Przeglądasz archiwum Luty, 2008 .
Wyświetlam 1 - 10 z 11 notek

Who is Jonathan ? – Dżonatan & dżabłuszka

  • Napisane 28 lutego 2008 o 21:42

„Na straganie w dzień targowy takie słyszy się rozmowy:”
i dalej nie będę już cytować klasyka Brzechwy, ale przytoczę zasłyszany kiedyś dowcip, który mógłby być nawet częścią tego popularnego wiersza. A mianowicie, (znacie, no to posłuchajcie).

Klient: – Czy są dżonatany? No, jabłka dżonatan – taka odmiana…

Straganiarz (niespeszony) : Nie, ale są różne inne dżabłuszka!

Natomiast połączenie tych cytatów ma związek z wiadomością, że mój wnuczek jest na etapie zauroczenia wierszami z cyklu – Brzechwa dzieciom, i po wielokrotnym słuchaniu ich, niektóre sam cytuje, jak np. ten wspomniany.
To po pierwsze, a po drugie ten dowcip o jabłuszkach opowiedziałam wnuczce Oli podczas naszej niedawnej rozmowy telefonicznej, z której dowiedziałam się, że idol nastolatek – Orlando Bloom, został w jej przypadku wyparty przez aktora o imieniu Jonathan, właśnie Dżonatan!
Dowcip został miło przyjęty, skoro był taki a propos.
Cała rozmowa była lekka i przyjemna, raczej żartobliwa jak przystalo na niedzielę, bo w dni powszednie Ola bywa zestresowana nadmiarem szkolnych obowiązków i bardzo rzadko skora do pogawędki.
Ostatni rok nauki w szkole podstawowej i do tego w szkole prywatnej, renomowanej, czyli z dużymi ambicjami i wymogami – daje nieco w kość mojej wnuczce, która nie jest typem mola książkowego, ale dobre oceny nie są jej obojętne, więc się przejmuje i stresuje.
A tu jeszcze po domu harcuje żwawy trzylatek, który tylko czeka aż ukochana starsza siostra wróci ze szkoły i poświęci mu trochę uwagi i cennego czasu.
Szkoła znajduje się w dużej odległości od domu, trzeba jeżdzić tramwajem i to też w dużym mieście jest czasochłonne.
W szóstej klasie panuje już atmosfera obawy przed dalszą drogą szkolną – niepewności, do jakiego gimnazjum uda się komu załapać i ten nastrój niefortunnie podsycają nauczyciele, każdy w trosce o wyniki ze swego przedmiotu oraz dobrą opinię szkoły.
Wyścig szczurów zaczyna się już na tym etapie od momentu wprowadzenia tego 3-stopniowego systemu edukacji, na co zewsząd słychać narzekanie, ale już „po ptokach”, chyba że znów kolejna reforma…
Ale nasza niedzielna rozmówka nie sprowadziła się do obgadywania szkolnych bolączek, chociaż zastałam wnuczkę samą w domu, jak filmowego Kevina, z powodu uczenia się do poniedziałkowego sprawdzianu z czegoś, podczas gdy reszta rodziny wybyła gdzieś w celach rozrywkowych.
Starałam się naprowadzić rozmowę na inne tematy, a mamy sporo podobnych zainteresowań, bo, jak twierdzi niejednokrotnie mój syn, Ola ma wiele po babci.
No, powiedzmy, ale trochę to i sama dostrzegałam przez te 12 lat znajomości z wnuczką, którą ostatnio jednak znacznie rzadziej widuję niż w jej dzieciństwie.
Na pewno obie lubimy gadać i tu się Oli bardzo przydawałam w czasie moich pobytów u rodziny, bo miałam na to zawsze ochotę i czas, którego tak mało mają młodzi rodzice.
Bardziej szczegółowa analiza podobieństwa między nami groziłaby rozrośnięciem się notki do rozmiarów powieści w odcinkach, więc zwrócę uwagę tylko na te, które ilustruje ta rozmowa.
Wspomniałam już na początku i o poczuciu humoru (stąd dowcip słowny zacytowany wnuczce) jak i fascynacji kinematografią (początkowo głównie animowaną, że wspomnę tu o Shreku czy Epoce lodowcowej) i jej gwiazdami, jak np.Orlando Bloom, Johnny Depp, Viggo Mortensen ( w roli Aragorna z Władcy pierścieni – bo innych jego ról Ola nie moze znać z racji niestosowności do jej wieku).
I tu może otworzyć się szerokie pole różnicy gustów i upodobań, wynikające z zasadniczej różnicy – naszego wieku – babci ( jakby nie było) i jeszcze małoletniej wnuczki, ale pewien kompromis jest możliwy przy dobrej woli obu stron.
Niejaki Jonathan Tago (czy Togo?), niedawna sympatia filmowa Oli, okazał się być dla mnie zupełnie nieznanym aktorem, bo, niestety nie oglądam w tv Polsat serialu – Kryminalne zagadki Miami (chyba?).
Od niedawna Ola została przez swą mamę, a mą synową, dopuszczona do oglądania wraz z nią owego serialu w niedzielny wieczór, w którym tenże Jonathan występuje i jest…taaaki, przystojny i w ogóle – łoj, łoj!
No, cóż, obiecałam Oli w tej rozmowie, że zajrzę na moment do serialu, aby zobaczyć tego aktora, a przy okazji wyrażę swoją opinię na jego temat.
Serialu nie będę dłużej oglądać niż przez chwilę, bo zdecydowanie mam inne preferencje, jeśli chodzi o tv, chociażby…
Na razie nie wróciłyśmy jeszcze do tego punktu naszej rozmowy, bo ostatnio nie było okazji do pogawędki i może lepiej, że z czasem sprawa się rozmyje, gdyż, co ja pocznę? – jednak wolę i Orlanda Blooma, i Piratów z Karaibów, jeśli już mam jakiś wybór?
Od naszej rozmowy miną wkrótce ze 2 tygodnie – jak ten czas pędzi!
Istnieje szansa, że jakiś inny film zwróci uwagę Oli na może bardziej wybitnego aktora niż Jonathan , Dżonatan…

Obrachunki rodzinne

  • Napisane 26 lutego 2008 o 12:18

Moja rodzina – brat i bratowa ( nota bene moja druga bratowa ), ogromnie przejęci wiadomością o narodzinach wnuczka, już przyjechali w nasze i, ich dawniej, rodzinne strony, aby go poznać w pierwszych dniach życia.
Dawno temu wynieśli się stąd i zamieszkali na krańcach kraju, gdzie diabeł
mówi dobranoc, i nadal tam siedzą, z daleka od całej rodziny – jej i jego.
Pozostali tam z synem, bo starsza córka, osiągnąwszy pełnoletniosć,wolała układać sobie życie właśnie w punkcie wyjścia rodziców, co się jej, jak widać udało – wyszła tu zamąż i aktualnie została matką.
I tu ciekawostka – otóż mój brat nie po raz pierwszy w tym momencie został dziadkiem, gdyż ponad 2 lata temu urodziła się jego pierwsza wnuczka
Martynka i o tym fakcie dowiedział się właśnie ode mnie, i raczej ja byłam bardziej przejęta wtedy niż on, niestety.A jest tak dlatego, że Martynka jest dzieckiem jego starszej córki z pierwszego małżeństwa, nie istniejącego juz od 30.lat i równie dawno zakończyły się kontakty także między ojcem a córką, wtedy zaledwie ośmioletnią. I ta sytuacja trwa do tej pory, mimo
wielokrotnych prób zmierzających do pogodzenia tych dwojga przez naszą rodzinę.
O tej sprawie pisała kiedyś w swej notce moja dawno blogująca córka, bo to dla nas przykra, trudna do pojęcia historia rodzinna, choć chyba w wielu rodzinach mozna znależć podobne do niej, jako że rozwody i ich konsekwencje nie są rzadkością.
To prawda, że mój brat zamieszkał bardzo daleko od swego pierwszego,
małoletniego wtedy, dziecka i do tego kompletnie został odsunięty od niego przez zawiedzioną i nieprzejednaną, ale jeszcze wtedy żonę. Jednak ,pochłonięty budowaniem nowego szczęśliwego ( to fakt ) związku z inną kobietą w nowym nieznanym miejscu, pozwolił na to pozbawienie go praw ojca i przecież nie z żadnego wyroku sądu. Nie potrafił znależć sposobu na
dotarcie do córki, która nie chciała go znać, nie chciała żadnego kontaktu,
nie potrzebowała ojca. Nie mieliśmy w naszej rodzinie możliwości wpływu na te sprawy, bo moja pierwsza bratowa zerwała również stosunki z nami -rodzicami i siostrą wiarołomnego męża, przynajmniej przez pewien czas, nim
nie zreflektowała się , że nie ponosiliśmy przecież winy za ich rozbity związek.
Tymczasem brat wkrótce został znów ojcem i to dwojga dzieci, w wychowaniu których w rzetelny sposób uczestniczył na co dzień i spełniał
się w tej roli, a w stosunku do pierwszej córki był tylko świadczeniodawcą.
Moja druga bratowa, czując się trochę winną w tej sprawie, miała nawet pomysł zaproszenia córki swego męża na wakacje do nich i to wielokrotnie w listach proponowali, ale nie byłoby to możliwe do zaakceptowania przez pierwszą bratową. Tak więc przyrodnie rodzeństwo tylko wie o swoim istnienu i tyle…
Co prawda, dzieci z drugiego związku brata, jako duzo młodsze, miały zawsze ochotę poznać starszą siostrę, gdy przyjeżdzały tu na wakacje do dziadków, ale nie zaaranżowaliśmy nigdy takiego spotkania z powodu oporu i niechęci tejże.Wszystkie te dzieci są już dorosłymi ludzmi, wspólni dziadkowie już nie żyją i tylko głównie mnie przypadła w udziale rola ogniwa w tym skomplikowanym łańcuchu rodzinnym.
Udało mi się zachować więz z moją starszą bratanicą, zarazem chrześnicą, dzięki moim własnym zabiegom, wzajemnej sympatii i na szczęście również
tolerowaniu mojej osoby przez pierwszą bratową. Co może wynikało z faktu,
że nim została żoną mego brata, była przez 3 lata moją uczennicą w moim krótkim epizodzie nauczycielskim i to dobrą uczennicą , więc były to pozytywne konotacje.Mieszkamy niezmiennie w tym samym mieście, widujemy się, pamiętamy o swych imieninach, urodzinach itp., mam tu na myśli bratanicę, bo z bratową – no, cóż, poprawnie po prostu, ale jakiś cień pozostaje. Cień jej przegranej z losem i nie wybaczenia memu bratu, któremu
się powiodło w innym związku. Była przecież wtedy młodą kobietą, ale nie związała się już z nikim , bo, jak mówi o sobie, poświęciła się wychowywaniu dziecka. Nadal mieszka z córką i zięciem, i obecnie spełnia się w roli babci małej Martyny, której dziadek ( czyli mój brat ) jeszcze nie widział na żywo, a jedynie na zdjęciach u mnie. Kilka zdjęć mu wręcz wcisnęłam na siłę, ponieważ jest dotknięty, że córka mu tych zdjęć nie wysłała.
Miałam nadzieję, że właśnie narodziny wnuczki staną się momentem przełomowym w tej gorzkiej historii, że stopnieje ten lód między nimi. I już było prawie blisko, ale znów ktoś komuś nie odpisał ,znów wzajemne pretensje – ja sie już w tym pogubiłam. Chyba oboje są jednakowo zawzięci i uraza nadal mocno w nich siedzi.
A teraz Martynka ma silną konkurencję w osobie nowego wnuczka mego brata i jego prawowitej małżonki. Jest to wnuczek oczekiwany, jako syn ich wspólnej i ukochanej córki. I jak najbardziej rozumiem emocje mej drugiej bratowej, którą bardzo lubię ponadto, bo fajna z niej kobieta i prawdziwa ostoja mego brata ( 9 lat od niego młodsza ). Ale postawa brata mi się nie podoba, tym bardziej , że zdążyłam już ulokować wiele ciepłych uczuć
w Martynce, milutkim dziecku, które z przyjemnością odwiedzam i obserwuję jego rozwój.
Wynika to na pewno także z mej większej zażyłości ze starsza bratanicą niż z młodszą, której nie znam równie dobrze, bo wyrastała daleko i kontakty były rzadkie. Ale cieszę się z jej łatwego, szybkiego porodu i życzę szczęśliwego macierzyństwa, a także chętnie poznam jej synka Gracjana, kiedy to będzie możliwe.
Najpierw i to wkrótce zobaczę się z bratem i ciekawi mnie czy chociaż zapyta o swą wnuczkę? A jeśli nie, to sama mu o niej przypomnę, ale taktownie, nie
popadając w kłótliwy nastrój – może mi się to uda…

Nowe dziecię w rodzinie

  • Napisane 24 lutego 2008 o 03:25

Najmłodszy członek naszej rodziny pojawił się już na świecie w terminie nieco przyspieszonym.

Sprawił rodzinie niespodziankę, gdyż poród przewidywany był na pierwszy tydzień marca, a tymczasem wydarzenie to miało miejsce w dniu 20.lutego.

Chodzi tu o narodziny pierworodnego syna mej młodszej bratanicy, czyli – Gracjana Jarosława, bo takie imiona zostały dla niego postanowione przez jego rodziców.

Trochę było wydziwiania nad Gracjanem, ale jest to chyba jednak ładniejsze imię od tych z kartki kalendarza na ten dzień; bo w dniu 20 lutego imieniny obchodzą: Eustachy, Euchariusz, Leon, Ostap, przynajmniej tak pisze w moim kalendarzu.

Bratanica, po bardzo lekkim porodzie, i Gracjanek jeszcze przebywaja w szpitalu, ale oboje w dobrym stanie zdrowia, więc pewnie po niedzieli zawitają w przygotowanym gniazdku domowym.

Moje wiadomości nie pochodzą z autopsji, ale jak dotąd z telefonicznych doniesień mego brata i bratowej, czyli przejętych dziadków.

Swoje gratulacje i życzenia na razie przesłałam sms-em.

Od kilku dni czuję się zaatakowana przez rotawirusa – podobno bardzo aktywny ostatnio.

I dobrze, że wynaleziono Smectę, którą właśnie poznałam i chyba mi pomaga.

Samokrytyka z samoobroną w jednym stały domu…

  • Napisane 18 lutego 2008 o 09:11

Bo?

Muszę przeprowadzić ostrą samokrytykę i nieco potrząsnąć swoją osobą!

Wyraźnie mi odbiło na punkcie komputera, a ściśle internetu i jego nieprzebranych możliwości, które staram się pochłaniać, jakby mnie kto gonił i już dostaję zadyszki, oczopląsu i kociokwiku nad ranem.

Do tego wciąż mi się śni, że nadal siedzę przy komputerze!

Gdy się budzę, jestem zdziwiona, że leżę w łóżku, bo przecież właśnie stukałam w klawiaturę lub czytałam blogi i komentarze – a to był sen, który zaraz mam ochotę kontynuować na jawie.

Popadam w chaos przez te wszystkie linki i sznurki, bo czytając o jednej sprawie, trafiam na sto innych, również ciekawych, więc się miotam, jak ten osioł, któremu w żłoby dano – „w jednym owies, w drugim siano… i oślina pośród jadła z głodu padła.”

Nitka Ariadny miała wyprowadzić Tezeusza z labiryntu, a mnie właśnie te nitki, linki, sznurki, jakby je nazwać, wprowadzają coraz głębiej w labirynt internetu.

Próbuję się tłumaczyć przed sobą, że tak jest z nowościami, ale na ogół zdarza się to dzieciom, że zasypiają z nową zabawką, więc co to za wytłumaczenie dla, no, nieco starszej pani?

A może właśnie to ten wiek, mój własny wiek, mnie pogania; świadomość ( a może podświadomość? ), że nie ma już tak wiele czasu na poznawanie wiedzy o świecie i trzeba się teraz spieszyć, aby nadrobić, co się w młodości zaniedbało.

Nagle ogarnął mnie głód wiedzy wszelakiej, wręcz interdyscyplinarnej i to łatwo zdobytej, bez wychodzenia z domu, wertowania opasłych tomów czyli jakby bez wysiłku.

I „hier ist der Hund begraben” ( ulubiony idiom w naszej rodzinie), ten brak wysiłku, który ma teraz dla mnie znaczenie istotne, ale wnukom bym nie doradzała, oczywiście jako jedynego sposobu zdobywania wiedzy, lecz jako jednego z wielu, czemu nie…?

Widzę, że zaczynam się oddalać od tonu samokrytyki do samoobrony ( nie mylić z tą przez duże S ), ale na prawdę będę musiała nieco ująć w ryzy moją zachłanność na korzystanie z komputera, bo po prostu popadnę w szum i chaos informacyjny i bardziej zgłupieję niż zmądrzeję.

Ale jeszcze nie w tej chwili, bo właśnie pojawiła się na pasku informacja, że czeka nowa wiadomość na portalu nasza-klasa i już jest kopertka!

Bo ostatnio zaszalałam na tym portalu, na tym polu, a ponieważ w moim przedziale wiekowym znalazłam tylko jednego kolegę ( wymieniliśmy pozdrowienia jak pionier z pionierem), przerzuciłam się na klasy licealne moich dzieci, gdzie zastałam już znaczne ożywienie ( aczkolwiek bez udziału mych własnych dzieci ).

Niedawno wysłałam pozdrowienie ulubionej koleżance mego syna, do Nowego Jorku, gdzie mieszka już od wielu lat i to na pewno od niej ta wiadomość, którą sygnalizuje kopertka.

Jak zwykle, piszę o tym w bardzo nocnych godzinach, bo wtedy nawiedza mnie wena literacka.

Jeszcze tylko otworzę tę kopertkę, bo nie mogłabym zasnąć, nie zrobiwszy tego; potem kilka usypiających pasjansów na monitorku aż oczy zaczną się zamykać… i do jutra, komputerze!

14.02. – imieniny Walentego i Liliany

  • Napisane 14 lutego 2008 o 03:36

Dziś św.Walenty – właśnie świtać zaczyna – jak rzecze nieszczęsna Ofelia.

W dramacie p.t. Hamlet, oczywiście.

I za chwilę przyjdzie mi za nią powtórzyć, jeśli natentychmiast nie oddalę się w kierunku posłania.

To jeszcze tylko nadmienię, niniejszym, że dziś imieniny mej synowej, bynajmniej nie Walentyny, lecz Liliany – kiedyś marzyłam, aby tak mieć na imię, względnie – Róża, Wioletta, może Laura, ale Ofelia raczej nie, podobnie jak Otylia czy Idalia.

Mam zupełnie inaczej i bardzo dobrze….

Zapowiedziałam nowy dzień i czas wreszcie pójść spać – a budzikom śmierć!

Lubisz główkować? Sprawdz se IQ !

  • Napisane 14 lutego 2008 o 01:32

Podobno człowiek uczy się przez całe życie, a efekty bywają rózne, czyli nie zawsze zadowalające, bo też z wiekiem i szare komórki gorzej pracują.

Nie zrażam się jednakże, robię, co mogę i gimnastykuję ciało (rzadziej ) oraz umysł – codziennie.

I jeszcze zachciało mi się poddać swe władze umysłowe sprawdzianowi w postaci testu na inteligencję – patrz: Gazeta Wyborcza ( wtorek – 12. 02 ).

Wielce zaciekawiona nabyłam specjalnie prawdziwą gazetę, bo raczej korzystam z internetowej, a nie byłam pewna czy ten test w niej będzie.

Wielkie litery nagłówka wzywają zachęcająco – „Sprawdz swoje IQ”, drobniejsze pod nim też kusząco – „Lubisz główkować? Sprawdz się w teście na inteligencję…”

Kiedyś, dawno temu, kiedy dzieci były chyba nastoletnie przewinął się przez nasz dom jakiś sprawdzian tego IQ , ale już nie bardzo pamiętam, co zawierał, więc się zainteresowałam tym z GW.

Przeczytałam te kuszące nagłówki, ale to, co widnieje pod nimi, jakoś mnie nie pociąga, mimo że można nad tym główkować przez 60 minut.

Ale na tej samej stronie, obok tekstu właściwego, czyli owego testu, wydrukowane są odpowiedzi i od razu dostaję zeza, żeby do nich zaglądać; najpierw zatem mam sprawdzian na uczciwość – chyba, że trzeba przeciąć stronę wzdłuż i oddzielić część z testem od części z odpowiedziami oraz schować przed sobą.

Zanim to może uczynię, przywołuję do porządku moją uczciwosć i przeczytam wywiad z autorem testu na sąsiedniej stronie, żeby się wciągnąć w klimat sprawy i nastawić duchowo, bo mam jakąś tremę.

A nie powinnam jej mieć, bo autor – prof.J.Leluk z Mensy Polska – uspokaja, że to nie egzamin tylko rodzaj zabawy lub jak badanie wzroku u okulisty.

Myślę, że to niezbyt trafne porównanie, bo dla mnie ostatnio wizyty u okulistów są coraz bardziej stresujące, a nawet przykre z powodu kropli rozszerzających źrenice, po których mam zawroty głowy i ledwo widzę przez kilka godzin.

Na razie nie znajduję w sobie ochoty na poświęcenie godziny czasu na tę wątpliwą rozrywkę, bo wzrokowo już mi się ten test nie podoba – same elementy graficzne z trójkątów, kółek, łamanych linii i cyfr straszą mnie wspomnieniami ze szkolnej algebry i geometrii, które musiałam obowiązkowo zdawać na maturze, bo taka była kiedyś formuła tzw. egzaminu dojrzałości.

Humanista nie miał lekko, ale przecież tę czwórkę w mękach zdobyłam, chociaż sny o lekcji matematyki i odpowiadaniu przy tablicy do miłych nie należą, a nadal się zdarzają.

Tak więc, chyba jednak do tego testu nie podejdę, bo jakoś czarno to widzę, a poza tym może jakiś limit wieku i przeciwskazania, choć profesor – autor nie nadmienił nic na ten temat.

Przedyskutuję jeszcze tę sprawę z moimi mądrymi dziećmi, zaś dzisiejszą godzinę wolałam spędzić stukajac w klawiaturę, aby się zwierzyć ze swych wrażeń nad testem niż się nad nim umysłowo gimnastykować.

I tyle…

Zła wiadomość

  • Napisane 11 lutego 2008 o 00:51

„Ale to już było i nie wróci więcej” … i choć dalsze słowa tej piosenki , śpiewanej przez
Marylę R., są już bardziej optymistycznie, mnie dziś ta pierwsza fraza tłucze się po głowie;
to ona określa tę niedzielę, przepełnioną wspomnieniami o ludziach, których znałam.
Prawie cały dzień poświęciłam temu, co już było; a przyczynił się ku temu portal :
www.nasza-klasa.pl, na który, po pewnych trudach udało mi się zalogować i te moje
zmagania z loginem ( zajęty i zajęty ) są nawet humorystyczne. Wtedy powzięłam pomysł
napisania wreszcie jakiejś dowcipnej notki, takiej bardziej zartem niż serio i , jak widać
po wstępie, znowu mi się nie uda. W pewnym przedziale wieku na tym portalu wieje pustką,
ale przyczyny mogą być bardzo różne, niekoniecznie zaraz dramatyczne, a poza tym zawzięłam
się, żeby dziś dotrzeć do jakichś wiadomosci, przeznaczyć na to czas, który wciąż ucieka.
W mojej klasie licealnej zastałam 2 osoby (sic!) i zapisałam się jako trzecia, zostawiłam wiadomosc na forum szkoły i pozdrowienie dla zapisanego kolegi ; tyle na początek i będę
czekać przez jakiś czas na dalszy ciąg.
Ale przy okazji zadzwoniłam tu i ówdzie, skoro się już zawzięłam , aby popytać niektórych
znajomych o innych, z którymi oni mają bliższy kontakt, a także o stosunek do popularnego
portalu i powody takiej ciszy wsród starszych pokoleń. Tym samym zagrzebałam się w przeszłości, choć właściwie czynię to ostatnio nagminnie, a przede wszystkim dotarłam
do wiadomości bardzo przykrej, której się nie spodziewałam – już teraz, właśnie…
Otóż, przy okazji poszukiwań w obrębie klasy , szkoły, postanowiłam wreszcie sfinalizować
zaległą sprawę nawiązania kontaktu , dawno, dawno przerwanego; sprawę wciąż odkładaną
na jakiś bardziej odpowiedni moment. I zdecydowałam się na ten moment, aby się dowiedzieć,
że spóżniłam się prawie o miesiąc z tą realizacją zadawnionej chęci, która przedawniła się
bezpowrotnie.
To była moja koleżanka, była –ale od połowy stycznia już Jej nie ma, bo zmarła, a ja już tylko
mogę żałować, że nie zdążyłam, że tak zwlekałam, że kiedyś…jutro, pojutrze.
Zosia, moja rówieśnica, nie była nigdy moją szkolną koleżanką, bo chodziłyśmy do różnych szkół , a poznałyśmy się wcześniej i zawsze przedstawiałam ją jako swoją prywatną koleżankę,
zapoznając z tymi szkolnymi. Nasze częste kontakty zaczęły ustawać w okresie studiów z powodu odległości miejsc – Zosia wyjechała do Gdańska, a kończyła , te nietypowe dla
dziewczyn, studia w Leningradzie ( tak sie wtedy jeszcze nazywało to miasto).
A te studia to budowa okrętów i Zosia była , chyba(?) jedyną dziewczyną na swym roku.
Na studiach poznała swego przyszłego męża , pobrali się zaraz po skończeniu i już nie wróciła
do naszego miasta, w którym ja tkwię bez zmian, do tej pory.
Osiadła na długie lata w Kędzierzynie-Kożlu, gdzie dostali pracę zgodną z ich wykształceniem
i z czasem także pisemna korespondencja między nami zaczęła zanikać, choć nigdy nie doszło do cienia konfliktu, po prostu obie zajęte bardzo życiem rodzinnym ( po dwójce dzieci) i pracą,
oddalone miejscami zamieszkania – nasze drogi rozeszły się , tak jakoś…
Mieszka tu nadal jej brat , przez którego przekazywałyśmy sobie wzajemnie pozdrowienia
i pewne informacje, telefony jakis czas temu nie wchodziły w wyposażenie kazdego domu,
a czas robił swoje i nie odnalazłyśmy się już. Dlatego nie mogę dziś obarczać się szczególną
winą, mimo uczucia dławienia w gardle – poniekąd obie pozwoliłyśmy na taki stan rzeczy,
licząc na to, że kiedyś znajdziemy dla siebie trochę czasu. Podobno wręcz do końca swych dni,
mimo cieżkiej choroby,pracowała, prowadząc jakąś firmę z mężem.
Kiedyś postaram się o dłuższą rozmowę z jej bratem, bo dziś to był dla mnie szok, a i on aktualnie uwikłany w trudny moment w rodzinie. I znów kiedyś… kiedyś się spotkamy,
jeśli znajdziemy odpowiednią porę…

Makao tudzież inne gry i zabawy w one lata…

  • Napisane 9 lutego 2008 o 02:00

Już od wielu lat nie grywam w karty i dlatego nie pamiętam zasad wielu gier karcianych.

Aż tu dzwoni któregos wieczora mój pierworodny i po dowcipnym Guten Abend – ponieważ szusuje w Austrii, życzy sobie wskazówek do gry w makao.

A kiedy ja w coś takiego grałam?

Chyba ostatnio właśnie z moimi dziećmi w ich młodocianym wieku i teraz już oboje z synem nie pamiętamy, wnuczka Olga jeszcze w to nie grała, a synowa raczej z tych dalekich od wszelkiego hazardu.

Mają tam karty i wreszcie trochę wolnego czasu na rozrywkę, więc na razie doradziłam im grę w świnkę lub w wojnę, bo te Ola poznała kiedyś ode mnie jako kilkuletnie dziecię.

A tymczasem muszę skoczyć po informacje do internetu, aby udzielić tej wiedzy w następnym kontakcie komórkowym i niech się bawią tymi kartami, kiedy Kuba pójdzie spać, bo tylko na tych wywczasach mogą sobie pozwolić na luksus tracenia czasu na głupawy relaks.

A ja nie tylko odświeżyłam zapomnianą umiejętność karcianej zabawy w makao ( niezawodne google ), ale sama nabrałam ochoty na pogranie, jeno nie mam z kim – oprócz kompa, jednak co to, to nie; wystarczy, że i tak zbyt często pozwalam sobie na pasjansa i kierki na monitorze.

Przy tej okazji popadłam w rozmyślanie nad upodobaniami i skłonnościami, a nawet nawykami czy też nałogami w mojej rodzinie.

Skoro rozpracowuję różne dane, jako tworzywo do drzewa rodowego czy też dziejów rodziny, można i taki aspekt uwzględnić…

Z nałogami, czyli poważniejszym rodzajem uzależnień, mogę się krótko rozprawić, bo tylko jeden przewinął się przez bliską rodzinę, mianowicie – palenie papierosów, które aktualnie występuje w szczątkowej postaci,wręcz w fazie zanikania i nie dotyczy młodych ludzi – na szczęście, a tylko nielicznych dinozaurów, w tym mnie.

Bardzo samokrytycznie patrząc na siebie, muszę się przyznać, że mam w najbliższej rodzinie największe konto różnych mniejszych nałogów, poza tym wspomnianym, dużym nałogiem.

Tak to wygląda obecnie, bo kilkanaście ( może już więcej? ) lat wstecz miałabym konkurencję w osobie mojego taty, którego wdzięcznie wspominam i nie mam zamiaru krytykować, ale…

Tak jak mama była istną mrówką czy pszczołą – robotnicą, tak tata bywał często trutniem, ponad pracę zdecydowanie przedkładał rozrywkę i życie towarzyskie, ale jakoś tam pchali razem ten wózek rodzinny…

Między innymi przejęłam od taty upodobanie do rożnych gier – od planszowych ( ulubione warcaby) po karciane – od świnki, czy wojny w dzieciństwie, po bardziej wyrafinowane, jak tysiąc, preferans, oczko, makao, kierki aż do… brydża.

Znajomość tych wszystkich gier też zawdzięczam ojcu z wyjątkiem brydża, z którym zetknęłam się dopiero w latach studenckich i to ja uczyłam tatę, ale szybko uczeń przerósł nauczycielkę, gdyż miał jakąś wrodzoną smykałkę do kart i lata wprawy.

I, aczkolwiek bardzo lubiłam grać w karty, nigdy nie osiągnęłam jego perfekcyjności i szczęścia do wygrywania.

Chyba jestem graczem zbyt emocjonalnym i denerwującym się przy rozgrywaniu i w brydżu pozostałam na etapie początkującego.

Nigdy natomiast nie pociągały mnie szachy, chociaż podobają mi się do dziś figury szachowe ( niektóre to wręcz dzieła sztuki ) i ogólną orientację posiadam, ale pod tym względem zawiodłam tatę.

Po latach znalazł chętnego w osobie mojego syna, a swego małoletniego wnuczka, który nawet miał czelność szachowania dziadka, co było dla niego nie do wyobrażenia i wywoływało śmieszną dla nas denerwację.

Przy okazji muszę nadmienić, że zły stan zdrowia spowodował, że moje dzieci nie miały w nim już tak pogodnego, młodego duchem towarzysza zabaw, jakim był w roli mojego taty i po prostu szkoda, ale cóż – taki los…

I tu ciekawostka… to moja poważna, a nawet surowa mama okazała się pobłażliwym ( no, w miarę ) i nawet wesołym kompanem w grach i zabawach z wnukami – po prostu nieco „wyluzowała” w podeszłym wieku, a i zdrowie jej długo służyło.

A różne loteryjki, chińczyki, warcaby oraz karty weszły w życie moich dzieci, głównie za moim pośrednictwem i trochę przy współudziale mych rodziców.

Bo w moim własnym domu ojciec rodu, czyli mój małżonek był tytanem pracy, głównie zawodowej oraz trochę gościem w domu ( to nie krytyka, ale fakt ) z powodu konieczności pomagania rodzicom w gospodarstwie wiejskim.

Poza tym nie był amatorem żadnej błahej rozrywki i te domenę chętnie scedował na połowicę, która zresztą miała tę rozrywkowość w genach, niewątpliwie – a więc… kino, kawiarnia i spacer oraz gry i zabawy, w co wciągałam dzieci ku wzajemnej uciesze, ale też do pewnego czasu.

Ponieważ okazało się i to dość wcześnie, że synek i córeczka nie mają takiego samego stosunku do rozrywek, a szczególnie do rozgrywek np. w karty i zarysował się podział na dwie grupy w rodzinie: mamin synek – bardziej rozrywkowy i córeczka tatusia – nie lubiąca emocji związanych z rywalizacją, co na ogół towarzyszy wszelkim rozgrywkom.

I bywało, że często grywałam tylko z synem, więc z koniecznosci w to, w co można grać we dwoje – a jest też trochę takich karcianych wersji, nawet brydż – jakby z dwoma dziadkami, co nas w zupełności bawiło w niektóre wieczory.

Druga grupa rodzinna to przede wszystkim pasjonaci słowa pisanego – książek i gazet oraz miłośnicy wsi i ogrodnictwa, typowi introwertycy.

Co nie znaczy jednak, że był to podział absolutny, bo czytanie było i pozostało wspólną pasją rodzinną, całej naszej czwórki.

A „kino, kawiarnia i spacer”też od mojego protoplasty i kultywowane w rodzinie, choć też w różnej kolejności i nasileniu na etapach życia.

U mnie rolę kina teraz bardziej pełni telewizor i dostawki do niego, ale filmomańką być już nie przestanę.

I syn, i córka też ten nawyk mają, ale w trochę mniejszym stopniu, bo wkroczył w ich życie komputer – wielka magia i pochłaniacz czasu.

A młodzi ludzie mają jeszcze mnóstwo obowiązków, które muszą być na pierwszym miejscu przed najmilszymi nawet nawykami i rozrywkami.

Tak więc obecnie ich matka i babcia ma wreszcie labę i czas na uprawianie dawnych ulubionych rozrywek, a także na poszerzanie asortymentu.

I z kolei od dzieci zaraziłam się podziwem nad możliwościami, jakie daje posiadanie komputera i mam nową zabawkę, która może wpędzić w uzależnienie, przed czym się już ostrzega użytkowników – ale w moim wieku i przy tylu innych ulubionych przyzwyczajeniach, spoko, spoko… chyba?

Zazwyczaj przed zaśnięciem łączę 2 nawyki w jedno: pasjanse w komputerze – jako pewny środek nasenny.

Co nastąpi za chwilę – i do jutra…

Moja recenzja filmu – Tulipany

  • Napisane 7 lutego 2008 o 01:39

Pisałam niedawno o tzw. drugiej młodości , która trafia się czasami niektórym ludziom i , jak na zamówienie , Tv pokazała film pt. „Tulipany, którego fabuła jest potwierdzeniem tej
prawdy .Byłam zainteresowana tym filmem, od czasu informacji o jego nakręceniu i zdawało
mi się, że było to całkiem niedawno, a jednak już kilka lat temu – w 2004 r.
W mediach wtedy sporo się mówiło i pisało o obsadzie aktorskiej, a szczególnie o powrocie
do aktorstwa Małgorzaty Braunek, która dała się namówić młodemu, początkującemu
reżyserowi do zagrania w jego dość niezwykłym projekcie filmowym ( według jego scenariusza
także ).Pamiętam już trochę niewyrażnie jakieś wywiady w TV z dawną gwiazdą polskiego kina
ale szczególnie zwróciłam uwagę na jej fantastycznie ostrzyżoną, bardzo kształtną głowę
i że w tych króciuteńkich włosach , ta starszawa już kobieta podoba mi się znacznie bardziej
niż tamta młoda dziewczyna sprzed lat – Oleńka z Potopu.
Tak więc jednym z powodów mojej ciekawości był ten comeback p.Braunek (nagroda na
FPFF w Gdyni ), a pozostałe powody to, wyjątkowa tematyka filmu opowiadającego
o ludziach po 60. roku życia oraz zaangażowanie do głównych ról męskich niegdysiejszych
popularnych amantów, dziś prawie nieobecnych w kinie – no, może z wyjątkiem Jana Nowickiego ( ostatnio najczęściej w produkcjach telewizyjnych ).Dwaj pozostali, to:
Tadeusz Pluciński ( uwodziciel w granych rolach i w życiu) i Zygmunt Malanowicz – może jednak niezupełnie taki typowy amant jak obaj koledzy, ale kiedys bardzo popularny aktor,
np. jako partner M. Braunek w filmie Wajdy – Polowanie na muchy czy młodzieniec z Noża
w wodzie -R.Polańskiego.Właśnie Malanowicz bardzo mi się wtedy podobał jako facet ,
bo sama byłam młodą dziewczyną, gdy ten film wszedł na ekrany kin i wywołał
zamieszanie wśród krytyków.
Film Jacka Borcucha – Tulipany – na pewno mógł wzbudzić zainteresowanie widzów zbliżonych
wiekiem do bohaterów fabuły i odtwórców postaci, a co do młodych – to śmiem wątpić, ale tak najogólniej, bo z gustami bywa różnie. Dla mnie i moich, mniej wiecej, rówieśników ten
film to i spojrzenie na siebie jak do lustra, i również podróż sentymentalna, choć nie ma w nim
retrospektywnych obrazów z przeszłości bohaterów .Ale oni tak jakby jedną nogą tkwią jeszcze w swej mlodości, pozostali młodzi w środku, chcą nadal korzystać z różnych atrakcji życia, nie rezygnować z dotychczasowych upodobań – aż tu nagle pojawia się przestroga przed
konsekwencjami zbytniego zapominania o swym biologicznym wieku i surowych prawach natury.Ta przestroga zjawia się pod postacią zawału serca jednego z trójki przyjaciół, wesołych, niedbających o wiek, ale już niemłodych panów.
Na szczęście zawał w miarę lekki, bo film nie z kategorii tragedii i wszystko dobrze się kończy,
ale w pogodny,a nawet momentami komediowy ton wkracza refleksja nad różnymi etapami
ludzkiego życia i pod wpływem tej ogólnej refleksji bohaterowie filmu dokonują przewartościowania w różnych pojęciach i sprawach , decydują się nawet na daleko idące
zmiany trybu życia – np.wreszcie poślubienie kobiety ! Oczywiscie tę kobietę gra M. Braunek
i wygląda tak, że nie sposób się dziwić, a nowożeńcem po 60 -tce jest , oczywiście J.Nowicki
( też do przyjęcia , choć kilka starszy od aktorki). Ale to nie jemu trafił się ten zawał w fabule, choć wręcz nie wypuszcza papierosa z ust , zapala wielokrotnie następnego ,zupełnie jakby
to był film z dawnych czasów, sprzed kampanii antynikotynowej. Dość że nie pali w scenie
pościelowej z ukochaną ( jest taka scena, ale bardzo powściągliwa, b.grzeczna i b.dobrze)
oraz w szpitalu, przy łóżku chorego kolegi (Malanowicz po zawale ). Za to w szpitalu, ale
na korytarzu zapala papierosa syn chorego , czyli młode pokolenie w filmie, grany przez
Andrzeja Chyrę ,aktualnego, powiedzmy, amanta .
Te epizody z papierosem zwróciły moją uwagę, jako nieszczęsnego niewolnika nałogu wyniesionego z młodości, podobnie jak u J.Nowickiego ; ale czy Chyra naprawdę pali,
tego nie wiem….
Scena finałowa filmu ma symboliczną wymowę – ślub, przyjęcie weselne ( w tle piękna
pieśń – To będzie miłość…), ogólna radość i optymizm, jeszcze jedno zwycięstwo miłości
i życia. Tak ja to odebrałam jako widz zaangażowany emocjonalnie w fabułę filmu nie dla
młodzieży, ale dla młodych duchem.
A obok nagrodzonej Małgorzaty Braunek, ja, osobiście, wyróżniam J.Nowickiego -za
kreację postaci, rola wręcz stworzona dla niego. Czyli, według mnie, Nowicki jak wino,
im starsze, tym lepsze…
I tak to zostałam krytykiem filmowym na własny użytek.

To już Ostatki

  • Napisane 5 lutego 2008 o 02:18

To już można odliczać ostatnie godziny karnawału – niedawno zegar pokazał mi, że wtorek
właśnie się zaczął, bo ja zazwyczaj tak płynnie przechodzę z jednego do drugiego dnia…
Czyli Ostatki – można się już przebierać i wkrótce to uczynię, przywdziewając wygodne szaty
nocne, w których pozostanę na pewno do połowy dnia.
I oddycham z ulgą, że nie posiadam już dzieci w wieku przedszkolnym lub wczesnoszkolnym,
aby zachodzic w głowę – za co, za kogo i w co je przebrać, bo to było dla mnie zawsze dużym
problemem. Jako że ja taka bardziej mocna w słowach, a słabsza w czynach z rodzaju – uszyć,
wydziergać, wykroić, uwić wianek z papierowych kwiatków czy inny diadem lub koronę.
Starsze dzieci same jakoś sobie radziły z tymi przebierankami i w końcu mamy to za sobą, uff…
W każdym wieku ma człek jakieś kłopoty, nie takie – to siakie. Ale święto przebierańców
to już nie moje zmartwienie, najwyżej nie reagować na pukanie do mych drzwi, aby nie usłyszeć: – Przyszliśmy tu na Ostatki, bo nie mamy ojca, matki…itp.
Może tylko jeszcze pożegnalny pąćzek dla poparcia tradycji, które kultywuję w bardzo szczątkowej postaci, ale chyba nie strawiłam dokładnie tych dwóch z tłustego czwartku,
bo tez jakaś marnotrawna się zrobiłam. No, i tyle tych kalorii do spalenia!
Chyba już pora, aby się przebrać – to może chociaż z tej okazji w najładniejszą piżamkę,
a może w koszulkę, taką bardziej zabawną – z myszami?
To dobranoc i dzień dobry…


  • RSS