Przeglądasz archiwum 2007.
Wyświetlam 1 - 10 z 13 notek

Być jak Gregory Peck czy może Charlton Heston…

  • Napisane 31 grudnia 2007 o 20:12

We wczorajszy póżny wieczór uległam pokusie TV, aby po wielu latach ponownie obejrzeć stary przebój filmowy – The big country- po naszemu znany jako „Biały Kanion”. Nie oglądałam go już tak dawno, że nawet byłam ciekawa swojego aktualnego spojrzenia na tę klasykę z gatunku „końskiej opery”.I , ku swemu zdziwieniu, dotrwałam do końca, mimo póżnnej pory, i nie zdrzemnąwszy się, co misię ostatnio zdarza na filmach  akcji.Bo tez n ie jest to film z dynamicznym przebiegiem wypadków,  ale w centrum uwagi są postawy i zachowania kilku wiodących postaci na tle pewnych wydarzeń, a ja należę do tych widzów, których głównie interesuje bohater utworu i jego wewnętrzne przeżycia. I w tym filmie mimo westernowego sztafażu i schematyzmu istnieje ta warstwa psychologiczna , która mnie angażuje emocjonalnie iwtedy nie zasypiam, choć już noc na zegarze.Film zresztą ma obiektywnie uznaną opinie w historii kina i moje subiektywne zdanie nie ma tu już znaczenia, i wcale nie o to chodzi. Ale, według mnie, wytrzymuje on nieżle próbę czasu i może tylko troszeczkę „trąci myszką”. Za to gra w nim aż dwóch takich przystojniaków, że dla nich jest godny uwagi — choć, wiadomo, gusty są różne i może nie dla każdego tacy panowie, jak: Gregory Peck i Charlton Heston to wzorce męskiej urody, ale ja jestem za. Aż dech zapiera na widok tych, ry walizujących z sobą  w fabule filmu, okazów hojności natury w  tworzeniu ludzkich egzemplarzy. W fabule nie rywalizują wprawdz  ie o tytuł „mister universum”, ale o inne wartości, ważniejsze dla tzw. prawdziwego mężczyzny(choćby siła pięści), ale nie tracą przez to nic na swej aparycji, a widz ma pozytywne doznania estetyczne.    Kończę swój opis wrażeń  z fimu nostalgicznym stwierdzeniem—-dziś  aż takich przystojniaków już nie ma,aż takich , jak Peck i Heston.

Kolęda, kolęda…

  • Napisane 26 grudnia 2007 o 18:22

Przestaję lubić święta, bo czuję się przymuszana do uczestniczenia w nich
jak w czasach PRL do udziału w pochodzie 1 – majowym. Po propagandzie politycznej
tamtego okresu nadeszła propaganda wokoł świąt kościelnych, a ja nigdy nie lubiłam
być napędzana i rodzi się we mnie przekora.Tematyka świąteczna wylewa się ze wszystkich
mediów i strach już otworzyć przysłowiową lodówkę, by nie znależć w niej np. św.Mikołaja.
Udział w pochodzie 1 – majowym czy jakiejś akademii ku czci przynajmniej nie
drenował kieszeni ( przeciwnie serwowano nawet jakieś darmowe przekąski dla uczestników),
a jak tu urządzić tradycyjne święta bez sporych nakładów finansowych?
Nie chcę się wdawać w dywagacje polityczne, choć zaczęłam w tym duchu, bo nie piszę przecież
do jakiejś gazety.
Wczoraj obejrzałam program telewizyjny z cyklu „Filharmonia dowcipu” pod kierunkiem
niejakiego Waldemara Malickiego i jak zwykle miałam poczucie rozrywki na dobrym poziomie,
i przy okazji polecam z pełnym przekonaniem o jego jakości. Co prawda, jak wiem, gustibus
non disputandum i ktoś będzie wolał Marcina Dańca itp., wolno mu, czemu nie…
Otóż p.W.Malicki wypowiedzial się ,że aktualnie święta powodują w nim – huśtawkę
nastroju – od euforii do głębokiej depresji (cytuję), ponieważ cieszą piękne prezenty
pod piękną choinką…ale zasmuca duży debet na koncie.
Od siebie dodam, o czym już nadmieniłam wyżej, że nie wszyscy mają konta i nie wiedzą,
co to jest debet i w święta też zjedzą kaszankę lub inną mało tradycyjńą potrawę,
ale za to dużo się nasłuchają i napatrzą w TV np.jakie to frykasy i delicyje ich
ominą. Tradycje – duża sprawa – ale bez przesady ( znaj proporcjum, mocium panie…)
Hej, kolęda…kolęda! Prawie każdy uznany wokalista ma wręcz obowiązek „kolędować
Małemu”, żeby nie zostać w tyle.I w kolędowaniu zastępują nas artysci, którym nie
nie dorównamy w wykonaniu, więc raczej tylko przejść na odbiór.
Msza pasterska – najlepsza w telewizorku,bo z samego Watykanu i nie trzeba
dreptać z pełnym brzuchem, w nocy do jakiegoś kościółka.
No i tak : o tempora, o mores !….A także Swięta,święta…i po świętach,
a zatem jeszcze tylko Nowy Rok i zacznie się kampania przed Wielkanocą i kto pierwszy,
ten lepszy, jak wiadomo. Tak się złośliwie i zgryzliwie wypowiedzałam…bo sama tak
do końca nie wiem, jaki jest mój stosunek do swiąt, a tradycja swoje robi.
Dobra tradycja – tak, ale wypaczenia – nie (skądś to znam! ) i bez przeginania
oraz narzucania światopoglądu, czyli niech żyje demokracja !

Reakcja wnuczka

  • Napisane 23 grudnia 2007 o 23:22

W poprzedniej notce pisałam o paczce, która w zaskakująco szybkim tempie
dotarła do adresatów, wywołując zdziwienie po obydwu stronach, jak to w ogóle
było możliwe…Ale w końcu nie o to chodzi, bo przecież dla nas, czyli nadawczyń,
ważniejsze były inne odczucia odbiorców – już po otworzeniu pudełka, w którym
mieściły się, oprócz innych, pieczołowicie wykonane papieroplastyczne zabawki,
dzieła rąk mojej córki oraz mojego kolegi ze szkolnych lat, w chwili obecnej
emerytowanego scenografa filmowego.Tak podkreślam ten fakt, bo to bardzo
zabawna historia, jak my, ludzie dorośli, czasem bardzo się staramy,aby spełnić
życzenie dziecka, spodziewając się jednakze docenienia tych starań.

Tymczasem bywa z tym różnie, bo dzieci potrafią być zasadnicze i np.
nie lubią dostawać więcej niż same chciały. Otóż mój wnuczek – trzylatek
oczekiwał pudełeczka, w którym będzie takie niebo – piekło z papieru,
o które poprosił telefonicznie swą mądrą babcię. Babcia nie była taka mądra
w tej sprawie, a bardzo chciała dogodzic wnuczkowi, bo go uwielbia, a prawie
nie widuje (trudności komunikacyjne, itp.). Ale znalazła wykonawców ( i to
nawet w kręgach artystycznych – jak wyżej), którzy tak się zapalili do tych
prac ręcznych, że stworzyli wspólnie znacznie więcej przedmiotów, żeby się
dzieciak ucieszył. A babcia – organizatorka -doprowadziła do wysłania ich
w dość dużej paczce wraz z innymi upominkami.
I jaki efekt? I co na to Kubuś?

Kuba opowiedział babci przez telefon, że – „najpierw się ZDENERWOWAL,
bo tego wszystkiego było za DUZO „…
I taki ostatecznie morał, że nie należy przesadzać w dogadzaniu…

Poza tym Kuba już mi kiedyś powiedział ( podczas wielkanocnej wizyty u mnie)
że On nie lubi prezentów i nie niezbyt chętnie brał wręczaną mu torebkę upominkową,
Którą zaraz schował za zasłoną przy oknie.Dopiero po jakimś czasie ponownie się nią
zainteresował i oczywiście nie było aż tak zle, żeby jej wcale nie wziął…o co się
przestraszyłam. Doszliśmy do wniosku, że dokonałam zbyt uroczystej formy wręczania
PREZENTOW , zresztą wszystkim wtedy obecnym, i to go jakoś zdeprymowało.

A do tego Kuba wykazuje dość dużą rezerwę wobec mało sobie znanych ludzi
(nie dotyczy to dzieci), a babcia też, niestety, do takowych należy.
I jedną, i drugą babcię ma bardziej przez telefon, bo obie mieszkają daleko
i kontakty bezpośrednie są za rzadkie na powstanie większej zażyłości
a dzieci tak szybko rosną, a czas płynie…

Dzieje pewnej przesyłki

  • Napisane 21 grudnia 2007 o 00:52

W poprzedniej notce wspomniałam, że wrócę do tematu zawartości paczki
wysłanej w tych dniach na adres mego krakowskiego syna.
Bo nie była to wcale typowa gwiazdkowa paczka, ale stała się taką
z powodu wcześniejszego zapotrzebowania na pewną zabawkę z papieru -
coś z rodzaju origami, z czym zetknął się mój trzyletni wnuczek.
Pokazała mu , mianowicie, „dziewczynka w przedszkolu taką jakby piramidkę
z papieru i miał wybrać na niej – czy do nieba, czy do piekła? „
Tak mi opowiadał przez telefon, skierowany do babci przez rodzinę,
która nie bardzo wiedziała, jak tę fascynującą ich dziecko rzecz wykonać
Jak dotąd zdarzało się, że w różnych newralgicznych sprawach szkolnych
dzwoniła do mnie starsza ( 12 lat) wnuczka, zazwyczaj w dziedzinach
nauk humanistycznych jako do autorytetu „z racji wieku i urzędu „.

Ale papierowe zabawki? – to nie moja dyscyplina – 2 lewe ręce…obiecałam
jednak krakowiakom, że coś spróbuję z tym fantem zrobić, bo przypominałam sobie
z grubsza tę rzecz jeszcze z własnego dzieciństwa ( a pamięć to mam dobrą! );
poza tym liczyłam też na pomoc „krewnych i znajomych”.Okazało się, że moja
miejscowa córka też wie, o so chodzi imoże wykonać, ale trochę jej to nie wychodziło.
Ale prawdziwym fachowcem okazał się kolega i na moim przyjęciu imieninowym
wykonał owo „niebo – piekło” oraz inne modele z kartek zeszytowych, jak np.
łódka, ptaszek. A kolega, prawdziwy artysta po ASP, więc nie dziwota, że
zabaweczki udane i wszystkie godne do przekazania wnuczkowi, ale trzeba
je przecież wysłać i to chyba w jakimś pudełku, żeby się nie pogniotły…
A ponieważ to już grudzień, stąd pomysł na większe pudełko i dołożenie innych rzeczy
i dla Kuby, i dla Olgi również, a więc po prostu paczka świąteczna, włącznie z kartą
na tę okazję. I tu już moja córka i ciocia (w jednym) wykazała się dużą inwencją :
ptaszkowi wmontowała piórko od papużki, wykonała jeszcze rybkę i kaczkę z dzieckiem,
czyli mniejszą kaczuszką ( mniejsza o podtekst polityczny), wszystkie zabawki
odpowiednio podkolorowała, fachowo opakowała pudełko i zaniosła na pocztę w celu
wysłania w ostatnich minutach urzędowania pobliskiego oddziału.
A ja zostałam w świetnym poczuciu dobrze wykonanego zadania – w końcu wszystko
zorganizowałam, aby obietnica dana krakowiakom została spełniona.
Reszta już tylko zależała od sprawności poczty, co przedstawiłam w poprzedniej notce.
Wszystko się powiodło i byłyśmy już tylko bardzo ciekawe reakcji rodziny,
a głównie Kuby, na nasze dzieło, ale to już się nie zmieści w niniejszej opowieści.
To może być tematem kolejnej notki, jeśli uda mi się tę kwestię odpowiednio ująć… I to by było na tyle ….i na razie…

I co z tą Polską …Pocztą?

  • Napisane 19 grudnia 2007 o 23:00

Naprawdę nie wiem już, jak oceniać funkcjonowanie Poczty Polskiej,
bo tak dumnie brzmi formalna nazwa tej instytucji, na którą wielu
z nas nie raz narzeka.Niedawno miałam okazję zetknąć się osobiście
z tak krańcowo odmiennymi przykładami jej działania, że właśnie
nie wiem, co mam o tym sądzić.

Pierwszy przykład dotyczy listu, specjalnie wysyłanego tzw.priorytetem,
bo adresatem był mój 3 – letni wnuczek w Krakowie, więc, wiadomo, odbiorca
niecierpliwy, który ,podobno, codziennie kazał sprawdzać skrzynkę na listy.
Codziennie wypominał mi przez telefon, że obiecałam wysłać do niego list,
bo wystąpił do mnie kiedyś z taką sprawą : „ja też chciałbym dostać taki list
do skrzynki, w kopercie i żeby pisało na niej – do KUBY (w takiej formie swoje
imię odczyta ). Syn mój to, oczywiście, potwierdził , a ja bardzo przejęta zadaniem
zaniosłam niebieską kopertę, opatrzoną imieniem wnuczka, z gustowną podobizną
kotka w środku, na najbliższą mi pocztę, bo akurat była zadymka (w listopadzie).
Niezwłocznie nadałam synowi wieść, że przesyłka wyruszyła w ich stronę
i odtąd codziennie czekaliśmy wszyscy, wkurzając się coraz bardziej, przez tydzien
z przechodem. I po co ta nadpłata za priorytet? Ale trzeba się cieszyć, że w ogóle
doszedł i nie była to jakaś pilna, ważna sprawa, tylko akurat dla nas emocjonalna.
Poczta podpadła nam jako firma niesolidna i zawodna.

A drugi przykład kompletnie obala tę ocenę : paczka została przekazana poczcie
(ten sam urząd pobliski) w piątkowy wieczór ubiegłego tygodnia. Pod ten sam adres
w Krakowie na okoliczność Swiąt (w środku drobne upominki dla wnuczka Kuby oraz
starszej wnuczki Olgi, karta z życzeniami). Znów powiadomiłam syna o przesyłce i jej
zawartości, co jest istotne i o czym opowiem innym razem. Zgodnie orzekliśmy, że do
Swiąt na pewno nie dojdzie i oby choć przed końcem roku, oby…!
I oto zdumienie, niezwykłe zaskoczenie całej naszej rodziny – paczka
została dostarczona w PONIEDZIALEK !! I bez priorytetu, tak poprostu ku uciesze
dzieciaków, co ma dla nas duże znaczenie; ale jak to racjonalnie wytłumaczyć,
czego się można po poczcie spodziewać; czy to świąteczny gest, czy zwyczajny
zbieg okoliczności – akurat korzystny. Bo tak w ogóle nieprzewidywalność takiej
instytucji jest bardzo niekorzystna i już ruszają nam w sukurs jakieś prywatne
placówki usług pocztowych po nazwą INPOST, które gdzieniegdzie ponoć juz działają.

I by było na tyle…
ą

Wzlecieć by skowronkiem !

  • Napisane 19 grudnia 2007 o 02:21

Podziwiam wszystkich piszących w dzień, bo ja nie potrafię.
W ciągu dnia jestem zdekoncentrowana i nastawiona na wykonywanie działań
fizycznych, a tych nie brakuje – wciąż jest coś do zrobienia i też nie można
działać bezmyślnie, bo jeszcze się coś zepsuje, położy lub postawi,gdzie
nie trzeba…I w związku z tym, że tak mam, w dzień potrafię co najwyżej
zerknąć do gazety, słuchać jednym uchem radia, a pisemnie jedynie jakieś
druki do wypełnienia, drobne pisma użytkowe, ewentualnie – krótki mail lub sms.
Wieczorem czuję obowiązek otworzenia okna na świat – telewizora -bo muszę
mieć poczucie, że jestem, choćby z grubsza, poinformowana – kto, co i jak,
bo też tak mam. Z pudełkiem telewizyjnym można czasem spędzć cały wieczór
aż do głębokiej nocy w zależności od stosunku między ofertą programu TV
a własnymi zainteresowaniami.

I w ten sposób zostaje już tylko noc, aby się wreszcie skupić, bo
otacza mnie cisza, w której dopiero słyszę swoje myśli i mogę pisać
np.tradycyjny list, pamiętnik klasyczny do szuflady lub notkę blogową,
której mi przecież nikt nie zlecił, a sama się wrobiłam.
Prawdę mówiąc, to jednak pozwoliłam się w to wrobić córce, która
obawia się, że popadnę we wtórny analfabetyzm, jak nie będę pisać,
bo nadal jeszcze czytam, ale też znacznie mniej niż w czasach
przed używaniem okularów.

Wracając do pierwszego zdania tej notki, podtrzymuję je jak najbardziej,
bo zawsze byłam tzw. nocnym Markiem, a z wiekiem jeszcze bardziej.
Chyba nie mam już żadnych szans, aby na starość być skowronkiem, skoro
zawsze byłam sową, która przesypia przedpołudnie( jeśli są takie możliwości)
albo snuje się nie wyspana i tylko czatuje na jakiś moment, aby przysnąć
w ciągu dnia.
To tyle wypichciłam tej nocy i nie o tym, o czym zamierzałam, co mi się
coraz częściej zdarza.Chcę napisać o czymś, o sprawach, o wydarzeniach,
o innych ludziach…a tu piszę znów o sobie…egotyzm czy co?
To na razie i pozdrawiam inne sowy…

zamiast spać…

  • Napisane 18 grudnia 2007 o 03:25

Już głęboka noc, to już nawet jest wczesne rano nowego dnia, a ja się jeszcze bawię z komputerem.

Uczę się formatowania mojej pisaniny i ćwiczę sobie na notatniku
przenoszenie tekstu w wybrane miejsce, robienie akapitów, oswajam
się z klawiaturą itp.
Cwiczę, aby nie pisać notki blogowej od razu na czysto,
ale robić to w notatniku i potem przenosić na właściwe miejsce.

I zaraz spróbuję czy zapamiętałam kolejność postępowania…

Na kurzym podwórku

  • Napisane 16 grudnia 2007 o 19:20


Młoda kura płacze -

męczy ją tęsknota, oj!

Kwoka nad nią gdacze:

Ty chyba, masz kota, oj, joj, joj!

Kto nie słuchał swojej matki w odpowiedniej porze,

temu potem i sam pan Bóg nawet nie pomoże… chyba?

I tak sobie kwoka gdyba.

Niedobrze dla kury jest wyjeżdżać w góry,

bo się póżniej płacze za łonem natury, oj, joj, joj!

I tak niespodziewanie w niedzielne popołudnie kwoka wymyśliła dydaktyczny wierszyk. W formie wzorowany na znanym, chyba powszechnie, wierszu zprzestrogą: Andziu, nie rwij tego kwiatka, róża kole… itd. Kwoka odnosi przestrogę na teren kurzego podwórka i zaistniałych na nim problemów. I tak sobie biadoli w formie rymów tzw. częstochowskich, bo przecież nie jest, niestety, Wisławą Szymborską, którą się ostatnio zachwyciła, poczytawszy pewne jej wiersze, jak na ten przykład: „Portret kobiecy”. Świetna kwintesencja i esencja tzw. kobiecości, który to temat przewijał się niedawno na niektórych blogach, a także rzucili się na niego psychoterapeuci na swych sesjach. A kwoka stara się wychylać poza podwórko na szerszy Swiat lub też słuchać, co w trawie piszczy. I a’propos czas otworzyć duże okno na Swiat, czyli… oczywiście Telewizor. No, to na razie…

Notka próbna

  • Napisane 13 grudnia 2007 o 14:33
Zaskoczyły mnie zmiany, które nagle wprowadził administrator tego blogu. Właśnie próbuję się odnaleźć w tych nowych okolicznościach i nie podejmuję jakiegoś konkretnego tematu, bo nie wiem, jaki będzie efekt końcowy tego stukania w klawiaturę, a jestem przecież nowicjuszką na niwie blogowej. Oznaki zaniepokojenia zmianami znalazłam już u innych bloginów, których czytam, a są to w większości doświadczeni literaci blogowi i dają wyraz niepokoju, a nawet wyrażnego niezadowolenia z nowej formuły. Pozdrawiam więc ich przy okazji i znikam po tych kilku zdaniach, które piszę bezpośrednio, czyli na czysto i sprawdzę za moment, jaki będzie wynik. To na razie…

Jednak imieniny – no cóż…

  • Napisane 7 grudnia 2007 o 12:59

W poprzedniej notce opowiedziałam się po stronie urodzin jako ważniejszego dnia od imienin. Ale w moim własnym życiu wprowadzę ten pogląd w czyn dopiero od przyszłego roku, bo w tym już, niestety, nie zdążę… Za późno, gdyż dzień imienin jest tuż, tuż i stali goście już się szykują do odwiedzin. Ten grudniowy termin imienin nigdy mi się nie podobał, ale urodziłam się w listopadzie (też nieładnie), więc najbliższy dzień patronki imienia przypada właśnie jutro, bo tak każe jakiś tradycyjny zwyczaj. Gdybym chciała przenieść imieniny na inny korzystniejszy termin, co uczynił mój syn, nie bacząc na ten zwyczaj, miałabym ogromny wybór. Z moim imieniem można obchodzić imieniny chyba co miesiąc, w przeciwieństwie do np. Barbary czy Zofii. Myślę, że łatwo zgadnąć już, jakie imię rodzice mi kiedyś wyznaczyli? Po wielu latach życia zdołałam je zaakceptować, choć w dzieciństwie nie byłam z niego zadowolona, a drugiego nie posiadam na ewentualną podmianę. Wśród moich rówieśniczek to imię było chyba tak częste, jak od pewnego czasu – Anna.

Pora mi kończyć te dywagacje i zabierać się za przygotowania do jutrzejszego uroczystego Dnia(!). Aby do jutra, ale pojutrze jest niedziela i niektórzy goście przyjdą wtedy, a i po niedzieli ktoś się może trafić. Tak więc czeka mnie kilka niezbyt spokojnych dni, a powinnam się przecież cieszyć, że pozostaję w jakimś kręgu towarzyskim. No, cóż…


  • RSS