Przeglądasz archiwum Marzec, 2008 .
Wyświetlam 1 - 6 z 6 notek

I takie te święta marcowe

  • Napisane 26 marca 2008 o 02:32

No, i po świętach, zaiste dziwnych z powodu niewiadomej pory roku, ale to przecież marzec, więc właściwie nic dziwnego.

Osobiście jakoś je przeżyłam, a mogło być gorzej, z powodu zdrowia, które mi się zachwiało na początku wielkiego tygodnia.

I to był dla mnie przede wszystkim trudny tydzień, bo, nie dość że incydent zimowy ( zapowiadany przez meteorologa radiowego), to przytrafił mi się incydent chorobowy czyli bliskie spotkanie z jakimś wrednym wirusem grypowym, który zaatakował moje górne i dolne drogi oddechowe i pchał mnie do łóżka.

To jedno z moich ulubionych miejsc w domu i nie miałabym nic przeciwko temu, gdyby nie kłopoty z oddychaniem, wykrztuszaniem i strachem przed zapaleniem płuc, ponieważ ogólnie cierpię przewlekle na drogi oddechowe i nawet banalna dla innych infekcja może mieć fatalne skutki dla mnie.

W ostatniej chwili, to jest w piątkowe południe, wdarłam się na siłę do pobliskiej przychodni z tragicznym okrzykiem -”Czy jest tu jakiś lekarz?”, co nie zostało zbyt przychylnie przyjęte, ponieważ zespół był już świątecznie przysposobiony do opuszczenia miejsca pracy.

Ale jednak jeszcze ich złapałam przed odlotem i, choć niechętnie, ale zostałam osłuchana i zapewniona, że nie jest aż tak źle ze mną, aczkolwiek też nie najlepiej, co sama czułam.

Zapisano mi jakieś piguły o nazwie Groprinosin, stosowane podobno przy różnych zakażeniach wirusowych, nawet przy opryszczce i na wypadek pogorszenia się stanu antybiotyk z rodziny penicylin.

Nieco uspokojona, postanowiłam wypróbować na sobie tenże Groprinosin, dodając go do innych leków, para-leków, syropów, ziółek i jakoś mi się udało przeżyć przez święta bez pomocy antybiotyku ( dla mnie to na prawdę ostateczność z powodu trudnych potem skutków ubocznych, o czym wiem z doświadczenia ).

Ale przebieg tych świątecznych dni był zupełnie inny od wcześniejszych planów i tak to często bywa w życiu z planowaniem, a szczególnie w tak nieprzewidywalnym miesiącu, jakim jest marzec.

Przede wszystkim nie doszło do skutku spotkanie z moją krakowską rodziną, która miała spędzić niedzielę u mnie, a na drugi dzień świąt zabrać mnie z sobą do Krakowa, gdzie pobyłabym kilka dni.

Jednak te dwa incydenty – chorobowy i pogodowy, zusammen do kupy, odmieniły nasze plany i przesunęły je w jakąś lepszą przyszłość – może za miesiąc, a może na weekend majowy…

Mimo wszystko nie było tak źle, bo zanim w niedzielny wieczór zaczął znów padać śnieg, znalazłam już w sobie tyle krzepy, by udać się na świąteczne śniadanie w samo południe do mego miejscowego dziecka ( dość blisko mieszkamy, na szczęście ).

Dziecko, mimo bardzo zapracowanego tygodnia, zadbało o tradition i stół uginał się od klasycznych potraw ( a dlaczego naprawdę się uginał, to już między nami ) udekorowanych wdzięcznie porozrzucanymi kurczątkami i cepeliowskimi jajkami.

Towarzystwo tworzyliśmy zaiste doborowe – kaszląca Kwoka, zmęczony Nielot, rozczochrany Wąż i polatujący nad nami papug Pompon, często przysiadający na ramionach właścicieli i zajadający okruszki z ręki.

Wokół rozliczne pluszaki ze szczególnie wyeksponowanymi kurami.

Ponieważ niewiele mogę zjeść, a, wiadomo w miłym towarzystwie, zjada się z reguły więcej niż samotnie, wracałam do siebie najedzona już na całe święta i na drugi dzień miałam głównie ochotę na coś słodkiego, poza syropami na kaszel, oczywiście.

Poniedziałek świąteczny to naturalny dyngus z pochmurnego nieba na przemian ze śniegiem, ale to za oknami, bo żadnej potrzeby wyjścia z domu, na szczęście, nie miałam i w sumie nie mam powodu, aby bardzo narzekać na mało atrakcyjne święta.

Najważniejsze jest to, że nie zachorowałam poważnie, bo np. moja bliska kuzynka cały wielki tydzień i święta spędzała w szpitalu dermatologicznym z powodu jakiejś strasznej wysypki alergicznej, więc już przez samo porównanie z nią mogę się czuć komfortowo, choćby na razie…

Tegoroczna Wielkanoc była, jaka była i przechodzi już do wspomnień, a wiosna chyba też kiedyś nadejdzie… jak zawsze.

Marcowe refleksje

  • Napisane 17 marca 2008 o 23:38

Marzec to nie jest sympatyczny miesiąc w naszym klimacie.

Nieprzewidywalny, jeśli chodzi o pogodę, bo, wiadomo – jak w garncu, i często nie wiadomo, w co się ubrać, żeby niespodziewanie nie zmarznąć, albo nie zmoknąć, co mi się niedawno przytrafiło.

Tym bardziej, że silne wiatry ostatnio nas lubią i na parasolce można raczej pofrunąć niż się pod nią schronić.

Właściwie to cała tegoroczna zima była jak marzec, więc ten marzec już zbyt długo trwa, ale dni są jednak dłuższe i w końcu szary świat stanie się kolorowy, czego tak pragną oczy.

Marzec i listopad są w dużej mierze do siebie podobne, najbrzydsze miesiące w naszym kalendarzu, kojarzące się z deszczem i chandrą.

Ale marzec ma w sobie tę zapowiedz wiosny i nowych liści na gołych gałęziach, zanim strąci je potem ponury listopad.

Mnie się marzec kojarzy z takimi datami i faktami, jak: 8.03 – Dzień Kobiet, 13.03 – Krystyny, 15.03 – urodziny synowej, 19.03 – Józefa ( imieniny mego taty), 21.03 – początek kalendarzowj wiosny i od czasu do czasu bywa też Wielkanoc – jak właśnie w tym roku 23./24.03.
Kilka z tych dat aktualnie już mam za sobą, złożone życzenia imieninowe i urodzinowe, przyjemnie spędzony dzień kobiet, a przede mną blisko – wiosna i święta.

Mogę powiedzieć, że jestem do nich wewnętrznie i zewnętrznie przygotowana z grubsza, bo na wiosnę czekam z utęsknieniem, a mieszkanie właśnie skończyłam dziś sprzątać.

Według prognoz radiowo-telewizyjnych, zamiast upragnionej wiosny czeka nas kolejny incydent zimowy, więc świeżo umyte szyby są znów zagrożone pochlapaniem.

No, ale to od zewnątrz, a w mieszkaniu jakiś efekt pozostanie po tej mojej ciężkiej pracy…

Wracając zaś do imienin Józefa, to kiedyś należały one do tych bardzo popularnych, jak i samo imię, które nosił także mój ojciec oraz mój teść, a pamiętam, że również wielu ojców moich koleżanek i kolegów.

Ponieważ tato był bardzo towarzyski, zawsze jakaś impreza odbywała się z tej okazji w domu rodziców i w dzieciństwie było to dla mnie pewną atrakcją w tych czasach przedtelewizyjnych.

A głównym powodem mego zainteresowania były piosenki, ponieważ do zwyczajów biesiadnych należało kiedyś śpiewanie piesni i piosenek, a repertuar był zaiste różnorodny, zaś wykonanie w zależności od wokalnych uzdolnień gości.
Zdarzali się też goście z instrumentem muzycznym i najczęściej był to akordeon, którym się zachwycałam nawet z powodu jego wyglądu.

Mój tata należał przez wiele lat do chóru męskiego i jego imieninowi goście w dużej mierze także, więc to śpiewanie było na niezłym poziomie, a ja dzięki temu poznałam wiele różnych pieśni patriotycznych z I i II wojny – legionowych, partyzanckich, jak i również typowo biesiadnych, a nawet nieco sprośnych.

Mając dobry słuch i pamięć, wiele ich się nauczyłam i zapamiętałam, a po latach znalazłam ich teksty w śpiewnikach, które wydano drukiem.

I to wspomnienie o imieninach ojca nawiedza mnie zawsze w marcu, choć nie zawsze w tym dniu zapalam znicz na jego grobie, co często wynika z nieodpowiedniej pogody – jak to właśnie w tym miesiącu bywa, a w tym roku zapowiada się nie najlepiej.

A poza tym, pomijając lepszą czy gorszą pogodę, nie jestem zwolenniczką symboliki grobów, podobnie jak mój tata, więc nie będę mieć wyrzutów sumienia z powodu nie postawionego w tym dniu znicza na cmentarzu.

Na pewno ważniejsze są moje wspomnienia o nim i nie tylko z okazji dnia imienin Józefa, ale te akurat mieszczą się w moich marcowych refleksjach.

Wspomnieniowo i refleksyjnie nastraja mnie także codzienna, ale w małych porcjach dawkowana lektura książki – „Traktat o łuskaniu fasoli”, która jest narracją o przeszłosci, spojrzeniem „w tamte lata, co minęły”.

Imieniny Krystyny

  • Napisane 13 marca 2008 o 23:55

Dziś 13 marca, co dla mnie jest od zawsze równoznaczne z imieninami Krystyny, choć w tym dniu świętują także – Bożena, Ernest, Marek, ale akurat nigdy nie miałam w swym otoczeniu osób o tym imieniu.

Według odpowiednich statystyk Krystyna należy do najczęstszych imion kobiecych w Polsce i na świecie od lat, choć ostatnio u nas wyszło trochę z użycia w najmłodszych pokoleniach.

Wszystkie znane mi Krystyny miały imieniny własnie 13.marca i dlatego ta data tak mi się utrwaliła w umyśle, a nawet sądziłam, że jest jedyna w kalendarzu.

A tu się okazuje, że zdarza się jeszcze kilka razy w roku, więc jednak nie każda Krysia przyjmuje życzenia dzisiaj…, ale takowych nie mam wśród znajomych.

Natomiast dziś złożyłam życzenia dwom solenizantkom, telefonicznie wieloletniej koleżance oraz bezpośrednio sąsiadce z mojego piętra, co uczyniłam po raz pierwszy po 7. latach mego zamieszkania w tym wieżowcu, który jest, być może, moim ostatnim już adresem (?).

Tak po prostu spontanicznie wyskoczyłam z tymi życzeniami, bo spotkałyśmy się na korytarzu i miło ją tym zaskoczyłam, więc i mnie było miło, i o to przecież chodzi, bez żadnych innych konsekwencji czy zobowiązań.

W ramach dobrosądzieckich stosunków, które między nami panują w ciągu ostatnich lat.

Sąsiadka należy do tych zadowolonych ze swego imienia, czemu ja się nie dziwię, bo to jedno z mych ulubionych, a w dzieciństwie nawet żałowałam, że mnie tak nie nazwano.

Tymczasem wspomniana wielo-wieloletnia koleżanka ograniczy się w tym roku do przyjmowania tylko telefonicznych życzeń, ponieważ znajduje się aktualnie w wyjątkowej i ciężkiej sytuacji życiowej – przeprowadzki do innego, kolejnego już miejsca zamieszkania, aczkolwiek w obrębie rodzinnego miasta.

Więc nie będzie to może tak drastyczne przesadzenie starego drzewa w zupełnie obce miejsce, przed czym przestrzega znane porzekadło, ale w naszym towarzyskim kręgu, również imieninowym od lat, przeżywamy też mocno to wydarzenie.

Po raz pierwszy od wielu lat nie spotkamy w tegorocznym marcu na imprezie u Krysi i może dopiero najwcześniej latem, razem z imieninami jej męża.

Do końca tego tygodnia mają notarialny termin przekazania mieszkania jego nowym nabywcom, więc dzisiejszy dzień jest dla niej bardzo nietypowym i pracowitym dniem imienin w, prawie opróżnionym z mebli, mieszkaniu starym i dopiero urządzanym nowym.

Nieco inne jest położenie jej męża w tym wydarzeniu, ponieważ jest to przeprowadzka do jego dawnego rodzinnego domu, więc on jak gdyby wraca po podróży na dawne miejsce, aczkolwiek zaszły tam również ogromne zmiany i została jedynie stara matka ( 85 lat ) w mieszkaniu o 90.m kw. powierzchni.

To dużo w porównaniu z blokowym M-5 o niespełna 60m., w jakim mieszkali dotąd trzydzieści i kilka lat.

Mieszkanie, bardzo wypieszczone i urządzone według potrzeb i gustu ( dobrego ) udało się sprzedać po dobrej cenie, więc jakby same plusy, ale jest i wiele minusów, które pominę.

Samo podjęcie tej decyzji o przeprowadzce kosztowało moich przyjaciół sporo nerwów i wielokrotnie ta sprawa była głównym tematem rozmów w czasie spotkań w naszym gronie koleżeńskm,
paczki ze szkolnych lat.

Ale nie dałoby się inaczej pogodzić ich życia z koniecznośćią stałej opieki nad niepełnosprawną fizycznie i psychicznie matką, z którą muszą zamieszkać obecnie i to jest po prostu priorytet.

W tych okolicznościach można dziś było życzyć Krysi powodzenia na nowej drodze życia oprócz tradycyjnego zdrowia – zdrowia, a także dużo siły i cierpliwości wobec czekających ją trudnych zadań.

A na całe szczęście, Krysia jest w naszym kółku największą siłaczką, zaradną i dzielną kobietą, „twardzielem”, jak o sobie mówi, więc nie ma co dramatyzować nad jej losem, bo znałam wiele innych trudniejszych przypadków losowych.

Właściwie obecnie opieka nad staruszkami stanowi bardzo trudny do rozwiązania problem w rodzinach i różnie bywa on rozwiązywany, a nierzadko staje się sprawdzianem człowieczeństwa.
Moi przyjaciele – Krysia i jej mąż już po raz drugi stają przed tym problemem, bo zaledwie kilka lat temu zmarła matka Krysi w wieku 93.lat i ostatnie lata życia spędziła w ich mieszkaniu, pod ich troskliwą opieką.

Takie się im trafiły układy losowe i rodzinne, a ich postawa moralna jest na pewno pod tym względem godna podziwu, bo jednak nie wszystkich na to stać.

Wobec czego przekazałam dziś Krysi dużo dobrych życzeń i wiele ciepłych słów oraz wyrazów swego uznania.

Jeszcze 4 lata temu składałabym życzenia innej koleżance o tym imieniu, ale, niestety, już jej nie ma między żywymi.

Dziś mogłam ją tylko wspominać jako bardzo dobrego i sympatycznego człowieka, o którym nie zapomnę.

Mój dzień kobiet

  • Napisane 10 marca 2008 o 00:01

Oczywiście notki z życzeniami dla kobiet nie udało mi się podrzucić do redakcji przed wybiciem północy i niestety pojawiła się już z datą kolejnego czyli dzisiejszego dnia.

I trochę to głupio wypadło, a do tego, spiesząc się, napisałam niewiele z tego, co właściwie chciałam wyrazić i jeszcze w trakcie spóźnionego pisania trafiła mi się rozmowa telefoniczna.

Ale jeszcze istniała szansa wygrania z czasem, gdyby nie zaciął się złośliwie komp na przyjmowaniu do publikowania i kazał się resetować.

Ot, niemiły zgrzyt na koniec przyjemnie spędzonego dnia, o czym nawet wczoraj nie zdążyłam napisać, więc uzupełniam dzisiaj.

Po pierwsze, już sama postanowiłam, że muszę wyzwolić się z kręgu tematyki polityczno-społecznej, w którym znalazłam się od czasu notki o moim promotorze, a pierwsze dni marca,
jak przewidywałam, tym bardziej trzymały mnie w tym kręgu.

W atmosferę refleksji i wspomnień o 1968 wkroczyła wiadomość o śmierci Gustawa – Konrada, jednego z symboli tamtych wydarzeń.

Co za przedziwny zbieg okoliczności ta data zgonu G.Holoubka!

A tu znów nieporozumienie wokół odznaczeń w pałacu prezydenckim i rocznica Marca bez Michnika – szkoda słów i za mały mam móżdżek na te wszystkie niejasności w historii i współczesności.

Więc w sobotę przez pół dnia odsypiałam ten trudny i smutny tydzień, a koło południa telefon od brata, który od dziecka zżył się z tą tradycją i co roku pamięta w tym dniu także o siostrze i siostrzenicy, o czym też skutecznie przypominają mu media, nie przypominając przecież o dacie mych urodzin (wydał się niedawno, że ostatnio coś mu się pokręciło w tej materii, a tym to śmieszniejsze, iż urodziliśmy się oboje w jednym miesiącu, aczkolwiek w innym roku).

Po drugie – postanowiłyśmy z wieloletnią przyjaciółką uczcić sobie ten dzień zaliczeniem najnowszej kawiarni w naszym mieście, w której jeszcze dotąd nie byłyśmy, a prezentowała się z zewnątrz zachęcająco.

Jak się okazało, we wnętrzu było jeszcze lepiej – estetycznie, ślicznie, pachnąco od świeżo palonej kawy Arabica (specjalność zakładu – reklamowana w lokalnej gazecie), kusząco wyrobami cukierniczymi, prezentowanymi w okazałej gablocie i innymi specyjałami dla podniebienia.

Na każdym stoliku wazonik z żywym tulipanem z okazji wiadomego święta – jak sądzę, ale może zawsze będzie tak świątecznie.

Tak więc spędziłyśmy prawie trzy popołudniowe godziny we własnym sprawdzonym towarzystwie na tle uroczego lokalu, który oceniłyśmy na piątkę – włączając w to na prawdę pyszną kawę oraz bardzo smaczny jabłecznik z cynamonem i torcik w-z.

Ponieważ nie byłyśmy tam wieczorową porą, frekwencja nie była zbyt wielka, ale przede wszystkim zdecydowanie żeńska.

Czyli panie, podobnie jak my, lubią sobie zakosztować światowego życia przy swym święcie i niekoniecznie w męskim towarzystwie, do czego tego rodzaju lokaliki świetnie się nadają, nie wymagając dużej kasy i fundatorów.

Nasze kawiarniane spotkanie zakończyłyśmy odprowadzaniem się w jedną i drugą stronę, ponieważ zmierzałyśmy w różnych kierunkach do swych domów oddalonych od siebie, więc można to uznać za rodzaj spaceru przed wieczorem, a tak na prawdę nie mogłyśmy przestać gadać.

A więc kawiarnia i spacer, ale kino już tylko w domowych telewizorach, za to w wygodnych fotelach i kapciach – pełen luz…

Przyniosłam też z tego spotkania pożyczoną od przyjaciółki książkę, dawno obiecywaną przez nią, ale tak jakoś schodziło – a mianowicie „Traktat o łuskaniu fasoli” W.Myśliwskiego.

Jak dotąd same zachwyty nad nią ze strony nie tylko oficjalnej krytyki (wszak nagroda Nike), ale po prostu czytelników, także na blogach, więc już zaczęłam się niecierpliwić, że nadal jej nie znam.

Na widok rozmiarów książki nieco struchlałam, o rety, 400 stron prawie, kiedy ja to przeczytam…?

Przyjaciółka też nią zachwycona, ale mogła sobie spokojnie ją studiować, ponieważ ma ją na własność, a ja przecież kiedyś będę musiała ją zwrócić za życia i to przeczytaną, bo jakże inaczej.

Przyjdzie mi, niestety, odstawić lekturę blogową i inne ciekawostki internetowe, ograniczyć swoją telemanię do absolutnego minimum – co najwyżej przyciszone radio w tle i przystąpić do łuskania tej fasoli… no, nie wiem?

Jak kobieta do kobiety…

  • Napisane 9 marca 2008 o 00:02

Może jeszcze zdążę z tą notką przed północą, aby pozdrowić wszystkie znajome blogowe kobiety, kobietki, panny, mężatki, rozwódki, matki, córki i babcie – nim skończy się dzień, dzień 8.marca, uznawany lub nie uznawany jako Dzień Kobiet.

Prawdę mówiąc, zainspirowała mnie notka, trochę za późno przeczytana, napisana dziś przez SPT ( blog – w koło macieju ), którą autorka zadedykowała nam z ciepłymi życzeniami, czym mnie ubiegła, bo uczyniła to w odpowiedniej porze dnia, aby życzenia mogły nam towarzyszyć.

Jak zwykle umiem pisać tylko po zmroku, więc moje życzenia to już musztarda po obiedzie, ale co tam, lepiej póżno… itede, zatem chociaż dobrej nocy, kolorowych snów, zasłużonego odpoczynku po ciężkim dniu, a nawet tygodniu i przeciągnięcia święta na niedzielę.

Tym bardziej, że pogoda też łaskawie ciepłem i wiosennym podmuchem się popisała i może jutro nie będzie gorzej pod tym względem.

A więc choćby jutro ( bo już chyba nie dziś ) – jakieś kino, kawiarnia czy spacer lub wszystko na raz…, czego Miłym Paniom życzę!

Nie byłam wielką entuzjastką tego święta w czasach jego masowych i wymuszonych obchodów z obowiązkowym szabotem i rajstopami, ale im jestem starsza, tym bardziej staram się cieszyć każdą okazją do dobrych życzeń, różnych nawet drobnych przyjemności, kwiatków itp. umilających szarą powszedniość.

Wspomniana wyżej spt bardzo trafnie i ładnie to ujęła, a moje spojrzenie jest podobne – a więc CARPE DIEM !

Niespodziewane zetknięcie z ksenofobią

  • Napisane 2 marca 2008 o 21:32

Co za dziwny zbieg okoliczności, że w poprzedniej notce przywołałam znany wierszyk – ” Na straganie ” – autorstwa Jana Brzechwy, a wkrótce natrafiłam w necie na takie strony, których przesłanie powinno uświadomić mi niewłaściwość wyboru tego właśnie poety z powodu jego, nie do końca polskiego pochodzenia.

Po prostu zachowałam się niepatriotycznie według prawdziwych, czysto polskich Polaków, dla których stworzony został w internecie taki chyba portal czy strona ( dokładnie nie odróżniam tych spraw )pod wezwaniem – „Nasza Witryna”, jakby sie kto pytał.

Zaistniał pod patronatem Radia Maryja i wspierany przez pewne czasopisma, jak np.
Nasz Dziennik, Niedziela i in. w opozycji do największych mediów krajowych – nie wymienionych konkretnie.

Jestem tak zdegustowana tym przypadkowym odkryciem, że wprost brak mi słów; brzmi to może naiwnie, bo przecież wiem niby o ksenofobii, antysemityzmie, nacjonalizmie, ale tak trochę jak przez mgłę, z daleka od namacalnych dowodów ich istnienia.

Bo o niektórych zjawiskach i sprawach nie chce mi się już wiedzieć, nie zbliżam się do nich, więc jakby ich nie ma dla mnie.

Ale czasami same włażą nachalnie w oczy i uszy, bo jednak są, jak ta Witryna w necie.

A odkryłam ją, poszukując w necie, skoro już mam do niego dostęp, jakichś informacji o promotorze mej pracy magisterskiej, co miałam na myśli już od dawna i tak jakoś schodziło, bo znowu się o tym zapominało.

Przypomniały mi o tym tegoroczne Oskary z nominacją „Katynia” Wajdy jako kolejnego już jego filmu nominowanego do tej nagrody, a jednym z nich była także „Ziemia obiecana”, przed laty.

Losy tamtej nominacji interesowały mnie szczególnie jako autorki pracy magisterskiej o tej powieści Reymonta i aktualnie znowu poczułam potrzebę poszukiwania śladów promotora, o którym nic nie wiemy od lat, przynajmniej wśród ludzi ze studiów, z którymi mam kontakt.

Dochodziły nas pewne niejasne wiadomości, że mieszka a to w Stanach, a to w Izraelu, co
chyba może wskazywać na pochodzenie naszego profesora.

To było wtedy dla nas oczywiste i nie budziło żadnych kontrowersji ani zastrzeżeń.

Ale potem były przecież wydarzenia 1968 r. i brak danych o jakichkolwiek jego publikacjach mógł świadczyć o jego wyjezdzie z kraju lub jakichś innych przyczynach.

Moim promotorem przed wieloma laty był, mianowicie, historyk literatury polskiej – prof. Samuel Sandler, który dojeżdżał na UŁ z Warszawy, gdzie mieszkał wraz z rodziną.

Był jednym z najmłodszych wykładowców naszego wydziału, wyróżniającym się bardzo – interesującą aparycją i elegancją na tle pozostałego grona czcigodnych, acz niezbyt zadbanych professores.

Dla nas, młodych dziewczyn, miało to również znaczenie, ale przecież nie było jedynym powodem licznej frekwencji na jego wykładach.

Specjalizował się w zakresie literatury nowszej – od połowy XIX w. po współczesną, która cieszyła się raczej większym zainteresowaniem wśród studentów niż choćby literatura staropolska ( bardziej dla koneserów ).

Najogólniej- łączył w sobie takie pociągające cechy, jak erudycja, wyczuwalna nowoczesność poglądów, wysublimowane poczucie humoru, elokwencja oraz uprzejmy i ujmujący sposób bycia.

Słowem – gość z klasą!

Z wyglądu przypominał mi, znanego już wtedy z tv, Krzysztofa Teodora Toeplitza, czyli KTT.

Z powyższych względów zdecydowałam się na wybór seminarium u niego i pisanie pracy pod jego paronatem, i tak też przypadła mi w udziale obróbka – „Ziemi obiecanej ” Wł.Reymonta – jako naturalistycznego studium miasta ( o czym przy okazji donoszę ).

Było to jeszcze grubo przed filmem A.Wajdy,więc nie mogłam się na niego powoływać, niestety.

To, że wybrany przeze mnie i grupę innych promotor był Żydem, nie miało wtedy żadnego znaczenia, w ogóle o tym się nie mówiło – ani głośno, ani nawet szeptem.

Przynajmniej w środowisku studenckim wtedy nie istniało zjawisko antysemityzmu – czyżbym się tak myliła w ocenie, czy nie istniało po prostu we mnie, więc go nie dostrzegałam u innych ?

Moje obecne poszukiwania osoby prof. Sandlera w internecie napotkały wręcz czarną dziurę lub białą plamę, jak kto woli.

Na stronie UŁ w zarysie historycznym wydziału filologicznego takie nazwisko nie występuje w ogóle, czyli ktoś taki nigdy tam nie pracował?

Znalazłam wszystkie nazwiska profesorów z tego okresu, z dłuższym lub krótszym omówieniem zasług, oprócz tego jednego – czyli nie miałam promotora?

Wyszukiwarka google nie znalazła niczego bardziej znaczącego oprócz wzmianek na witrynach
księgarskich, jako o autorze wstępów czy przedmów do utworów literackich, które są w sprzedaży i enigmatycznej informacji w j.angielskim o profesorze katedry literatury słowiańskiej na uniwersytecie w Chicago z 1999r.

No, to już jakiś konkret, ale tylko tyle.

Natomiast naprowadzona zostałam na bardzo paskudną, wspomnianą wyżej – Naszą Witrynę dla prawdziwych Polaków, gdzie, wśród innych Żydów polskich, znalazłam Samuela Sandlera jako „stalinowskiego historyka literatury – wsławionego stalinowskim wstępem do Trylogii H. Sienkiewicza „… i tylko tyle z jego całego dorobku naukowego.

To wydanie Trylogii z „osławionym ” wstępem z r. 1956 stoi u mnie na półce; to bardzo porządnie wydane tomy w szarym płótnie, które sobie przed laty nabyłam i teraz może powinnam wyrwać kartki z tym wstępem i wyrzucić z obrzydzeniem ?

A może w ogóle nie przyznawać się do jakichkolwiek związków z tym Panem, bo przecież chyba nie było takiego profesora na UŁ…, więc jak mógł być czyimś promotorem?

Może mam się wstydzic, że wolałam pisać u Żyda, na co przecież wskazywało jego imię i nazwisko, a może też nie jestem najprawdziwszą Polką, bo i wiersze Brzechwy mi się podobają?

I jeszcze Tuwima i Leśmiana, i Lechonia, jakby nie było innych prawdziwie polskich poetów…

P.S. Pisałam to przed kilkoma dniami, a więc jeszcze w lutym i nie dlatego, że w bliskiej perspektywie był marzec jako miesiąc o symbolicznym i politycznym charakterze w naszym kalendarzu polskim, ale z pobudek osobistych, co wynika z treści.
Ale już mamy marzec i przypadkowo moje prywatne sprawy i osobiste refleksje wkomponowały się w ten polityczny nurt, który na pewno będzie miał odbicie w publicznych mediach, bo w tym roku minie właśnie 40 lat od wypadków marcowych 1968 r.

Czyli przypadkiem napisał mi się tekst publicystyczny i trudno – świetnie, czemu nie…


  • RSS