Przeglądasz archiwum Styczeń, 2008 .
Wyświetlam 1 - 10 z 17 notek

Suplement do tematu imion

  • Napisane 31 stycznia 2008 o 00:50

Po przeczytaniu komentarzy pod moimi notkami o imionach, stwierdziłam, że mam jeszcze tyle
do powiedzenia na ten temat , iż muszę powołać do życia – suplement .
Przede wszystkim , chcę zwrócić uwagę czytelników mego bloga jak i Gazety Wyborczej
z dodatkami, że tematyka imienin oraz imion pojawiła się u mnie na początku blogowania, czyli
pod koniec listopada. A miało to związek z imieniem Andrzej i moim synem , który właśnie
dziś z kolei jest jubilatem, bo 30.stycznia to data jego urodzin ( pisałam już o tym wcześniej ).
Życzenia wysłane przez sms , bo syn z całą rodzinką na zimowych feriach w Austrii ( narty
i jeszcze kąpiele termalne – fajnie, fajnie ).
A ja wracam do tematu, który niedawno pojawił się także w „GW” , a dokładnie w Wysokich
obcasach – przed chwilą znalazłam w archiwum gazety i złapałam w zakładkę ( Magdalena
Grzebałkowska – Jezus Judasz nie przejdzie ).Ucieszyło mnie potwierdzenie mojego własnego domysłu, że powodem istnego wysypu Agnieszek w latach 70. (jak to określiła
ds w komentarzu ) mogła byc popularnośc Agnieszki Osieckiej.
I nie trzeba byc uczonym z dziedziny onomastyki , aby nie zauważyc ogromnego wpływu różnych zewnętrznych czynników na gusty i wybory ludzi; od dawna litertura, potem kino
i jego gwiazdy, a obecnie wszechwładna telewizja i jej seriale, jej gwiazdy , itp.
Gdzies przeczytałam, że to film ” Królowa Krystyna ” z rolą Grety Garbo spowodował
w okresie międzywojennym dużą czestotliwość tego imienia , które dziś częściej spotkamy
u wielu pań, powiedzmy, starszych niż u młodzieży żeńskiej – ale za to wśród męskiej Krystian
należy do popularnych.
Też zauważyłam modę, poza serialami, może snobizm na nieco staroświeckie, acz klasyczne imiona ( moich starszych wujków, nota bene ) , jak – Franciszek , Stanisław , Antoni , Ignacy.
Nad tym ostatnim bardzo ubolewa jedna z mych koleżanek , której wnuczek to imię otrzymał
z rodzicielskiego nadania , zaś inna załamuje ręce nad Kornelem ( nawet dowcipnie zrymowała –Kornelek – Rondelek ), ale z czasem na pewno przywykną i nawet polubią wraz z dzieckiem,
które je nosi.
Też nie byłam zachwycona wyborem Jakuba dla mego wnuka , choć wersja Kuba bardziej mi
odpowiada, ale ta częstość tego imienia u dzieci jest porażająca i w przedszkolu wnuczka się to
potwierdza. Po trzech latach nie wyobrażam sobie jednak innego zawołania na wnuczka – powstała już jedność. I także , cóż z tego, że kotek na blogu TUV wabi się Kubuś- tez jest uroczy , a poza tym wiele ukochanych domowych zwierząt otrzymuje ludzkie imiona i to ,chyba coraz częściej…
Na zakończenie dodam, że dopiero odkryłam w kalendarzu dzisiejsze imieniny Martyny, czego
dotąd nie zauważałam . Zatem nasza na razie najmłodsza w rodzinie Martynka, córeczka bratanicy, ma imieninowe święto w dniu urodzin mego syna, dla niej wujka, z którym się jeszcze
nie znają, niestety…

Imiona w rodzinie – c.d.

  • Napisane 29 stycznia 2008 o 15:05

Jak dotąd zatrzymałam się na przodkach rodzinnych z XIX w. i nie wykroczyłam poza
region łódzki , z którego oboje z mężem pochodzimy. I być może tylko te tereny były
kolebką naszych rodzin i chyba na tym gdybaniu poprzestanę , bo raczej żadne herby
ani dworki szlacheckie się nie zapowiadają w odległej przeszłości, co może by mnie
bardziej motywowało do trudów tropiciela śladów.
Oczywiście, znów zainteresowały mnie imiona występujące w naszych rodzinach
na przestrzeni czasu od XIX w. do dnia dzisiejszego. Nie zauważam np. dosć częstego
obyczaju powtarzania się jakiegoś imienia przekazywnego z pokolenia na pokolenie,
od seniorów do juniorów . Tak najogólniej – ale w niektórych kółeczkach rodzinnych
przewija się taka tendencja w odniesieniu do drugiego imienia na pamiątkę po matce
lub ojcu .Wspomniałam w mojej wcześniejszej notce o imionach w rodzinie , kiedy
to moja bratanica – Kamila, po ojcu Karolina wstępowała w związek małżeński
z niejakim Jarosławem, po ojcu – Karolem i planują ten zwyczaj kontynuować wobec
swych dzieci – pierwsze dziecko już się zapowiada wkrótce i ma , jak w banku drugie
imię po tatusiu. Po tatusiu, bo wedle USG przewidziany jest chłopiec , czyli – na drugie
Jarosław . Jeśli wynik badania potwierdzi się w realu , naj młodszy członek naszej rodziny
wniesie z sobą zupełnie nowe i dość niecodzienne imię …Gracjan ( no, ja nie mogę – czyżby
aktualnie modne ? ) . Nie zapytałam wprawdzie bratanicy o imię dla ewentualnej córki, ale
skoro pewni są , że to będzie syn….? Więc na razie zapowiada się – Gracjan Jarosław ,
a ciekawe, jak będą go nazywać pieszczotliwie?
I miała to być pointa tej notki, ale wyszło, jak wyszło, więc teraz będę się cofać w czasie.
Jeszcze nadal najmłodszymi dziećmi są : córka mej starszej bratanicy Magdaleny – 2-letnia Martyna ( jednoimienna ) oraz mój wnuczek – 3-letni Jakub, po tatusiu – Andrzej.
I właśnie w rodzinie stworzonej przez syna Andrzeja Ryszarda i jego żonę Lilianę Marię
wystąpił też zwyczaj drugiego imienia po rodzicach od córki – Olgi Liliany po wspomnianego Kubę .Podobno to propozycja mej starszej wnuczki Olgi , która za moim przykładem zaczęła
się bardzo interesować imionami i ogromnie jest ucieszona wydanym ostatnio ( jako dodatek
do Gazety Wyborczej ) imionnikiem w 2 częściach – wersji żeńskiej i męskiej.
A babcia, niestety, przegapiła pierwszą część, ale będę łapać drugą….
Wracając do rodziny, muszę stwierdzić, że generalnie zestawienie imion z kolejnymi pokoleniami wskazuje na ich zależność od trendów, panujących w danym czasie i niepowtarzanie tych samych imion w bliskiej rodzinie, tak więc np. siostry czy kuzynki nie nadają tego samego imienia swym potomkom. Stąd bardzo duża różnorodność imion.
Zdecydowanie przeważają imiona klasyczne , od świętyh patronów pochodzące i raczej
niewyszukane – z wyjątkiem Eleonory, Florentyny czy Reginy , wymyślonych przez matkę
mojej mamy dla niej i jej sióstr , bo chyba i wtedy ( początkowe lata XX w. ) nie należały
do codziennych . Najstarsi przedstawiciele rodzin ( czyli z XIX w. ) noszą takie imiona, jak :
Agata , Konstancja ,Bronisława ,Wiktoria oraz Jan, Mikołaj , Walenty , Stanisław, czyli
w większości i dziś stosowane…
,Nie dopatrzyłam się jakiegoś imienia wiodącego w rodzinach , no, może z wyjątkiem Józefa wśród starszych pokoleń i pewną ciekawostką jest fakt , że naszym dzieciom przytrafili się obaj
dziadkowie o tym właśnie imieniu – dziadek Józio – miejski i dziadek Józwa – wiejski.
Przez wszystkie pokolenia stosunkowo często przewijają się u kobiet żeńskie odpowiedniki
imion męskich z charakterystyczną częścią – -”sława” , np. Bronisława, Stanisława – u starszych pań , a wśród młodszych – Wiesława, Mirosława, Dobrosława i Bogusława.
Z pewnym zdziwieniem nie znalazłam żadnej Marii ( oprócz mnie ) , jak i Anna też nie tak
często, i zdecydowanie w rocznikach młodszych, podobnie jak Piotr i Paweł – więcej niż
po jednym.
Ta notka jest na pewno zajmująca głównie dla autorki i może dla jej progenitury ( słowo adekwatne do treści ) jako przyczynek do dziejów familii , a może trafi się także jakiś amator tej tematyki. No, a niech tam – publikuję…

Maleńki jubileusz

  • Napisane 28 stycznia 2008 o 19:45

Muszę coś wyskrobać ad hoc – temat sam wpadł mi pod pazur. Dziś w dacie 28 , więc sprawdziwszy dla pewności swój debiut w blogowaniu, odkryłam, że mam malutki jubileusz
na tej niwie . Równo 2 miesiące zagospodarowałam ugór po mojej córce , która wcześniej
uprawiała korespondencyjny blog – odnogę , po wezwaniem „kura w górach”. Z przyczyn
losowych poletko blogowe zarastało już chwastem od pewnego czasu i malała nadzieja na
jego renesans. I córka wpadła na pomysł wydzierżawienia go rodzicielce – świeżo upieczonej
internautce ( pożal się , Panie ) , obiecując pomoc merytoryczną i wszelakę opiekę.
No, to się wprowadziłam, powiedzmy na próbę, na trochę ,stąd bez zmieniania nazwy bloga, w zasadzie na lewych papierach i w razie czego, to w nogi !
Dla odróznienia od prawej właścicielki, a zachowując ptasie pokrewieństwo , nazwałam się -
Kwoką na Dolinie ( pod wpływem piosenki kabaretu Ani mru, mru – rolnik sam w dolinie ),
bo góry zostały daleko w tle. Góry oddalają się coraz bardziej, a ja się już nieco zasiedziałam
i nawet rozpisałam , choć się bardzo wzbraniałam, że ja się nie nadaję do tego nowoczesnego
medium – z klawiaturą mam problemy, choćby na ten przykład , itp.
Wcześniej poczytywałam sobie wybrane blogi , najpierw z kręgu czytelniczego córki ,docierając dalej poprzez kolejne linki do różnych autorów znanych i nieznanych.
Dziś mogę powiedzieć o sobie, że stałam się pasjonatką blogów , ponieważ zawsze kochałam
czytać, a obecnie, z różnych przyczyn , skłaniam się ku krótszym formom literackim na co dzień. Co raz mniej także interesuje mnie fikcja, a bardziej rzeczywistość widziana przez innych
ludzi i możliwość konfrontacji z własnymi sprawami i spostrzeżeniami.
Tak więc porwał mnie duch blogowiska, że się tak wyrażę i wpadłam w tę Sieć , jak przysłowiowa śliwka , a że pora roku sprzyja siedzeniu w domu i nie wyciąga na łono natury,
nie mam sobie za złe zbytniego kontaktu z komputerem, radiem i telewizorem.
Miewam czasami tylko dylemat z wyborem – komp czy telewizor i trochę się miotam, ale
jako nocny Marek w miarę wyrabiam z pogodzeniem ich.
Jako nowicjuszka w pisaniu notek blogowych mam swoich mistrzów wsród autorów,
którym często zazdroszczę polotu , dowcipu, wiedzy, konceptu i czego tam jeszce, ale
to raczej podziw niż niska zazdrość. Nie będę ich jednakże teraz wymieniać,
bo uważam, że nie byłoby to zbyt stosowne , konkurs na Blog Roku już i tak trwa
poza moimi wyborami.
Najbardziej mnie raduje własny apetyt na pisanie, który, wiadomo, rośnie w miarę…
I muszę się hamować, by powstrzymywać wrodzone gadulstwo w mówienu i takoż
w pisaniu, coby nie przynudzać ewentualnych czytelników, którzy czasami wpadną
na chwilkę…ale nie na parę godzin.
Z okazji małego jubileuszu pozdrawiam obecnych i potencjalnych czytaczy – niech
im się wiedzie!

Styczniowa burza

  • Napisane 28 stycznia 2008 o 00:50

Boję się burzy od dziecka do tej pory i nie oswoiłam się z tym zjawiskiem przyrody
mimo lat i doświadczeń .Najbardziej odczuwam lęk , będąc na zewnątrz , bo nie mogę
oprzeć się wrażeniu , że jestem jedynym obiektem dla pioruna , choć jakoś dotąd mi sie
upiekło pod tym względem .Czyli sporo strachu się już najadłam, mówiąc żartobliwie,
bo burze są zjawiskiem na tyle częstym, żeby nie złapały człeka na dworze, w miejscu,
gdzie nie można się schować od razu . Kiedyś zdarzyło mi się odrzucić z impetem parasolkę,
jako domniemany piorunochron ( zakończona była wysokim szpikulcem! ) i uskoczyć w bok
od niej . Był to odruch , który mnie samą zaskoczył , a co dopiero tatę , który mnie wtedy
odprowdzał do pociągu na wczasy i trzeba było isć mimo burzy, żeby zdążyć na czas
albo nie pojechać . Oj, dawno to było , a jakby wczoraj…I właśnie wczoraj stanęła mi ta scenka przed oczyma , mimo braku parasolki , bo wczoraj można byłoby raczej pofrunąć
z parasolką , jak foliowa torebka , których pełno fruwało dookoła .
Trzeba mieć wątpliwe szczęście , żeby akurat wyjść z budynku w chwili najsilniejszego ataku
nawałnicy – w moim rejonie na krótko przed g. 21. Około tej godziny postanowiłam zamienić
goscinne mieszkanie córki na własne, a że przez cały dzień nieżle wiało i popadywało, zażyczyłam sobie powrotu taksówką – i całe szczęście !
Właśnie gdy otworzyłyśmy wyjściowe drzwi bloku o mało nam ich nie wyrwało z zawiasów,
trzasnął gdzieś blisko grom , zalały nas strugi wody – o rety, nie miałyśmy w domu pojęcia
o rozmiarach tej niespodziewanej styczniowej burzy…
Taksówka nie ma możliwości podjazdu pod blok córki i chyba z 10 m. trzeba do niej przebyć,
co z duszą na ramieniu i na sztywnych nogach nie było łatwe i myślałam, że usiądę na drodze…
Ulica, przy której mieszka córka, jest gęsto obsadzona starymi drzewami – a wiadomo, czym
to może grozić podczas wichury – i w czym zgodziliśmy się z taksówkarzem , ale szybko
umknęliśmy z niej, a poza tym siła zjawiska już słabła i zagrożenie miałam za sobą, czyli w tyle…na razie. Do następnej burzy…
Zaczęłam pisać jeszcze w niedzielę o sobotniej burzy ….a tu zaczął się już poniedziałek,
jak to zwykle u nocnych marków ( Marków? ). I czy to będzie poniedziałek zimowy ?

Epilog romansu ( 2 )

  • Napisane 27 stycznia 2008 o 11:43

Tak się złożyło , że po wielu latach od początku owego zakazanego romansu ,
opisanego w poprzedniej notce , zapoznałam się z panią – osobą w moim wieku
która okazała się byc siostrą – pana L . i znała tę historię od drugiej strony , jako bardzo
bolesne wydarzenie w życiu jej rodziny. Ponieważ jesteśmy z jednego rocznika , też była
wtedy dziewczynką i trochę ukrywano przed nią tę sprawę ,związaną z nieodpowiedzialnym
postępowaniem dużo starszego brata .
Wiedziałam już wówczas , że tę parę dzieliła różnica wieku , ale …..ze aż taka ! Pani miała
około 36 lat , zaś pan L. – zaledwie 20 i przy tym jego własna matka – 38 , a my – obserwatorki – 11 lat. Moja obecna znajoma ,powiedzmy – pani G., pamięta , że ich matka
miotała się między rozpaczą a zbrodniczymi zamiarami wobec kobiety prawie w jej wieku ,
która zawładnęła jej ukochanym pierworodnym .
Syn , brat G. przeżywał wtedy kryzys spowodowany niedostaniem się na studia i zerwaniem
z dziewczyną i podobno tak się zakochał w pani E. ( matce mej koleżanki B. ) , że gotów był na wiele – odejść z domu , wyjechać z nią na koniec świata itp.
Do głowy mi nie przyszło wówczas , że on był taki młody – dla mnie był to już b.dorosły pan ,
który mi przypominał ulubionego aktora francuskiego , a był nim ówczesny idol – Gerard Philipe. A film pt. Diabeł wcielony tak pięknie obrazował miłość między kobietą a młodzieńcem!
Dla matki pana L. ten film na pewno nie był usprawiedliwieniem dla romansu jej syna w realu
i podobno ostro działała , wchodząc w interakcje z panią E. oraz z jej małżonkiem , do którego
zwróciła się o pomoc w rozdzieleniu tej pary , a nawet grożąc rękoczynami .
Wspólnymi siłami chyba coś osiągnęli , a poza tym pan L. jednak podjął studia i to w Krakowie ,co zmieniało jego tryb życia i oddalało od pani E. Podobno również ona popierała jego edukację ( przecież to była kulturalna kobieta – oczytana , kinomanka itp. ) , a do Krakowa
jeszcze jakiś czas przyjeżdżała .Dokładnie i znajoma G. też nie wie , jak i kiedy ich drogi się
jednak rozeszły. Prawdopodobnie w życiu pana L. pojawiła wreszcie inna kobieta , tym razem
młodsza , która jest obecnie bratową G.
I to już epilog tej historii sprzed lat i większość jej uczestników aktualnie nie żyje .
Pani E. nie wyszła ponownie zamąż , zmarła przed 70 – tym rokiem życia za granicą i tam
jest jej grób , który koleżanka B. rzadko odwiedza .
Pan L. ożenił się w wieku 30-tu lat , podobno szczęsliwie i zmarł też około 70 -tego roku życia
jako ojciec trojga dzieci. Pochowany w rrodzinnym grobie , czyli w mieśćie też rodzinnym , choć tutaj nie mieszkał po ślubie. Byłam ze znajomą G. przy tym grobie .
Dodam na zakończenie , że pani E. i pan L. cały czas pozostawali w kontakcie korespondencyjnym i darzyli się sympatią .
Pozwoliłam sobie na przedstawienie tej historii – jako świadek, z gubsza zorientowany w realiach, ale i zaangażowany uczuciowo, więc jest to spojrzenie nieco subiektywne, a i tak…”reszta jest milczeniem”…

Epilog romansu ( 1 )

  • Napisane 25 stycznia 2008 o 01:55

Doszłam do wniosku, że warto opowiedzieć o pewnej romansowej historii, tym bardziej, że dotyczy tak odległej przeszłości, iż jest już dziś historyczna, a głównych osób dramatu nie ma wśród nas – pozostali niektórzy świadkowie bliżsi i dalsi.

Mogę się zaliczyć do bliskich świadków tej historii, która rozgrywała w czasie mojego dzieciństwa, dokładniej w okresie szkoły podstawowej, natomiast jej epilog dotarł do mnie dopiero niedawno od pewnej znajomej – mojej rówieśnicy.

Na początek określę najogólniej, że był to romans matki mojej bliskiej koleżanki szkolnej z dużo od niej młodszym mężczyzną.

Romans ten miał posmak skandalu, bulwersującego opinię okolicznych sąsiadów przede wszystkim, a może i szerszej grupy innych znajomych, o co nietrudno w niezbyt wielkim mieście.
Tym bardziej, że rodzice koleżanki B. wyróżniali się wśród mieszkańców peryferyjnej, niezbyt eleganckiej dzielnicy wysokim standardem społecznym – jak na owe siermiężne czasy powojenne.

Matka, wtedy chyba 36-letnia, niepracująca pani domu, wyróżniała się elegancją, zadbaniem o niezłą urodę – ogólnie klasą.

Jako dziewczynka, jeszcze małoletnia, z ubogiej rodziny, bardzo lubiłam bywać w domu koleżanki B. – jedynaczki, która miała pianino, piękne książki ( książek w ogóle było dużo w oszklonej kredenso-bibliotece ) i różne inne fajne przedmioty do zabawy.

Stąd bywałam tam bardzo często – w mieszkaniu, na podwórku z huśtawką, w ogrodzie ( czasem na drzewach ).

Popadłam w dygresję, która wskazuje na moją dużą fascynację tą znajomością, która bardzo się utrwaliła w pamięci.

Mamę B. bardzo lubiłam, czując też jej sympatię, czasami bardziej od nieco kapryśnej koleżanki; ojca jakbym się trochę bała, ale prawie go nie widywałam, bo wracał późno z pracy w Łodzi.

Natomiast poznałam też różne ciotki, a jedna z nich bywała u jej mamy prawie codziennie.

I od pewnego czasu zaczął się z nią pojawiać młody, bardzo elegancki mężczyzna, którego wizyty stawały się coraz częstsze i samodzielne.

Kojarzy mi się poznanie go z letnią porą roku, bo zapamiętałam jego modną marynarkę i to, że przebywałyśmy w ogrodzie.

Przypuszczałam, że jest on jakimś krewnym lub może znajomym owej ciotki i zaprzyjażnił się z paniami.

Nie wypytywałam o niego B., choć bardzo mnie zainteresował, po prostu mi się podobał z powodu mojej wrodzonej, chyba, słabości do płci przeciwnej.

Dziwiły mnie tylko oznaki jej niechęci na widok pana Ł, wręcz złości, a również niegrzeczność wobec matki i to ostentacyjna.

Mimo sporego oczytania w literaturze romansowej, niedozwolonej dla dziewczynek, do której dorywałyśmy się różnymi ścieżkami, nie umiałam dostrzeć tego romansu w realu, choć toczył się tuż obok mnie.

Kiedy zaczęły krążyć plotki, podsłuchane najpierw przypadkowo od dorosłych, a potem zapytania od moich rodziców, nie chciałam wierzyć w taką wersję sprawy.

Wydawała mi się oszczercza, brudna i wynikająca z zawiści, a ja darzyłam te osoby sympatią i byłam też na pewno dziecięco naiwna.

Oczywistość romansu potwierdziła sama B., dla której był on dramatem rodzinnym – rozłamem między rodzicami, zagrożeniem możliwością rozwodu.

Było to dla niej straszne przeżycie i dziś lepiej rozumiem jej bunt i niechęć wobec matki i solidaryzowanie się z ojcem niż wtedy.

Zaś pan L. był dla niej głównym winowajcą i największym obiektem nienawiści w życiu.

Nie poznałam nigdy szczegółów rozwiązania tej sprawy do końca, dość że do rozwodu jej rodziców nie doszło, a pana L. już nie widywałam, choć krążyły pogłoski o widywaniu tej pary.
Atmosfera w domu B. przestała być dla mnie miła, a wręcz czułam się niezręcznie i nasze kontakty domowe mocno podupadły, choć koleżeństwo przetrwało do dziś, bo z czasem ta sprawa się zacierała i oddalała.

Potem rodzice B. wyprowadzili się do innego miasta.

Nastąpiło to w naszych latach licealnych, a potem matka B. wyjechała do krewnych za granicę i tam już została do końca życia.

A ojciec, starszawy już pan, poślubił kobietę niewiele starszą od swej córki, która też wkrótce wyszła za mąż.

Owocem nowego związku ojca B. jest syn, młodszy o kilka lat od jej własnego syna, więc de facto – siostrzeniec starszy od wujka…

Do tego ojciec B. przeżył swą młodą drugą żonę i obecnie wszyscy ci rodzice już nie żyją, ale za to B. zyskała brata, który bywa dla niej podporą i to w końcu pozytywny akcent tej zawikłanej historii.

Ale nie jest to jeszcze pełny obraz owego romansu i nie wszystko zostało dokładnie pokazane, bo, jak nadmieniłam w tytule i na początku opowieści, niedawno poznałam innego świadka tych wydarzeń, dotarłam do drugiego dna romansu i jego epilogu.

O tym opowiem w następnym odcinku… za jakiś czas.

Druga młodość?

  • Napisane 24 stycznia 2008 o 04:14

Bo srebro i zloto to nic -

chodzi o to, by młodym być

i więcej …nic!

Zakochanym być i kochanym być

i mieć wciąż 20 lat…

Kiedy przed laty Jerzy Połomski śpiewał tę piosenkę, też byłam tego zdania, bo to przecież prawda ponadczasowa, ale…

Ale czas robi swoje, trochę pożyłam i przeżyłam, i dochodzę do wniosku, że nie chciałoby mi się dziś mieć znów te dwadzieścia lat za pomocą czarodziejskiej różdżki czy jakiegoś cudownego eliksiru.

Znów miotać się w pogoni za wymarzoną miłością i przeżywać cierpienia młodego Wertera ( tzn. Werterówny ), choć moja przyjaciółka już się wtedy przestała uganiać ( nie, ona raczej z tych spokojnych i nie goniących ) i przystępowała do budowania rodziny; niektórym los daje wczesną stabilizację i bywa, że na całe życie – to się zdarza…

Osobiście uczestniczyłam w zaślubinach i weselu przyjaciółki – przechowuję dotąd zdjęcia z tego wydarzenia, na których widzę też siebie z tamtych lat, jeszcze bez własnego chłopaka u boku, co zresztą długo miało miejsce.

Byłyśmy dopiero na II roku studiów i nie miałam przecież żadnych kompleksów z tego powodu, a raczej jej szybka decyzja o zmianie stanu wydawała mi się nieco karkołomna.

Tym bardziej, że to ja byłam kochliwa niemal od dzieciństwa i wciąż się w kimś podkochiwałam, zakochiwałam, ale małżeństwo nie wchodziło jeszcze w rachubę.

A tu bardziej stateczna, nawet myślałam, że bardziej chłodna, koleżanka decyduje się na taaaki krok i właściwie z pierwszym ( no, może drugim ) chłopakiem w życiu!

Tak się jej ułożyło i, chwała Bogu, pomyślnie, co widzę do dziś – czyli wczesne zamęście zapewnia szczęście i to się czasami sprawdza… a czasami, nie.

A więc trafność wyboru bez konieczności zjedzenia beczki soli, może ?

W przypadku mego brata, o kilka ładnych lat ode mnie młodszego, wczesny ożenek nie potwierdził tej maksymy i nie zapewnił szczęśliwego i długiego pożycia – czyli nietrafny wybór ( a skąd to można wiedzieć od razu? ).

Też zostały mi zdjęcia z tego pierwszego ślubu brata, bo potem był i drugi, ale i ostatni, jak się okazuje.

Braciszek młodszy, lecz też mnie wyprzedził w zakładaniu rodziny – mnie się nadal nie śpieszyło, a z reguły im później, tym trudniej, więc u mnie to trochę, mówiąc ogródkiem, potrwało w czasie.

Zarówno w przypadku przyjaciółki, jak i brata powodem wczesnych ślubowań nie było jakieś dziecię w drodze.

Oba śluby kościelne – białe suknie, weseliska, potomstwo dopiero po roku.

Tu synek, tam córeczka – i tak się złożyło, że zostałam chrzestną obojga tych dzieci, dziś już bardzo dorosłych ludzi.

Jeden związek małżeński udany – drugi, niestety, zakończony rozwodem, a żadnego wniosku ani uogólnienia nie da się wyprowadzić, oczywiście, po tak powierzchownym opisie.

A jak się mają te dwa przykłady z życia bliskich mi ludzi do motta tej notki i wstępnej konkluzji o urokach młodości widzianej przez pryzmat, powiedzmy, dojrzałego wieku?

Świadczą, mianowicie, o tym, że aczkolwiek jest piękna jak wiosna w przyrodzie, a my razem z nią, nie jest łatwa, stawia przed trudnymi i ważnymi wyborami, często pochopnymi a rzutującymi na dalsze życie.

Z kolei, jeśli się wtedy powstrzymujemy przed podejmowaniem decyzji, możemy coś zaprzepaścić, przegapić.

A ta pogoń za miłością, która nam umyka albo nie takie ma oblicze, a oprócz niej tyle innych ważnych spraw i wyzwań, studia, pierwsza praca, a ile różnych pokus!

Uff, już się zmęczyłam samym wyliczaniem – czyli męcząca jest ta młodość… ta nasza młodość, co z czasu drwi… ( przepiękna piosenka piwniczna ).

Mnie już wystarczy, że była i pozostanie we wspomnieniach, na zdjęciach, w jej owocach – naszych dzieciach i dość… nie chcę więcej…

A zakochanym można być mając i xxx lat ( nie wymienię przezornie ), o czym dowiedziałam się niedawno na spotkaniu z dawno nie widzianą koleżanką z młodości.

I gdy przyznała mi się do przeżywanej od jakiegoś czasu fascynacji osobą pewnego pana, wcale mnie nie zgorszyła – nie, to złe słowo…

Po pierwsze nie zdziwiłam się, bo zawsze była uczuciowa i zawiedziona swoimi formalnymi związkami ( dwa małżeństwa ), a także niespełnionymi historiami romansowymi, które się jej trafiały w młodym jeszcze wieku.

Ostatecznie, jako matka córki z pierwszego, też bardzo wczesnego i niedobrego małżeństwa, przystała na drugie małżeństwo z niekochanym, ale poczciwym człowiekiem, który otoczył opieką ją i dziecko.

Ten związek trwa, ale w niej pozostała nie zaspokojona potrzeba romantycznego uczucia ( taką ma pewnie psychikę ), mimo codziennego zadowolenia np. z udanego wnuka.

Zdjęcie wnuka miała w torebce – miły i urodziwy młodzieniec, z którym ma bardzo dobry kontakt od dziecka i sądziła, że to już ostatni ukochany mężczyzna w jej życiu.

I pewnego razu zrządzenie losu postawiło na jej drodze mężczyznę z marzeń i dopadło ją oczarowanie, któremu pozwala trwać, choć żadnego chleba z tej mąki nie będzie…

Ponieważ miejscem akcji jest pewien klub z dansingiem, może z nim tańczyć ( na marginesie dodam, że pani nadal ma niezły wygląd, dziewczęcą sylwetkę i naiwność spojrzenia ) i czuć dreszcze, prawie już zapomniane przez lata.

Poza tym jest to fascynacja wzajemna, według niej i czemu mam nie wierzyć – to widać w jej oczach.

Jak wyżej wspomniałam, po pierwsze – nie zdziwiłam się, znając jej podejście do uczuć w przeszłości, a po drugie – poczułam jakby igiełkę zazdrości z powodu jej wewnętrznej młodości, otwartej nadal na miłość do mężczyzny, a nie – tylko do dzieci i wnuków.

Młodość można więc zachować w sobie i zakochanym być, nie mając już dwudziestu lat.

Właśnie to spotkanie z dawną koleżanką skłoniło mnie do napisania notki o takiej tematyce – może nie skostniałam jeszcze całkiem w środku… i kto wie…

Dane osobowe

  • Napisane 22 stycznia 2008 o 07:04

Gromadzę informacje dotyczące mojej rodziny i w związku z tym usiłuję dotrzeć do różnych krewnych, aby ich dopytać o brakujące mi szczegóły z bliższej i dalszej przeszłości.

Ostatnio skupiłam się na odtwarzaniu tzw. linii po mieczu i wykonałam kilka telefonów z pytaniami do kuzynek i kuzynów, co zaowocowało umówieniem się na wizyty domowe, czyli odnowieniem utraconych kontaktów, z niektórymi od wielu lat, a nawet od kilkunastu…

Przypomniałam sobie mianowicie starszą od siebie daleką kuzynkę, która, jako już jedyna z linii rodzinnej mego taty, mogłaby uzupełnić brakujące mi dane o jego rodzicach, czyli moich dziadkach – a dokładnie o babce Bronisławie – znanej mi tylko we wczesnym dzieciństwie.

Z kuzynką Basią nie widziałam się już kilkanaście lat, ale znałam jej adres, więc rozpoczęłam od książki telefonicznej, oczywiście przekonana, że dobrze kojarzę nazwisko z osobą.

Nie uzyskawszy rezultatu, zadzwoniłam do młodszego brata ciotecznego ( nawet blisko mieszkamy, ale nie widujemy się raczej ) czy ma jakąś wiedzę o niej.

Wspólnymi siłami ustaliliśmy, że ta kuzynka Basia ( bo była też druga o tym imieniu, ale od wielu lat zamieszkuje w USA ) ma inne nazwisko niż myślałam ( pomyliłam z tą drugą ).

Telefonu, niestety, nie znał, więc znów do książki telefonicznej ( wyjątkowo jestem w posiadaniu takowej ) i co znajduję? – Pod tym adresem jest odpowiednie nazwisko, ale inne imię – mianowicie Aleksandra.

Kuzynka Basia była niezamężna i bezdzietna, więc nie wchodzi w rachubę jej córka czy synowa…

Postanowiłam jednak zadzwonić i wyjaśnić, kogo poszukuję… i okazało się, że dobrze trafiłam, bo kuzynka Basia ma na pierwsze imię – Aleksandra, a na drugie – Barbara…

I tak to właśnie bywa z imionami, o czym pisałam w poprzedniej notce – jakie mogą powstawać na tym tle niejasności, a nawet komplikacje.

Odnaleziona z takim trudem kuzynka, znana wszystkim krewnym i znajomym jako Basia, jest aktualnie wprost uwięziona w domu przez chorobę nóg i bardzo ją ucieszył mój telefon, i ewentualna wizyta u niej.

W tej sytuacji czuję tym bardziej zobligowana do odwiedzenia jej po latach, nie tylko w celu pozyskania informacji, ponadto pamiętam, że się lubiłyśmy kiedyś.

Po rozmowie z nią okaże się, kogo jeszcze będę musiała indagować w sprawach rodzinnego kręgu i może też nie przez telefon, bo w końcu nadszarpnie to moją kieszeń.

Opisałam ten incydent tak szczegółowo z powodu owych komplikacji z danymi osobowymi kuzynki, które w zaskakujący sposób splotły się z moimi poprzednimi notkami, a także, aby dostarczyć moim dzieciom dodatkowych materiałów anegdotycznych związanych z poszukiwaniem faktów o rodzinie.

Niech się dowiedzą, jakie trudności i niespodzianki wyrastają zupełnie nieoczekiwanie przed badaczem dziejów i ciekawostek familijnych, którym się powoli staję, jeśli wytrwam w zamiarze…

No, ale mierz siły na zamiary!

Przed Dniem Babci

  • Napisane 21 stycznia 2008 o 00:01

Notka ta jest spontaniczna i emocjonalna, że tak powiem – życie na gorąco…

I nie dotyczy jakiegoś wydarzenia medialnego, ale mojego rodzinnego podwórka, które przecież najważniejsze jest dla Kwoki.

Dziś przez słuchawkę telefonu dobiegły do mnie najpiękniejsze słowa świata: „Bardzo cię kocham, babciu!”

No, i cóż , że – babciu ?

W każdym okresie życia te słowa brzmią jak muzyka i łapiemy się na ich lep…

A gdy, całkiem niespodzianie, wypowiada je 3-letni mężczyzna, stawiając wykrzyknik na końcu zdania, to babcia jest ugotowana na miękko i pławi się w zadowoleniu, choć umysł ostrzega przed poważnym traktowaniem tych słów i radzi więcej luzu, i przymrużenia oka.

No i dobrze, wkrótce przymrużę, ale dziś będę się pławić…

Oczywiście, ta telefoniczna rozmowa miała związek z jutrzejszym dniem, o którym mój wnuczek mi powiedział, że jest to dzień roboczy, ale… URODZINY babci i dziadka…

Szybko, ale bezbłędnie wyrecytował mi wierszyk, z którym wystąpi jutro w przedszkolu na okazjonalnej uroczystości ku czci, czego, niestety, nie zobaczę i żałuję ( ale za daleko mieszkasz, miły…).

W dalszej rozmowie już tylko z synem – Kuba odbiegł do kuchni, gdzie pieczone były ciasteczka – dowiedziałam się, że Kubuś jest bardzo podekscytowany tym jutrzejszym dniem i pierwszym publicznym występem, a ze mną odbył jakby próbę generalną.

Jutro też będę przeżywać niepokój, aby trema nie zepsuła pierwszego kontaktu dziecka ze sztuką sceniczną, będę trzymać kciuki – jak wcześniej za wnuczkę, a jeszcze wcześniej za swoje dzieciaki.

A północ już się zbliża – więc do dobrego jutra…

Tarsylia i inne…

  • Napisane 20 stycznia 2008 o 21:39

Chwała internetowi, dzięki któremu znalazłam wreszcie informacje o imieniu Tarsylia, które mnie zaintrygowało chyba jakieś 30 lat temu, gdy spotkałam nosicielkę tego nieznanego mi przedtem imienia!

Powyższe zdanie jest wyrazem mojej aktualnej fascynacji internetem, do którego dorwałam się osobiście tak niedawno, że na razie się głównie zachwycam tym ustrojstwem, ale nie będę rozwijać tego wątku, lecz wrócę do wspomnianego imienia – Tarsylia.

Osoba nosząca to imię była nim raczej zdegustowana, bo ciągle spotykała się ze zdziwieniem, a nawet niedowierzaniem ludzi i koniecznością wyjaśniania, a sama niewiele wiedziała, poza tym, że jej rodzice byli przekonani o świętości patronki tego imienia.

Otrzymała, podobno, to imię na pamiątkę po jakiejś zakonnicy z ich rodziny w dowód wdzięczności za coś.

Nie otrzymała też przy chrzcie drugiego imienia, więc nie miała możności podmiany i tak sobie szła przez życie z tym dziwnym imieniem, którego powszechnie w kalendarzach polskich nie było.

Może teraz też sprawdziła w internecie, bo nie sądzę, żeby poszukiwała w naukowych bibliotekach, że jest to imię łacińskiego pochodzenia od św. Tarsyli – rzymianki, zakonnicy i do tego ciotki papieża Grzegorza I Wielkiego z wczesnych wieków chrześcijaństwa ( patrz: Wikipedia i in. ).

Ponieważ z upodobaniem rozczytuję się obecnie na stronach dotyczących dziejów i pochodzenia imion, przypomniałam sobie to imię sprzed 30-tu lat, bo i później też nie spotkałam żadnej Tarsylii – ale może inni spotkali ich więcej niż ja?

Wśród moich znajomych nikt nie spotkał i na ogół się dziwili.

Do niecodziennych imion w naszych czasach należą też, moim zdaniem, takie, jak: Sydonia, Sybilla czy Salomea, których nosicielki miałam okazję poznać w życiu, ale też tylko jako pojedyncze przypadki.

Poza tym – tu ciekawostka – dość długo nie wiedziałam, że pewna pani Halina to oficjalnie i formalnie Salomea – li i jedynie, bo Halina nie jest nawet jej drugim imieniem.

Po prostu na skutek jakiegoś nieporozumienia ojciec zarejestrował noworodka jako Salomeę i tak już w papierach zostało, ale matka tego nie zaakceptowała i wołała na córeczkę Halina.

Nie znam bliżej tej osoby, więc nie wiem, jakie może miewała perypetie – np. w szkole, czy w innych miejscach z tymi imionami.

Co do wspomnianych – Sybilli i Sydonii, nie mam żadnej wiedzy, jak były nazywane w domu, jakich zdrobnień używano dla nich.

No, bo jak wobec małej dziewczynki używać takiego poważnego imienia?

Toteż częstym zwyczajem bywa stosowanie takich zastępczych „imionek”, jak np. Lala, Dzidzia, Dziunia, na użytek domowników i zdarza się czasami, że to imionko przeniesie się poza dom i wyprze prawdziwe imię.

Służę tu przykładem koleżanki szkolnej, która nadal jest panią Lalką, mimo statecznego wieku i pięknego imienia Helena w dokumentach.

To na razie tyle o imionach i na pewno jeszcze wrócę do tej tematyki… kiedyś.


  • RSS