Przeglądasz archiwum 2008.
Wyświetlam 1 - 10 z 61 notek

Lektury młodocianej Kury

  • Napisane 10 grudnia 2008 o 23:15

Zgodnie z zapowiedzią wracam do tematu moich lektur, a że to temat-rzeka na pewno znów nie uda mi się z nim rozprawić ostatecznie.
Zresztą chcę skupić się głównie na tych, które wywarły na mnie szczególny wpływ a nawet, jak sądzę, ukształtowały pewne cechy mej osobowości.
Jeśli dobrze pamiętam, do najwcześniejszych lektur należały „Przygody Koziołka Matołka -K.Makuszyńskiego, które w niedługim czasie mogłam w dużej mierze cytować z pamięci, tak ta rymowana historyjka niespotrzeżenie wchodziła do głowy.
Jednak wkrótce zrozumiałam, że znacznie bardziej podobają mi się baśnie ze słynną „Królewną Śnieżką” na czele, gdy wpadło mi w ręce prześliczne wydanie z ilustracjami z filmu Walta Disneya (oczywiście o nim samym nie miałam wtedy pojęcia, ale o filmie coś wiedziałam).
Posiadaczką tego wydania była koleżanka z klasy oraz z tej samej ulicy, która stała się wkrótce moją przyjaciółką , głownie z powodu wspólnych zainteresowań – czytanie i kino.
Dzięki zamożności rodziców jej księgozbiór był znacznie ciekawszy niż zbiory naszej skromnej biblioteki szkolnej, a ja mogłam od niej pożyczać wszystkie ówczesne bestselery literatury dziecięcej i młodzieżowej , że wymienię tu , np. – „Mały lord”, „Mała księżniczka”, „Tajemniczy ogród” , „Chata wuja Toma”, „Skrzydlate przyjaciółki”, „Krysia bezimienna”, „Panienka z okienka” i wszystkie części dziejów Ani Shirley.
Moich rodziców nie było stać na tak wiele, ale, znając moją słabość, najczęściej kupowali mi książki jako upominki imieninowe i pod choinkę.
I właśnie jednym z tych prezentów było ilustrowane wydanie „Historii Dziadka do Orzechów” – Ernsta Hoffmanna.
Byłam chyba wtedy w drugiej klasie i poznałam już sporo popularnych baśni i legend, ale ta opowieść mnie wręcz oczarowała i do dziś pamiętam to zafascynowanie.
Bardzo też żałuję, że kiedyś obdarowałam dzieci kuzynek swymi książkami i ślad po nich zaginął.
A szczególnie żal mi tego wydania „Dziadka…”, bo nigdy już takiego nie spotkałam.
To, które po latach kupiliśmy naszym dzieciom, było chyba skróconą wersją tej opowieści – a może tak mi się wydawało jako osobie dorosłej?
Nie będę teraz tego dociekać, bo niby jak?
Ta opowieść Hoffmanna była zdecydowanie bardziej tajemnicza i niesamowita niż nawet baśnie Grimmów.
To chyba z jej powodu zaczęły mnie pociągać w literaturze fantastyczne, tajemnicze historie z elementami grozy, co cechuje przeciez romantyzm, którego Hoffmann był przedstawicielem.
Ale jasne, że tego wtedy nie wiedziałam, tylko czułam, że to mi się właśnie podoba.
Byłam czytelnikiem emocjonalnym, podobnie jak i widzem w kinie.
Zanurzałam się w czytaną czy oglądaną historię po przysłowiową kokardę, tracąc kontakt z rzeczywistością, identyfikując się z bohaterami.
Taki rodzaj czytelnictwa sprzyja kształtowaniu się postawy marzycielskiej, narażaniu się też na rozczarowania wobec rzeczywistych spraw, wydarzeń i ludzi, bo zbyt odbiegają swą trywialnością od świata przedstawianego w utworach.
Ideałem mej dziecięcej wyobrażni stał się np. bohater książki H.Górskiej – „O księciu Gotfrydzie – rycerzu gwiazdy wigilijnej” ( daleko było mi jeszcze wtedy do legend o rycerzach Okrągłego Stołu) i ta opowieść niezwykle mnie urzekła, a także imię Roksana, którego wcześniej nie znałam.
I ta księżniczka miała, chyba, ametystowe ( a może turkusowe? ) oczy!
Koledze z klasy, który aktualnie mi się podobał ( a był to bardzo jasnowłosy Pawełek ) przypisywałam, oczywiście szlachetność rycerza – no, i srodze się zawiodłam.
Ale podobnie przeżywa na pewno wiele dziewczynek, nawet nie znających opowieści o dzielnym Gotfrydzie.
Ciągła pogoń za ideałem, za rycerzem, a tu same ciury w pobliżu!
Ponieważ najważniejsze były dla mnie emocje przeżywane przy czytaniu, przemawiały do mnie bardziej te lektury, które przedstawiały raczej przeżycia wewnętrzne, uczucia bohaterów, co mnie interesowało bardziej niż sam przebieg wydarzeń czy wartkość akcji.
Zdecydowanie wolałam historie smutne, a nawet ponure czy tragiczne, które przyprawiały mnie o płacz.
I ile ja się napłakałam w młodości nad książkami i filmami ( ale o filmach to innym razem ), chyba więcej niż nad faktycznymi wydarzeniami…
Ogólnie biorąc, mam taką przypadłość charakteru, że łatwo się wzruszam i płaczę, jak to jednostka emocjonalna – „ten typ tak ma”, po prostu…
Symbolicznym przykładem mych upodobań literackich może być, powiedzmy, baśń Andersena – „Mała syrenka”, którą najbardziej lubiłam.
Mam tu na uwadze, oczywiście, moje młodociane lektury, ale tę baśń i teraz lubię.
A oto, co w niej mnie urzekało: wielka niespełniona miłość, pogoń za marzeniem, uroda i tragizm postaci, niezwykłość scenerii.
W sumie wybitnie romantyczna, wręcz balladowa ( w rodzaju „Świtezianki „A. Mickiewicza ) opowieść o miłości uduchowionej.
Oczywiście, jest więcej bardzo smutnych baśni Andersena, jak choćby – „Dziewczynka z zapałkami” czy „Ołowiany żołnierzyk” lub „Choinka”, ale ja preferowałam jeszcze motyw miłości.
I to był właśnie dla mnie najważniejszy motyw w moich lekturach, pod tym kątem dobieranych przede wszystkim, choć zdarzały się i wyjątki, jak np. „Serce ” E. de Amicisa – też ukochany upominek od rodziców, obficie skropiony łzami.
Do tych mniej licznych wyjątków mogę także zaliczyć takie tytuły, jak: „Chłopcy z Placu Broni”, „Chata wuja Toma”, „Biały Kieł” J.Londona oraz powieści o psach Corwooda – „Szara wilczyca” i „Bari, syn szarej wilczycy” – wszystkie oblane łzami w mym dzieciństwie.
Kolejny męski idol małolaty to Staś Tarkowski, a w całej fabule książki – „W pustyni i w puszczy” najważniejszy był dla mnie motyw rodzącej się młodzieńczej miłości, który śledziłam z większym przejęciem niż niezwykłe przygody z Afryką w tle.
Najogólniej ujmując, wątek romansowy w literaturze był dla mnie niczym sól lub inna niezbędna przyprawa dla smakosza kulinarnego.
W dziejach ukochanej bohaterki literackiej – Ani Shirley także ten wątek pojawia się w fabule prawie od początku wraz z osobą urodziwego i sympatycznego Gilberta, co zdecydowanie było dla mnie atrakcyjnym elementem tej historii aż do szczęśliwego zakończenia.
Wraz z dorastaniem zwiększał się apetyt na romansowe wątki w literaturze i stąd choćby zainteresowanie Trylogią Sienkiewicza z tegoż powodu, a nie z przyczyny jej innych wartości ( to właściwie dopiero zasługa j.polskiego w liceum ).
” Krzyżacy” to była przede wszystkim opowieść o perypetiach miłosnych Zbyszka z Bogdańca, rozdartego między Danusią a Jagienką.
Cóż tam bitwa pod Grunwaldem!
Wątki batalistyczne nie interesowały mnie w ogóle.
Pan Zagłoba też mnie nie był w stanie wówczas zainteresować, zaś z trzech tych powieści doceniłam najbardziej – „Pana Wołodyjowskiego” jako atrakcyjną historię romansową i oczywiście rozumiałam Krzysię, która wolała pięknego Szkota od małego rycerza.
I tak to w moich lekturach w podstawówce panował kompletny galimatias i chaos, z którego właściwie dopiero w liceum i to dzięki młodej, ambitnej nauczycielce j.polskiego, wykształcił się jaki taki gust literacki, polegający na umiejętności rozróżnienia ziarna od plewy.
Tak przynajmniej z grubsza, bo z gustami, wiadomo rozmaicie bywa i nie podlegają dyskusji – co i dlaczego jednemu się podoba, a drugiemu wprost przeciwnie?
Wiek czytającego też na pewno ma tu znaczenie, bo inne sprawy interesują nas w różnych etapach życia, choć chyba też rozmaicie z tym u ludzi bywa.
Przywołałam z pamięci trochę tytułów najogólniej znanych ludziom lubiącym czytać, choć o ilu nawet nie wspomniałam, bo sama się zmęczyłam tym przypominaniem.
Na razie tyle, ale jeszcze mam zamiar wrócić do tej tematyki za jakiś czas…

Z okazji imienin

  • Napisane 4 grudnia 2008 o 01:35

W dniu 4.grudnia, jak powszechnie wiadomo, imieniny Barbary.
Data popularna głównie dzięki górniczemu świętu Barburki, bo samo imię obecnie chyba rzadko nadawane dziewczynkom.
Ja akurat znam wiele nosicielek tego imienia, ale przyznaję, że to nie są panny Basieńki, lecz dość wiekowe panie Barbary.
Najmłodsza z nich to moja pierwsza bratowa, z którą nadal mam dobry kontakt, choć już 30 lat nie jest żoną mego brata.
Wzajemnie pamiętamy corocznie o swych imieninach, tym bardziej, że w kalendarzu dzielą je tylko cztery dni.
Oczywiście nie opowiem też o wszystkich poznanych w życiu Basiach, bo było ich naprawde dużo na mej drodze.
Najdłużej znana mi Barbara to przyjaciółka z podstawówki, z tej samej klasy i ulicy, z którą od wielu lat podtrzymujemy obustronnie sentymentalny związek na odległość poprzez rozmowy telefoniczne, czasem bardzo długie ( w zależności od rodzaju abonamentu ), bo od dawna nie mieszkamy na tej samej ulicy, a nawet w różnych miastach.
Wspominałam o niej w kilku notkach odnoszących się do lat dzieciństwa.
Jak zwykle, zgodnie z wieloletnim przyzwyczajeniem, złożymy sobie okazjonalne życzenia i wymienimy informacje o naszym aktualnym stanie ducha i ciała, starając się nie epatować zbytnio trapiącymi nas dolegliwościami.
A wstrzemięźliwość w tej materii nie jest łatwa, ale bardzo pożądana, aby nie doszło do licytowania się, która ma gorzej pod jakimś względem.
Z upływem czasu mamy jednakże więcej dolegliwości niż przyjemności, ale pokrywamy to wrodzonym poczuciem humoru i nie pozwalamy sobie sprowadzać rozmowy do samego biadolenia.
Nie tak dawno przytrafiła się jej niemiła konieczność reperacji stawu biodrowego, więc skwapliwie podchwyciłyśmy pocieszający motyw, że tylko jeden się jej popsuł, a nie obydwa jak niektórym.
Bo właśnie kolejna Barbara, koleżanka z liceum czyli też rówieśnica, ma, niestety, kłopot na dwie nogi.
W jej przypadku dotyczy to stawów kolanowych i obecnie jest już po operacji jednego, a za jakiś czas drugiego.
W przypływie wisielczego humoru może się jedynie cieszyć, że nie jest trójnogiem ( w tej chwili przyszło mi to do głowy – niby dowcipne, ale chyba jednak niesmaczne pocieszenie dla zmartwionej koleżanki? ).
Zresztą, to bardzo dzielna kobieta, daleka od roztkliwiania się nad sobą i nie oczekująca na wątpliwe pocieszanie, bo wiele juz przeszła w życiu.
Należymy z nią od lat do pewnego kręgu towarzyskiego wywodzącego się jeszcze z czasów licealnych i utrzymującego się do tej pory, choć nasz stan osobowy, niestety, uległ już znacznemu uszczupleniu.
W tej grupie były aż trzy pary małżeńskie pochodzące z jednej klasy ( koleżanki i koledzy z klasy B – równoległej do mojej ).
Były trzy, ale jest już tylko jedna, bo jesteśmy potwierdzeniem reguły, że kobiety żyją dłużej.
Fakt, że nieco wyjątkowo wcześnie, za wcześnie odeszli mężowie z naszego grona w okresie ostatniej dekady.
Wspomniana Barbara, najwcześniej z nas wyszła za mąż właśnie za kolegę z klasy ( byli parą już w szkole ) i pierwsza została wdową, ponad 10 lat temu.
Ilość uczestników naszych spotkań zmniejsza się także z innych powodów, nie tylko tych ostatecznych i drastycznych.
Liczba naszych spotkań też się zmniejsza, proporcjonalnie także maleje ilość butelek czerwonego wina na stole.
I najczęściej spotykamy się w następującym składzie pięciorga osób – trzy wdowy i jedna para małżeńska, czyli cztery kobiety i ON jeden.
Kolega nie narzeka na swój los i dzielnie znosi obowiązki szarmanckiego mężczyzny, który potrafi otworzyć butelkę z winem czy szampanem i napełniać kieliszki, a my nawet dopuszczamy go do głosu, co nie jest takie łatwe przy naszej rozmowności.
I w takim gronie spędzimy tegoroczne imprezy z okazji imienin Barbary, a wkrótce Marii.

Z rodzinnych dziejów

  • Napisane 17 listopada 2008 o 11:05

Należę do pokolenia, które uczyło się historii z innych podręczników niz obecne i przywykło do obchodzenia rocznicy wyzwolenia kraju w dniu 22 lipca ( dziś to już najwyżej święto E.Wedla według dowcipnych ).

I to nie było w porządku, że nie świętowano dnia odzyskania niepodległości Polski po 123 latach zaborów, bo nie powstała wtedy PRL, a sanacyjna II Rzeczpospolita, o której uczono mnie tendencyjnie i byle jak.

Po 1989 r., jak wiadomo, wszystko na odwrót i święto Wedla zniesione, jakby znów to wyzwolenie spod okupacji było nieważne obecnie.

Mamy teraz tylko, jak Ameryka , Dzień Niepodległości, w którym cała gala była równie wielka i udana jak nasz aktualny prezydent, pożal się, Boże!

No, i chciał, nie chciał, zatoczyłam się w stronę polityki, ale już zawracam, bo miałam szczery zamiar napisać coś o swych przodkach, a więc nie o historii kraju, lecz rodziny.

I nie o bardzo odległej historii, bo do niej nie dotarłam nadal, ale zaledwie o tych, dla których czasy wokół I wojny były ich ówczesną rzeczywistością.
Mam tylko dwie fotografie w sepii z tamtych lat, pochodzące z albumu matki mojej matki, czyli mej babki Agaty, której także portret w kolorze sepii wisi u mnie na ścianie obok portretu mej rodzicielki ( ale to już późniejsze lata , może początek 30 -tych ).

Jedna z tych dwu fotografii przedstawia mojego legendarnego dziadka Mikołaja, którego nie mogłam poznać, bo zmarł, ( nie zginął w bitwie, jak kiedys myślałam ) w okresie wojny na terenie Rzeszy, dokąd pojechał na saksy.

Jest to portret w pozycji stojącej, przedstawiający mężczyznę niedużego wzrostu na tle dekoracji atelier niemieckiego fotografa w Essen ( na odwrocie zdjęcia mocno zatarta pieczęć tego zakładu ).

Moja mama, urodzona w 1910r., była wtedy kilkuletnim dzieckiem i też niezbyt pamiętała swego ojca, obok którego widnieje na tym drugim archiwalnym zdjęciu, przedstawiającym całą rodzinę z tego okresu, prawdopodobnie jeszcze przed jego wyjazdem.

Było to moje ulubione zdjęcie w albumie babki, która jest na nim młodą i urodziwą kobietą ( w 1914 r. miała dopiero 30 lat ) w otoczeniu trzech córek i małżonka, widać sporo starszego od niej.

Najstarsza z córek – Eleonora, chyba juz wtedy 12-letnia, bo młodsza od swej matki o niecałe 18 lat, a starsza od swych sióstr o 8 i 10 lat, które na tym zdjęciu to małe dziewczynki z kokardą we włosach i lalkami w rączkach.

Starsza to moja mama – Florentyna, młodsza – Anna Regina ( później moja chrzestna, która zmarła w wieku 32 lat, tuż przed wyzwoleniem ).

Tak więc moja babka witała niepodległość w 1918 r. jako jeszcze młoda kobieta, ale już wdowa z trojgiem dzieci, a były to bardzo trudne lata biedy i głodu dla ludzi niezamożnych.

I o tym myślałam ze współczuciem 11 listopada w tym roku, w tę 90- tą rocznicę, oglądając te stare fotografie.

Swą najstarszą córkę, już kilkunastoletnią dziewczynę, umieściła moja babka w dość dużym gospodarstwie wiejskim swej najstarszej siostry ( najbogatszej w rodzinie), oczywiście, do pracy tamże, w zamian za wyżywienie, gdzie pozostawała do pełnoletności.
Wiedza o ich niełatwym życiu docierała do mnie fragmentarycznie w ciągu lat poprzez ich wspomnienia, zanim pojęłam w pełni, że moja egzystencja to wręcz bajka na tym tle, choć też ” nie pijałam ptasiego mleka, nie głaskało mnie życie po głowie” ( W.Broniewski ).

W końcu też przeżyłam wojnę, ale jednak tylko jedną, a nie dwie, jak moi dziadkowie i rodzice.

W takich czasach przypadło im żyć, niestety, ale przynajmniej prawnuki i wnuki znają te wojny tylko z literatury i filmów.

Niewątpliwie ciekawostką w dziejach mej rodziny po kądzieli jest ponowne małżeństwo babki Agaty, jako 40 – letniej wdowy z kawalerem o 11 lat młodszym od niej, a tylko 7 lat starszym od jej córki Eleonory, która zresztą juz wtedy mieszkała gdzie indziej i też wkrótce wyszła za mąż.

Drugi mąż babki, Jan P., pełniąc rolę zastępczego dziadka dla wnucząt swej żony, został jednocześnie chrzestnym dwojga z nich.

Poznałam go dopiero po zakończeniu wojny, gdy wrócił z Niemiec, gdzie pracował w jakiejś fabryce przez całą okupację.

Byłam jeszcze dzieckiem i dopiero po pewnym czasie zrozumiałam, dlaczego moja mama nazywa się inaczej z domu niż jej rodzice.

Właściwie nie miało to dla mnie większego znaczenia, skoro prawdziwy dziadek istniał jedynie na dwóch zdjęciach w albumie, który przypadł mi w spadku.

Ten zastępczy był bardzo miły dla dla swych wnuków i zdecydowanie bardziej hojny w obdarowywaniu niż prawdziwa babka, której zawsze się trochę bałam jako dziecko.

Za to była bardzo oddana swemu mężowi, lecz, niestety, jako twarda kobieta o żelaznym zdrowiu przeżyła swego młodszego partnera o prawie 10 lat.

Udało się jej przeżyć równo 90 lat w kondycji psychofizycznej do pozazdroszczenia i wprost nie do wiary w odniesieniu do trudnego życia w ciężkich czasach.

Nie odnajduję w sobie żadnego podobieństwa do babki Agaty, niestety, a dobrze byłoby ze względu na urodę i zdrowie, co chyba przypadło bardziej w udziale jednej z mych dwu kuzynek.

To tyle wspomnień przy okazji Dnia Niepodległości i jeszcze to, że mój ojciec to Józef, członek PPS i miłośnik pieśni legionowych, stąd też je znam od dzieciństwa.

Pod znakiem Skorpiona

  • Napisane 13 listopada 2008 o 04:36

Niedawno składałam życzenia listopadowym solenizantom – bratu Karolowi oraz dwóm znajomym Elżbietom, a wszyscy to równocześnie jubilaci w tamtych dniach.

I tacy mają dobrze, jednego dnia imieniny i urodziny, bez gdybania co ważniejsze i co obchodzić bardziej uroczyście.

A o tym problemie pisałam właśnie prawie rok temu przy okazji moich listopadowych urodzin, które niebawem nastąpią, ale imieniny dopiero za miesiąc, bo nie mam dwóch w jednym.

Ale wszyscy wymienieni pochodzimy spod znaku Skorpiona.

I muszę przyznać, że od dawna otaczają mnie ludzie urodzeni na przełomie październka i listopada, począwszy od najbliższej rodziny, z wyjątkiem Mamy ( Byk ).

Tak się złożyło, że mój ojciec, brat i ja urodziliśmy się w listopadzie i do kompletu dołączyła pierwsza żona brata, też listopadowa oraz ich córka urodzona 25 października.

Wiele lat temu mieliśmy fajną rodzinną czwórkę do brydża, czyli brydż pod Skorpionem, jak sami sobie żartowaliśmy z tego układu.

Ale było i minęło, brat zmienił małżonkę na inny znak zodiakalny, a Tato – wiadomo, nikt nie jest wieczny…

Poza tym kręgiem rodzinnym faktycznie często miałam i mam nadal bliskich znajomych spod tego znaku.

Np. wspomniane Elżbiety – jedna to koleżanka z dawnych licealnych lat, a druga z miejsca pracy.

Oprócz nich w tym miesiącu przypadają urodziny dwu też szkolnych koleżanek, z mojego obecnego kręgu towarzyskiego, ale one zdecydowanie wolą unikać kwestii wieku aktualnie i preferują dzień swych imienin, na których corocznie bywam od lat.

Ale nie da się ukryć, że posiadają wiele cech typowych dla Skorpiona, jeśli dopuszcza się wiarę w ten wpływ daty narodzin na osobowość człowieka.

Nie będę się wypierać, że mimo swego racjonalizmu, sceptycyzmu wobec różnych mistycznych czy magicznych teorii, wierzeń, itp. ta dziedzina astrologii jakoś mnie zawsze pociągała i interesowała.

Pewno dlatego, że tak bardzo interesują mnie ludzie, a więc „nic co ludzkie nie jest mi obce”, a poza tym, tyle zagadek bytu nie sprawdzonych jeszcze przez „mędrca szkiełko i oko” i tyle zjawisk, o których ” nie śniło się nawet filozofom”.

Nie dowierzam horoskopom, kabałom, chiromancji i nie skusiła mnie żadna Cyganka ani inna wróżka czy jasnowidz, ale ta zodiakalna typologia czy klasyfikacja ludzi bywa przeze mnie brana pod uwagę w analizowaniu postaw i zachowań własnych oraz bliskich i znajomych.

I chociaż każdy człowiek jest inny, niepowtarzalny – nawet bliźniak to też przecież nie klon, dostrzegam wśród znajomych żeńskich skorpionów pewne podobieństwa i cechy, które niby mają być typowe dla tego znaku.

A więc : są to raczej realistki, ambitne, zasadnicze, zaradne, odpowiedzialne, z dużym poczuciem obowiązku, można na nich polegać.

Wszystkie były lub jeszcze są dobrymi żonami ( niestety większośc to wdowy), matkami i paniami swego domu, co nie znaczy, że kurami domowymi.

Są także lub były sumiennymi i cenionymi pracownikami, niektóre na kierowniczych stanowiskach.

Przeważające zainteresowania to: czytelnictwo – książki ( nie tylko beletrystyka), czasopisma ( nie tylko kobiece), kino, teatr, oczywiście TV, bieżące życie polityczno-społeczne, ostatnio uniwersytet III wieku (na razie tylko jedna koleżanka, ale – kto wie, ile jeszcze z nas podąży za jej przykładem?), rozwiązywanie krzyżówek i inne łamigłówki – np. sudoku, no i wreszcie także komputer, a z nim Internet, portal N-k.

W sumie rysuje się bardzo korzystny, pozytywny portret żeńskiej odmiany Skorpiona, ale są i pewne typowe wady, jak : zbytnia zasadniczość i drobiazgowość, apodyktyczność i narzucanie swego zdania, czasem wręcz przemądrzałość, krytykanctwo i nietolerancja wobec wad bliźnich, pamiętliwość, zaciętośc, a nawet mściwość i jeśli ktoś się bardzo narazi, to nie ma przebacz ( może inaczej wyglądałaby sytuacja między moim bratem a jego pierwszą żoną i córką, gdyby nie byli trojgiem zaciętych i pamiętliwych skorpionów? ).

W tym, z grubsza nakreślonym, zbiorowym portrecie żeńskiego Skorpiona mieści się także sama autorka, nie do końca zadowolona ze swego analitycznego dzieła i bardzo niepewna reakcji osób, które posłużyły jako przykład.

Na szczęście obędzie się bez reakcji, bo wspomniane tu postacie nie są czytelniczkami blogów, jak dotąd w ogóle.

Na szczęście, bo Skorpiony są z reguły drażliwe i obrażalskie, chociaż mają też jakie takie poczucie humoru…

Właściwie to o niczym, na dobrą sprawę…

  • Napisane 29 października 2008 o 23:26

Wracając do poprzedniej notki, a głównie jej tytułu, to właściwie znakomita większość moich zapisków mogłaby mieć ten tytuł. Tak stwierdzam, dokonawszy przeglądu mojego bloga, w którym chętniej piszę o przeszłości, lub choćby do niej nawiązuję, niż o terażniejszości, o mojej obecnej codzienności. Widocznie nie znajduję w sobie odpowiedniej motywacji do pisania pamiętnika, a raczej dziennika z doniesieniami o przebiegu mojego aktualnego życia, a przecież żyję – czymś się zajmuję, przejmuję, denerwuję, cieszę, smucę. Żyję – ale co to za życie?
I o czym pisać, skoro dzień do dnia podobny i nie dostarcza mi tematu do „wypracowania”,
bo takim mianem określa moja córka blogowe pisarstwo matki. Mówi ona : – „piszesz okrągłe wypracowania na temat i o klasycznej strukturze – wstęp, rozwinięcie, zakończenie.” A zatem – rutyna, nuda, akademizm i na siłę wyszukiwane tematy, czyli brak spontaniczności, wiarygodności ( to już moja własna konkluzja, wysnuta z jej wypowiedzi odnośnie matczynego blogu, który ona aż tak bardzo nie skrytykowała ).
No, i cóż poradzę na to, że poniekąd jestem zanurzona do połowy w przeszłości i to, co było, nabiera jakiegoś nowego wymiaru, pewno z powodu perspektywy czasu. To chyba ma też związek z wiekiem, w którym nieco koloryzuje się przeszłość, usprawiedliwia dawne postępki i wybory albo też odsuwa od siebie w niepamięć, bo i tak bywa.
A jeśli chodzi o moje notki – wypracowania, to widocznie już taki nałóg wyniesiony ze szkoły
i utrwalony praktyką nauczycielki j.polskiego czy też taka ułomność umysłowa – pisania na określony temat, założony z góry i przy pomocy poprawnego,starannego języka, bez emocjonalnej dosadności. W sumie faktycznie sztampa i nuda w przeciwieństwie do niektórych blogów, w których bardzo zauważalna jest ekspresja, swoboda wypowiedzi, a nawet odwaga w doborze środków wyrazu. Sama chętnie takie blogi czytam i podziwiam literackie talenty ich autorek ( nie znam męskich blogów, jak dotąd – tak się złożyło), cięty język, dowcip. No , nie są to faktycznie szkolne wypracowania czy też „szmat wspomnień kozackich”( jedno z ulubionych określeń mojej córki).
A tymczasem niedługo będę sobie obchodzić rocznicę mojego uczestniczenia w blogowej działalności, więc trochę już tych wypracowań popisałam jako Kwoka na Dolinie, przejąwszy schedę po latorośli. I to tyle „na dzień dzisiejszy” ( uroczy kwiatek językowy naszych czasów).

Na wspomnienia fali…

  • Napisane 18 października 2008 o 11:14

Przypadkiem usłyszałam z radia o premierze spektaklu – „Kram z piosenkami” L.Schillera w teatrze „Syrena”, oczywiście w Warszawie. I odezwały się wspomnienia, i wyruszyłam w sentymentalną podróż w głąb swej pamięci, aby zatrzymać się w 1961 r. czyli dawno, bo nawet w minionym stuleciu ( niedługo, a będę się czuła niczym Dąb Bartek). Było to wczesną wiosną owego roku, kiedy to, wraz z uczelnianą koleżanką, musiałam pojechać do stolicy w ważnej dla nas sprawie, a mianowicie konsultacji z promotorem naszych prac magisterskich. Otóż nasz promotor ( pisałam już o nim w notkach) mieszkał w Warszawie, skąd przyjeżdżał na nasz UŁ i trzeba trafu, że trafił mu się zawał serca ( na szczęście niezbyt ciężki) i raczej było wiadomo, że do końca roku akademickiego nie będzie pracował. Pechowe wydarzenie dla jego studentów, a głównie magistrantów jak właśnie my.A był to przecież najmłodszy z profesorów, chyba wówczas zaledwie 40 – latek, więc kto by się spodziewał. I tak to jego podopieczni nawiedzali go w domowych pieleszach, mając przy okazji wycieczkę do stolicy. Na tę naszą wyprawę zabrała się jeszcze jedna moja kumpelka spoza uczelni, a zaplanowałyśmy sobie jak najbardziej atrakcyjny program na jakieś 3 dni pobytu. Cele zasadnicze tego pobytu to, oczywiście, stricte naukowe dla dwóch z nas – a więc wizyta u profesora oraz dotarcie do pewnych materiałów, dostępnych tylko w czytelni Biblioteki Narodowej. I to był podstawowy powód wyjazdu, ale nasz program zakładał takie atrakcje, jak – teatry, kawiarnie i – koniecznie słynny Bazar Różyckiego. Zrealizowałyśmy ten program maksymalnie, bo zaliczyłyśmy aż dwa spektakle :

„Indyka” w Teatrze Dramatycznym i …właśnie „KRAM z piosenkami” w Ateneum. W „Indyku” Mrożka grał wtedy śmiesznie młody Wojciech Pokora ( innych aktorów już dzis nie pamiętam, niestety ). Jeśli chodzi o „Kram …”to właściwie taki samograj dla teatrów, jedno z najczęściej granych przedstawień , z typu „rozrywka łatwa i przyjemna” i w dużej mierze jego ranga zależy od inscenizacji i wykonawców. Wtedy w teatrze Atenum byłam oczarowana tym widowiskiem oraz szalenie mi się podobał Roman Wilhelmi, o którym jeszcze niewiele wiedziałam, bo to przecież dopiero początek jego drogi aktorskiej. Występowała tam także Irena Santor, bo to przeciez widowisko słowno- muzyczne. Osobiście bardzo lubię w tym przedstawieniu obrazek z okresu młodopolskiego z przedstawicielami cyganerii, którzy śpiewają – „chociaż buty,buty podarte, ale eviva l’arte „. Gdybym mieszkała w W-wie może wybrałabym się jeszcze raz na ten spektakl, tym razem do teatru Syrena, w którym jeszcze nie byłam. Ale nie mieszkam i nie pojadę, choć w stolicy byłam ostatnio oj, oj, oj – no, dawno, ale bywałam tam jeszcze po tym pamiętnym roku 1961.

Ale juz nigdy więcej na Bazarze Różyckiego, który wtedy był jakby żywcem wyjęty z twóczości L.Tyrmanda, a dwie zagraniczne bluzki, jakie tam nabyłam, służyły mi bardzo długo, choć były to ciuchy nie pierwszej młodości, ale za to extra.

Epilog – czyli

  • Napisane 27 września 2008 o 11:13

…co by na dobre nie wyszło.
Tym razem przysłowie się sprawdziło, a moja poprzednia notka wygląda teraz na zbyt surowo oceniającą firmę TP jako całość.
Co jednak nie zmienia faktu, że dochodzi w niej do niedoróbek z winy systemu bądź ludzi, którzy go obsługują.
Ale – górą nasi!
Mój trud nad spłodzeniem listu, wyjaśniającego słuszność moich pretensji wobec tepsy, nie poszedł na marne, ale szybko otrzymałam nań telefoniczną odpowiedź na komórkę, informującą mnie o uznaniu zasadności mych roszczeń i pozytywnym dla mnie finale sprawy.
W uznaniu błędu z ich strony zdjęto ze mnie ciężar drogiej opcji neostrady na czas nieokreślony, na którą mnie niesprawiedliwie wepchnięto ( czyli niezgodnie z ich własnym regulaminem ) i moja płatność za sierpień i wrzesień wyniesie tyle, ile powinna za opcję 1024 Kb, jak w poprzedniej mojej umowie było.
W moim nieszczęsnym zamówieniu, na które nie doczekałam się aneksu, występowałam wprawdzie o 512 Kb, ale to będzie dopiero możliwe od października i nowy aneks już jest w przygotowaniu.
O tym zapewniała mnie uprzejmie i życzliwie przedstawicielka kierownictwa sekcji obsługi klienta TP w owej rozmowie telefonicznej z tamtego tygodnia i właśnie wczoraj słowo stało się ciałem – duża koperta w skrzynce pocztowej.
W kopercie tenże aneks z kopią do podpisania i odesłania w załączonej również kopercie z opłatą poczt. przez adresata, a więc tym razem wysyłka dla mnie gratis.
Oczywiście, odesłałam natychmiast i na szczęście nie musiałam daleko chodzić, bo oddział pocztowy mam w pobliżu.
Boję się trochę w pełni odetchnąć już z ulgą, bo – „nie chwal dnia przed zachodem słońca” czy też – „nie dziel skóry na niedźwiedziu…”, a mój podpisany aneks dopiero wyruszył w drogę.
A licho nie śpi – tfu, tfu i spluwam przez lewe ramię zabobonnie!
Tak naprawdę będę spokojna po otrzymaniu odpowiedniej faktury tp w połowie października, bo, wiadomo, jak się człek sparzy, to…itd.

Ofiara Tepsy

  • Napisane 15 września 2008 o 02:17

Już prawie miesiąc toczy się moja wojna z potężnym przeciwnikiem, a mianowicie z tzw.
tepsą (TP SA), której jestem wieloletnim klientem vel konsumentem, a ostatnio przypadła mi raczej rola ofiary ( nie mylić z ofermą) tej wielogłowej hydry; bo tak ją teraz postrzegam .
O co chodzi? Rok temu skusiłam się na posiadanie dostępu do internetu przy pomocy neostrady tp, będąc wszak użytkownikiem telefonu od TP i to od dawien dawna. Zawarłam umowę tylko na rok , aby wypróbować swoje możliwości w tej dziedzinie i bardzo mi się to spodobało, pomijając związane z tym koszty. Neostrada dała mi także sposobność do przejścia na telefonię internetową, zawieszając linię abonencką, a korzystając z urządzenia o nazwie livebox, dzierżawionego od TP za niedużą opłatą. Miało mi to zmniejszyć wydatki za
rozmowy telefoniczne, tym bardziej, że z użytkownikami tegoż urządzenia mamy połączenie bezpłatne, a do nich należy także mój syn i niektórzy znajomi – więc wielka frajda. I było fajnie przez cały rok, nie powiem. Stałam się fanką internetu do tego stopnia, że trudno byłoby mi teraz bez niego żyć. Ale zrobiło się paskudnie i mam zmartwienie, o czym wiedzą już prawie
wszyscy krewni i znajomi, oczywiscie, królika ( bardzo lubię używać ten zwrot z Puchatka).
I jeszcze postanowiłam napisać o tym notkę, aby poszerzyć krąg poinformowanych o moim
przypadku, a i dlatego, że to teraz dla mnie temat nr 1. Padłam ofiarą jakiegoś niekorzystnego dla mnie splotu nieporozumień, jakiejś niedrożności na linii klient ( nasz pan??!! ) a potężną firmą opartą na systemie komputerowym, o oddziałach rozrzuconych w różnych miejscach ,
gdzie w sumie nie wie prawica, co robi lewica.
Szczegóły wyglądają następująco: zgodnie z regulaminem neostrady tp jej konsument winien na 30 dni przed końcem zawartej umowy zadeklarować tzw. oświadczenie swej woli – przedłużenia bądź rejterady z usługi TP. Moja umowa kończyła się w dniu 1 sierpnia, więc, świadoma regulaminu, nie zasypiając gruszek w popiele, wyruszyłam do pobliskich punktów obsługi klienta tejże firmy. Za najbardziej dostępny uznałam Salon Sprzedaży Orange i innych usług TP – najmniejsza ciżba – i to mój pierwszy niefortunny krok, jak się okaże. Sympatycznie obsłużona, wyszłam z owego salonu z pismem wyrażającym moją wolę przedłużenia umowy na nieco zmienionych zasadach niż poprzednia ( tzw. migracja na inną opcję – tańszą ). Pismo, opatrzone podpisami i pieczątkami miejsca akcji, znajdowało się w firmowej teczce z napisem:
Wszystko w porządku ( ironia losu – przypis mój ). Czas akcji – 13 czerwca b.r. – ale nie piątek! Ale nie było to jednak w porządku do końca, mimo b. wczesnego terminu podjęcia sprawy. A może niepotrzebnie tak wcześnie? – tego regulamin wszak nie zabrania? Nie było w porządku ze strony miłej obsługi zatajenie przede mną faktu, że wydany mi dokument to tylko zamówienie, a nie tzw.aneks do ustawy -podstawa prawna transakcji. Ten punkt pełni więc tylko rolę pośrednika miedzy klientem a TP, tą wielką hydrą , o czym dowiedziałam się z kolejnej interwencji na Błękitnej Linii, a więc zbyt późno, niestety. Mój stan zadowolenia z załatwionej sprawy brutalnie przerwała pierwsza faktura z połowy sierpnia, opiewająca na kwotę 298 zł mojej należności za usługę , w tym za samą neostradę aż…235 zł. I od tego sądnego dnia stałam się ofiarą, której głównymi rozmówcami są konsultanci nr 9393 ( na szczęście bezpłatnego – wielkoduszność tej hydry! ), którzy wykazują rozmaitą orientację w temacie i nikt mi jeszcze naprawdę nie odpowiedział, dlaczego zamówienie z 13.06 nie zostało zrealizowane , czyli nie skutkowało przesłaniem do mnie aneksu – kurierem lub pocztą, celem podpisania przeze mnie. Wysokość odpłatności wskazuje na fakt przypisania mi opcji umowy na czas nieokreślony, pod którą podpadają głównie maruderzy czy roztargnieni, którzy w odpowiednim czasie się nie opowiedzieli, co dalej. A przecież ja się opowiedziałam i do TP wpłynęło zamówienie na określoną opcję i słyszę od konsultantów, że takowe istnieje w ichniej dokumentacji , ale to nie jest produkt finalny i tyle…Do dziś trwają moje boje – czyli reklamacje i odwołania, przy czym wywalczyłam odroczenie zapłacenia za sierpniową fakturę do 25 . 09., wstrzymanie odsetek oraz cień uznawania winy systemu tepsy, a braku mojej winy. Tyle ze strony konsultantów spod 9393, u których różnie z kompetencją, ale w porządku z uprzejmością i opowiadaniem się po mojej stronie, co mnie nieco pociesza . Za to około 8.09 odebrałam sama na poczcie list polecony z TP ( listnosz znów zostawił awizo, choć byłam w domu –wrrr, druga fajna firma, jak wiadomo ), który donosi o negatywnej odpowiedzi na mą
pierwszą reklamację w związku z fakturą, bo ponieważ gdyż…. nie mają aneksu i mogę się odwoływać do sądu lub innych wymienionych instancji. Oczywiście, zrobiłam znów odwołanie telefoniczne od tej odpowiedzi i wysłałam na piśmie swoje informacje w sprawie na ich adres,
czyli do Katowic na ul.Bażantów, gdzie pewno toną pod nawałą listow z pretensjami od rodaków z całego kraju.Układanie tego pisma zabrało mi więcej czasu i energii niż urodzenie mego drugiego dziecka, bo nie umiem pisać takich listów jako osobnik emocjonalny, a ponadto wysłanie z szykanami kosztowało mnie ponad 5 zł. Za dzień lub dwa dojdzie do mnie faktura wrześniowa z równie wysoką ( pewno wyższą, bo więcej gadałam przez telefon) kwotą do zapłacenia, więc ratunku ludzie! I już nie mam siły, aby kontynuować obecną pisaninę, bo sama już się nią znudziłam, a wątpię, by ktokolwiek przeczytał więcej niż połowę, a moje dzieci znają przecież szczegóły. W pewnym sensie pisząc o tej sprawie upuściłam nieco złej krwi z siebie, wyplułam trochę toksyn i może będzie mi lżej na jakiś czas, bo końca to jeszcze nie widać – jak w programie Szymona Majewskiego, którym się będę rozśmieszać . Mam taką nadzieję, przynajmniej, a nadzieja jest ….itd. Ciąg dalszy sprawy kiedyś nastąpi…..

Żegnaj lato – witaj szkoło !

  • Napisane 5 września 2008 o 23:04

Wrzesień – zapowiedź jesieni niesie… i dobrze, bo miałam już dość tego „dynamicznego”lata, jak to ostatnio określają synoptycy niespokojną, grożącą burzami i innymi niespodziankami z nieba, pogodę.
Chyba mamy to już za sobą, przynajmniej na naszym kawałku kuli ziemskiej, bo w dalszych rejonach nadal szaleją żywioły, o czym donoszą nam mas-media.
Jednym słowem, im jestem starsza, tym rzadziej śpiewam – ” a mnie jest szkoda lata” , piosenkę znaną dinozaurom.
Upały bowiem mnie już męczą, a burzy boję się od dziecka, więc zaśpiewam raczej – „żegnaj lato na rok”, a wkrótce nawet – „chryzantemy złociste w kryształowym wazonie” ( u mnie najwyżej na stole z powodu braku fortepianu ).
Oprócz upałów i nawałnic ( na szczęście bez trąby vel tornada ) tego lata towarzyszyły mi ekipy robotników budowlanych za oknami, przesłoniętymi grubą folią, snujących się po wysokachnych rusztowaniach wokół mego 10 – piętrowego domu z różnymi hałaśliwymi narzędziami.
I jak nie odgłosy grzmotów, to warkot wiertarek, huk młotów, piski szlifierek tudzież inne niemiłe dźwięki pozostaną jako wspomnienie tego lata.
Ale za to stary blok po tej hałaśliwej renowacji prezentuje się zgodnie ze standartem europejskim i aż miło na niego patrzeć z zewnątrz, bo w środku jeszcze nadal brudno, chociaż nowe skrzynki pocztowe już zamontowane – też zgodnie z zarządzeniem i wzorcem UE.
Wrzesień – jak zwykle koniec letnich wakacji i początek nowego roku szkolnego, co mnie osobiście nie dotyczy już od dawna, ale z przyzwyczajenia wieloletniego jakoś odczuwam specyficzną atmosferę tego miesiąca.
W końcu przecież mam wnuczkę w wieku szkolnym, która właśnie rozpoczęła gimnazjalny etap swej edukacji i wraz z nią przeżywałam ten stresujący moment wkraczania w nowe, nieznane miejsce.
Przeżywałam wprawdzie na odległość, ale w pobliżu mam też młodocianą sąsiadkę, która w tym roku wystartowała już do ostatniej klasy gimnazjum, a poznałam ją 8 lat temu jako małą dziewczynkę z I kl. podstawówki.
I tak co roku we wrześniu życzę jej powodzenia w szkole, a bywa, że służę pomocą w pracach domowych czy pożyczaniu lektur.
A własne wspomnienia szkolne ciągle żywe, obecnie jeszcze bardziej przez kontakty i zdjęcia na N-k.
Lata szkolne to niewątpliwie przyjemny kawał mego życia – takie miałam szczęście jako uczennica, a i również jako nauczycielka.
Chwalę się – no, być może?

Poszukiwany – poszukiwana, czyli krewny w Ameryce

  • Napisane 22 sierpnia 2008 o 17:17

Jak pisałam w poprzedniej notce, większość czasu przed komputerem spędzam na N-k i właśnie jestem pod wrażeniem odkrycia, jakiego dokonałam.
Niczym Kolumb odkryłam Amerykę dla swoich potrzeb, a mianowicie poszukiwania pewnych niejasnych tropów rodzinnych, zagubionych śladów niektórych krewnych.
Ameryka, a ściśle USA, była ostatnim miejscem zamieszkania mego ulubionego ciotecznego brata, który, niestety, przestał się kontaktować z rodziną, czyli ze swymi siostrami ciotecznymi, od ponad 20 lat.
Po prostu przestaliśmy dla siebie istnieć, a moje dzieci w ogóle nigdy go nie widziały, jedynie na zdjęciach.
Ot, legendarny wujek Paweł, syn dawno nie żyjącej siostry ich babki ( zmarła w ostatnim roku okupacji ), chrzestnej ich matki, przy której grobie bywały tradycyjnie, wysłuchując ciągle tych samych wspomnień o śmierci młodej kobiety i osieroceniu małego chłopca.
Ja byłam wtedy 4-letnim dzieckiem , widocznym na zdjęciach z pogrzebu obok 6-letniego Pawełka i dwóch starszych od nas kuzynek, od których właściwie wiem coś więcej o tym fakcie, niż z własnej pamięci.
Tak więc było nas wtedy czworo ciotecznego rodzeństwa – dzieci trzech sióstr, a po latach doszedł do tej grupki mój dużo młodszy brat, słabiej z nami związany z racji wieku.
Bo w dzieciństwie i wczesnej młodości nasze kontakty były dość częste i żywe dzięki wspólnej babce, pobliskim miejscom zamieszkania i wzajemnej sympatii.
Ale z czasem oddaliliśmy się od siebie – różne szkoły i kręgi znajomych, starsze kuzynki wyszły za mąż itd…
I na razie tyle o tej dalekiej przeszłości, bo i tak nie opowiem tu wszystkiego o kolejach naszych losów, które mojego kuzyna Pawła przeniosły na inny kontynent, aby tam z żoną (nota bene z drugiego małżeństwa) i synem powiększyć grono Polonii amerykańskiej.
Tego syna poznałam jako niemowlę i zapomniałam jego imię, ale z grubsza kojarzyłam rok jego narodzin.
Ostatni raz widziałam się z kuzynem w latach 70-tych na pogrzebie naszej babki i wtedy nie mieszkał już w naszym mieście, ale w rodzinnych stronach swej drugiej żony, raczej daleko od nas.
Po stanie wojennym wyjechali do tejże Ameryki, gdzie nieco wcześniej przygotował im pewny grunt jego teść, mając tam jakieś powiązania.
Nasza rodzina miała jakieś nikłe wiadomości o tych faktach od żyjącego jeszcze wtedy ojca Pawła, a po jego śmierci już żadnej wiedzy.
Poza jedną istotną wiadomością z nekrologu w lokalnej gazecie, zamieszczonego przez kolegów z Politechniki, a przeczytanego przez jedną z kuzynek.
Wydawało mi się do niedawna, że było to juz po r.2000-nym , ale teraz mam dokładną informację o zgonie kuzyna, który miał miejsce w październiku 1999 r.
A uzyskałam tę wiedzę właśnie dopiero co, dzięki wytropieniu syna Pawła na portalu N-k i to zupełnie przypadkowo, bo wcześniejsze celowe poszukiwania nie dały rezultatu.
Służąca do tego opcja – „szukaj znajomych” postawiła przede mną wybór spośród 630 osób zapisanych pod tym nazwiskiem, a imienia syna wszak nie pamiętałam, jak również dokładniejszego miejsca zamieszkania, niż po prostu USA.
Nie przypuszczałam, że to takie częste nazwisko ( ani Kowalski, ani Nowak ), choć występuje także w fabule serialu „Oficerowie” ( właśnie oglądam w powtórkach wakacyjnych TV) i wciąż mi przypominało o moich poszukiwaniach.
I zadziałał zwykły przypadek w połączeniu z moim wścibstwem w oglądaniu znajomych moich bardziej i mniej znajomych.
I tak natknęłam się na zdjęcie młodego człowieka o tymże nazwisku i imieniu Janek, właśnie z USA.
Jego twarz, tak podobna do mego kuzyna, zbudziła we mnie wręcz pewność, że to właściwy trop, ale musiałam uzyskać formalne potwierdzenie.
Wysłałam więc wiadomość z konkretnym zapytaniem, popartym danymi o poszukiwanym krewnym i niedawno otrzymałam to potwierdzenie, wraz z radosnym zdziwieniem – „jaki mały jest teraz świat dzięki internetowi”.
Janek już pojawił się wśród moich znajomych i wymieniliśmy kilka listów z informacjami.
Cieszy mnie jego żywa i sympatyczna reakcja oraz zainteresowanie nieznaną rodziną, a mogło być różnie.
Janek ma 42 lata i od 24 lat mieszka niezmiennie w stanie Conecticut ze swą nową rodziną oraz żyjącą nadal matką.
Pracuje jako inżynier w dużej firmie, w której pracował również mój kuzyn, także inżynier – zresztą podobnie jak i jego ojciec, a mąż mojej dawno zmarłej ciotki.
Mam więc już kolejny przyczynek do dziejów swej rodziny lub ważną gałąź do drzewa, nad czym nieskutecznie pracuję, mimo ponagleń ze strony syna.
A syna właśnie zaskoczyłam tą „bombową wiadomością”, choć on nadal niechętnie nastawiony do N-k, ale ucieszony entuzjazmem matki na tym polu.
Sama otrząsam się powolutku z wrażenia, o którym tu, niniejszym donoszę.


  • RSS