kolbego. Z przyjemnością słuchałem głosu prawdziwego Polaka.

Na spotkaniach p.Nowaka z fanami w całej Polsce jest i śmiesznie, i strasznie. Moim zdaniem nawołuje do krucjaty antyżydowskiej. Dziwi mnie to,że zapraszany jest do kościołów. A gdzie miłosierdzie i skłonność do wybaczania?”

Zacytowałam jakże różne wypowiedzi dwojga czytelników zamieszczone w miejscowej gazecie, z których wynika, że w moim mieście, podobnie jak w wielu innych, pojawił się, jako pewnego rodzaju emisariusz Radia Maryja, prof.J.R.Nowak ze swoimi wykładami w obronie polskości zagrożonej przez masonów, Żydów, gejów – o cyklistach chyba nie wspominał?

I te wykłady miały miejsce w kościołach, co jednych niepokoi, a innych cieszy, o czym świadczą przytoczone powyżej cytaty.

I właśnie ten stosunek do różnej maści homofobii jest jedną z linii podziału przebiegających między ludzmi w naszym kraju, co w marcu dało się bardzo zauważyć w mediach i w życiu codziennym.

To znaczy, JA tak to spostrzegam z niesmakiem i przykrością, choć mam nadzieję, że nie należę do odosobnionych pod tym względem.


  • RSS